IKS

Thomas Rainer (Nachtmahr) [Rozmowa]

„Na scenie zrzucamy muzyczne spodnie i stajemy zupełnie nadzy” – mówi Thomas Rainer, lider formacji Nachtmahr. Przed nadchodzącą trasą koncertową w Polsce artysta opowiada o 20-leciu na scenie, kontrowersyjnej estetyce, bezkompromisowej wolności ekspresji i o tym, jak młode pokolenie odkrywa mroczne brzmienia techno na TikToku.

 

Kuba Ryszkiewicz: Przygotowując się do tej rozmowy, przeczytałem opis waszego zespołu na Spotify i napisano tam, że Nachtmahr to „industrialna orgia, która nie zna granic, nigdy nie schyla głowy przed moralnością, umiarem ani miłosierdziem; reprezentują przesadę, to, co dzikie i bezgraniczne w nas wszystkich”. Czy to trafny opis?

REKLAMA

 

 

Thomas Rainer: Tak. To był fragment recenzji płyty sprzed wieków, ale uznałem go za tak trafny, że od tamtej pory używam go w biogramach zespołu, bo naprawdę zarezonował. Pomyślałem wtedy: „O rany, sam bym tego lepiej nie ujął”.

 

 

KR: Powiedziałeś, że zostało to napisane wieki temu… Poszliście dalej, czy nastąpiła tu jakaś eskalacja?

 

 

TR: Tak, zdecydowanie. Wraz z sukcesem przychodzi więcej możliwości do eskalacji. Kupujesz większą skrzynkę z narzędziami. Na początku chodziło bardziej o stronę muzyczną, ale w miarę jak zespół się rozwijał, zatrudniliśmy performerów – na przykład nasze słynne „Nachtmahr girls”. Początkowo to były po prostu nasze znajome robiące kilka akcji na scenie, a teraz mamy profesjonalistki, które są pełnoprawnymi członkiniami zespołu. Każdy utwór ma dopracowane stroje i występy. Wcześniej był podział na zespół i na performerów, a teraz jesteśmy równorzędnymi partnerami. Dzięki temu nasze show stało się bardziej dynamiczne, profesjonalne i ma więcej elementów.

REKLAMA

 

 

KR: Nadal szukacie nowych elementów?

 

 

TR: Zawsze, zawsze, zawsze! W ten weekend gramy na festiwalu, a zaraz potem przechodzimy prosto do planowania nadchodzącej trasy.

 

 

KR: Która zaczyna się pierwszego października. I macie trzy koncerty w Polsce. Zaczynacie trasę właśnie od Polski. Jest jakiś konkretny po temu powód?

 

 

TR: To głównie była kwestia terminów, ale bardzo się z tego cieszę. Graliśmy w Polsce już kilka razy, głównie imprezy klubowe. Ostatnim razem publiczność była tak energiczna… Czułem, jakby coś zaskoczyło. Pierwszy utwór, pierwsza nuta, a publiczność była już nakręcona i pozostała taka przez całą noc. To było po prostu niesamowite. Więc myślę, że chociaż z przypadku, to idealny początek, bo możemy zacząć od tych wielkich emocji, w których polska publiczność tak zabłysnęła w zeszłym roku. To da nam mnóstwo energii na resztę trasy.

 

 

KR: Wspomniałeś o emocjach, silnych emocjach. Jakie emocje wywołujecie u publiczności?

 

 

TR: To bardzo różnie, ponieważ muzyka i sztuka w ogóle rezonują z każdym inaczej. Ale myślę, że ogólnie chcemy zapewnić przestrzeń, w której po prostu możesz być sobą i całkowicie się zatracić. Zazwyczaj nasza publiczność jest… „różnorodna” – to może nadużywane słowo, ale w tym sensie, że nie są zamknięci w sobie, nie ma oceniania, niezależnie od tego, jak szalony jesteś i co robisz. Powinieneś po prostu czuć wolność. Przez te półtorej, dwie godziny nie myślisz o tym, co cię gryzie w codziennym życiu. Możesz po prostu być w danej chwili, czuć się wolnym, wyrażać siebie i dać swojemu wnętrzu ujście na zewnątrz.

