IKS

Special Ops: Lioness, twórca: Taylor Sheridan, serial SkyShowtime [Recenzja]

special-ops-lioness-recenzja

„Lioness” (po polsku „Lwica”) można gatunkowo określić mianem thrillera szpiegowskiego. Serial pozornie wydaje się być typowym produktem naszych czasów dedykowanym platformom streamingowym – w tym wypadku Paramount + (SkyShowtime) – wypełnionym po brzegi poprawnością polityczną.

Mamy dwie twarde główne bohaterki należące do mniejszości etnicznych/rasowych – Zoe Saldanę, w roli Joe, szefowej specjalnej taktycznej komórki CIA i Laysla De Oliveira wcielającą się w jej podwładną, niejaką Cruz Manuelos. Manuelos, wybitna żołnierka piechoty morskiej, ma za zadanie zinfiltrować środowisko bliskowschodnich ekstremistów. Pojawiają się wątki poświęcone aranżowanym małżeństwom i potrzebie emancypacji kobiet w państwach autorytarnych.

 

Dwie ważne postacie płci żeńskiej zakochują się w sobie, wdając się w