 

 

KR: Uwolnić swojego wewnętrznego dziwaka. To z jednej strony, ale z drugiej – macie te mundury, które bardzo kojarzą się – dla nas na przykład z erą komunizmu, a dla innych pewnie z czymś innym. Czy możesz mi powiedzieć, jak te dwie estetyki…

 

 

TR: To bardzo trafna uwaga. Myślę, że u każdego wywołuje to inne skojarzenia. Niemcy powiedzieliby: „Och, cholera, nie…”, patrząc na czarne mundury z naszych ostatnich zdjęć i kojarząc je z mrocznymi czasami. Z kolei ludzie z Polski – bo robiliśmy też zdjęcia w komunistycznych mundurach… Cały ten pomysł narodził się z tego, że pochodzę ze środowiska BDSM i sam zawsze miałem fetysz mundurów. Kiedy zaczynałem Nachtmahr, pierwsza epka powstała bez żadnego konkretnego wizerunku – zaczynaliśmy bez zdjęć i tego typu rzeczy. Zastanawiałem się, jaki wizerunek mógłby mieć zespół, i wróciłem do tego pomysłu. Pomyślałem: „Tak, to idealnie pasuje do tego rodzaju muzyki”. Chodzi o to, żeby spoglądając na zdjęcie zespołu, od razu pomyśleć: „O tak, to będzie mocna, potężna muzyka”. Nie tak, jak u wielu zespołów metalowych, gdzie na większości zdjęć widać po prostu koszulki i dżinsy – i równie dobrze może to być rock, jak i death metal, coś pomiędzy Theatre of Tragedy a Morbid Angel, ale goście wyglądają tak samo.

 

 

KR: W tych mundurach jest też pewna seksualność. Jednym z pierwszych słów w opisie była „orgia”.

 

 

TR: Relacje między nami na scenie są w pewnym sensie nieseksualne… Znaczy, moje dziewczyny… często muszę je powstrzymywać, bo zdarza im się całować z dziewczynami z pierwszego rzędu w tłumie. Ale ogólnie nie o to chodzi. Myślę, że „orgia” działa tu jako dobre pojęcie-parasol dla tego, co dzieje się na scenie – pełna ekspresja samego siebie. Kiedy jako performer czujesz, że chcesz coś zrobić, scena staje się idealnym miejscem, gdzie nie musisz się kontrolować, możesz odpuścić i być w 100% autentycznym. Nie ma tam sztywnego zbioru zasad… to znaczy, ustalamy zasady, ale są one bardzo szerokie.

 

 

KR: Nie trzeba podpisywać umowy przed wejściem na scenę.

 

 

TR: Dokładnie. Ale jest pewien niepisany konsensus – wyrażenie zgody jest zawsze ważne, zarówno przy orgiach, jak i na scenie. Na scenie istnieją ramy, ustalamy pewne rzeczy, ale dziewczyny czasem zrobią coś takiego, że stojąc za klawiszami myślę: „Woah, tego się nie spodziewałem”. Więc zawsze są jakieś niespodzianki.

 

 

 

 

KR: Wspomniałeś o ramach – ramami są kostiumy, muzyka, ale też światła, całe to widowisko. Czy możesz powiedzieć coś więcej o tym, czego można się spodziewać po październikowych koncertach?

 

 

TR: To zawsze zależy od klubu. W Polsce wciąż jesteśmy mniej rozpoznawalnym zespołem, więc nie zawsze możemy zapewnić pełną oprawę oświetleniową. W Niemczech gramy zazwyczaj dla dwa, trzy razy większej publiczności, więc ten element jest u was nieco skromniejszy. Ale tak, jak mówiłem wcześniej, patrząc na reakcję publiczności na ostatnich koncertach w Polsce, myślę, że nie zrobiłoby to różnicy – maksimum emocji zostało osiągnięte i tak na każdym z tych koncertów.

 

 

KR: Będziecie grać we Wrocławiu, w Warszawie i w Poznaniu. W Warszawie to Voodoo Club. Graliście tam już wcześniej?

 

 

TR: Tak, tak, tak! Było niesamowicie, zachwycił nas ten klimat z tymi maszynami do tortur. To była miłość od pierwszego wejrzenia, uwielbiamy klimat tego klubu i wszystkich, którzy tam pracują. I jedna rzecz, która bardzo utkwiła mi w pamięci z polskich koncertów, to że wszyscy są gościnni. Zazwyczaj w trasie musisz szukać lokalnej ekipy, przyjeżdżasz ze sprzętem, nikogo nie ma i musisz krzyczeć „halo, jest tu kto?”. A tu podjechaliśmy busem i ludzie już czekali, żeby nam pomóc, wszyscy byli podekscytowani koncertem. Czujesz, że nie jesteś po prostu kolejnym zespołem. Gościnność i profesjonalizm klubów były niesamowite. To uczucie bycia mile widzianym i zaopiekowanym bardzo was wyróżniało i miało ogromny wpływ na jakość występów.

 

 

KR: Ta trasa promuje wasz nowy album. Nazywa się „IMPERIVM”.

 

 

TR: Ogólna koncepcja albumu jest taka… Zbliżamy się do naszego 20-lecia i byłem bardzo pod wpływem pomysłu relacji między nami a naszymi fanami. Jaka była ich rola w karierze zespołu? Tytuł to odzwierciedla: imperium Nachtmahr to my i nasi fani. Jesteśmy za to współodpowiedzialni, jesteśmy w tym razem. Wiele utworów porusza tematy, które poruszyli sami fani. Jednym z głównych tematów jest samoekspresja. Wiele osób pisało do nas lub opowiadało historie o tym, że dzięki zostaniu fanem Nachtmahr, tekstom piosenek, byli w stanie stanąć w obronie swojego prawdziwego „ja” – czegoś, czego wcześniej bali się ujawnić na zewnątrz lub przyznać przed sobą. Naprawdę pomogliśmy im stać się sobą. Ta cała idea odporności i oporu: niezależnie od tego, co mówi ci społeczeństwo, powinieneś iść własną drogą i być jedynym sędzią tego, co jest dla ciebie dobre lub złe. To bardzo ważny temat tego albumu.

 

 

KR: To mocny temat, szczególnie dzisiaj, gdy widzi się te wszystkie skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne ruchy, które chcą przyciąć wszystkich do jednego szablonu.

 

 

TR: Tak, oczywiście. Ale myślę, że to nie tylko prawica, ale też lewica. Ekstremizmy polityczne są w tym bardzo dobre. I uważam, że to ważniejsze niż kiedykolwiek, bo w bardzo liberalnym społeczeństwie ludzie zmagają się nie tylko z brakiem wolności, ale też z jej nadmiarem. Kiedy masz zbyt duży wybór, trudniej znaleźć swój kompas. Wyobraź sobie menu w restauracji, które ma 10 stron – trudniej wybrać dobry posiłek niż z menu mającego 2 strony.

 

 

KR: I wtedy odkrywasz, jak bardzo jesteś tradycyjny. Zamawiasz to samo danie, co zwykle.

 

 

TR: Dokładnie! Więc w obu przypadkach bardzo ważne jest posiadanie punktu odniesienia, drogowskazu.

 

 

KR: Wspomniałeś, że ten album porusza tematy przyniesione przez fanów. W jaki sposób fani wam je przekazują?

 

 

TR: Pytamy ich! Na przykład w mediach społecznościowych. Albo po prostu z nimi rozmawiamy. Zdarza się, że ludzie piszą do nas tak po prostu znikąd – mailowo, w mediach społecznościowych, albo podczas spotkań autorskich i po koncertach. Rozmawiamy, a ludzie opowiadają swoje historie. To bardzo inspirujące. Wiele z nich mocno ze mną rezonuje i staje się częścią procesu tworzenia.

 

 

zdj. Stefan Bollmann

 

 

KR: Organizujecie specjalne wydarzenia, żeby spotkać się z fanami?

 

 

TR: Tak, zazwyczaj robimy je w Niemczech – jedno na wschodzie, jedno na zachodzie. Przed koncertem, dla około 100 osób, gdzie fani mogą ze sobą spędzić czas. I to nie za jakieś szalone pieniądze – inne zespoły liczą sobie za to po 50 euro, my nie. To jest bardzo dobrze odbierane. Z perspektywy fana wyjście zespołu po koncercie do stoiska z merchem nie jest satysfakcjonujące. Jako performer po koncercie jesteś zmęczony, wyglądasz fatalnie, chcesz iść świętować, a do tego jesteś zestresowany, bo manager mówi: „Dobra, goście, musimy jechać”. Całość jest pośpieszna i mało satysfakcjonująca. Pomyślałem, że sam byłbym rozczarowany, dlatego robimy te kameralne spotkania. Gra tam bardzo cicha muzyka w tle, jest ograniczona liczba osób, więc można naprawdę porozmawiać. Powstała z tego świetna społeczność – ci sami ludzie spotykają się tam co rok. To jak mały konwent! Czasem robimy pokazy slajdów, a czasem gramy krótki set akustyczny.

 

 

KR: Gracie akustycznie? Jak to wygląda?

 

 

TR: Nagraliśmy nawet dwie płyty w takiej wersji. Ponieważ wszyscy jesteśmy doświadczonymi muzykami, na żywo gramy to po prostu na gitarze akustycznej, pianinie i na wokal. Bez perkusji i elektroniki. Na Spotify są epki, takie jak „Feuer” czy „Flamme” – wszystko z krwisto-czerwoną okładką.

 

 

KR: Świetnie. Jak to działa w takim unplugged z taką muzyką?

 

 

TR: Działa całkiem dobrze. Kiedy piszę piosenki, po ukończeniu utworu wyciszam wszystkie ścieżki i zostawiam tylko wokal oraz podstawowe akordy na pianinie. Jeśli utwór nadal działa, oznacza to, że to dobra piosenka. W mojej strategii pisania piosenek utwór musi bronić się w wersji podstawowej. Dlatego sprawdza się to też w wydaniu alternatywnym – każdy kawałek musi przejść ten test.

 

 

KR: Ale kiedy ogląda się wasze koncerty, jest tam ta szalona, dzika energia. Czy na takich akustycznych koncertach energia jest zupełnie inna?

 

 

TR: Tak, po prostu siedzimy sobie na stołkach barowych… Czasem robiliśmy to jako niespodziankę na koncertach albo spotkaniach z fanami. Zawsze lubię trochę poirytować ludzi albo pokazać, „kto ma większego” – zamiast machać hantlami, robię to muzycznie, pokazując: „Który inny zespół z naszego gatunku potrafi coś takiego?”. Nikt! Bądź odważny, zrzuć muzyczne spodnie i stań tam zupełnie nagi, polegając wyłącznie na swoich umiejętnościach, bez świateł, elektroniki i ściany dźwięku, za którą można się schować.

 

 

KR: To musi być trudne dla muzyka…

 

 

TR: Dla mnie już nie. Jestem profesjonalnym muzykiem od 30 lat. Szczególnie z moim drugim zespołem, L’Âme Immortelle, z którym występuję od trzech dekad – tam tworzymy bardziej gotyckie, klimatyczne brzmienia i mamy mnóstwo ballad opartych na pianinie. Więc te rejony to dla mnie nic nowego. Ale z drugiej strony, to też naprawdę fajne – kiedy odrzucisz całą elektronikę, możesz znacznie bardziej poeksperymentować z wokalem, wydobywając drobne niuanse, które w aranżacjach akustycznych są znacznie lepiej słyszalne.

 

 

KR: Będziecie grać te koncerty z dwoma innymi zespołami, prawda? Pierwszy jest z Grecji i nazywa Cygnosic, drugi zespół – Bagger 258 jest z Niemiec. Możesz opowiedzieć o nich coś więcej?

 

 

TR: Tak, z Cygnosic bardzo się lubimy. Zgraliśmy się chyba w 2022 roku i fani bardzo ich polubili. Spotkaliśmy się ponownie przez przypadek na jednym festiwalu i od razu złapaliśmy ten sam świetny kontakt. Szukali miejsca na trasie, więc wzięcie ich ze sobą było oczywistością. Z kolei Bagger 258 to nowy zespół grający bardzo oldschoolowe EBM.

 

 

KR: EBM?

 

 

TR: Electronic Body Music. Ten styl narodził się w latach 80., kiedy EBM i techno tworzyły jeszcze jeden gatunek. Tacy artyści jak Sven Väth czy WestBam pojawiali się na tych samych składankach, co zespoły EBM. Potem te gatunki się rozdzieliły. EBM to mroczna, klubowa muzyka elektroniczna, w której głównym elementem wyróżniającym jest linia basowa – to na niej opiera się cały utwór, prowadzi nawet melodie. Słuchając tego niemuzycznym uchem, usłyszysz głównie bas i perkusję, bez tylu syntezatorów czy padów.

 

 

 

 

KR: Podczas nadchodzących koncertów zagracie materiał z nowego albumu, czy będzie to mieszanka?

 

 

TR: Zagramy większość nowego materiału. Mając na koncie 10 albumów, układanie setlisty jest niezwykle trudne, bo musisz odrzucić wiele ukochanych utworów. Zauważyliśmy też, że w przypadku naszej muzyki dłuższy koncert wcale nie znaczy lepszy. Nasza twórczość jest bardzo energiczna, szybka, więc granie dłużej nie jest rozwiązaniem – ludzie męczą się fizycznie i przebodźcowują. Na ten moment planujemy zagrać około 6-7 utworów z nowego albumu. Ostatnio graliśmy godzinę i 40 minut, ale to już była granica. Z mojego doświadczenia wynika, że około 75-80 minut to optymalny czas, w którym publiczność utrzymuje pełną uwagę do ostatniego utworu. Z drugiej strony nie chcesz ich zostawić z niedosytem i sam chcesz zagrać więcej kawałków.

 

 

KR: Czy setlisty na tych trzech koncertach w Polsce będą się różnić, czy pozostaną takie same?

 

 

TR: Zazwyczaj gramy jeden zestaw przez dwa lub trzy koncerty, a potem siadamy i oceniamy reakcje. Nigdy nie da się do końca przewidzieć zachowania publiczności, więc po paru koncertach sprawdzamy, co zadziałało, a co wymaga poprawki, i wprowadzamy zmiany.

 

 

KR: Wspomniałeś, że publiczność się męczy – w jakim wieku są wasi fani?

 

 

TR: Średnia wieku to około 30 lat, ale od kiedy trzy lata temu mocno weszliśmy w media społecznościowe – szczególnie TikTok i Reels – zaczęło przybywać bardzo młodych fanów, poniżej 25 roku życia. To świetne, bo ludzie starzeją się razem z tobą. Dzięki mediom społecznościowym docieramy do nich tam, gdzie są, zamiast czekać, aż sami nas znajdą.

 

 

KR: Czyli zdarza się, że widzisz na koncertach całe rodziny?

 

 

TR: Jest nawet słynne zdjęcie z Polski! Jakieś 10 lat temu cała rodzina przebrała się w stroje Nachtmahr – ojciec, matka i dwójka dzieci. Spotkaliśmy ich ponownie 10 lat później na ostatnim koncercie we Wrocławiu i zrobiliśmy porównawcze zdjęcie. Najmłodsze dziecko przerosło już ojca! Często nazywamy ich „polską rodziną Nachtmahr”.

 

 

KR: Teraz we Wrocławiu będzie okazja zrobić kolejne zdjęcie.

 

 

TR: Zapewne znowu tam będą!

 

 

KR: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę udanych koncertów w październiku. Do zobaczenia!

 

 

TR: Mam nadzieję, że do zobaczenia na którymś z koncertów!

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020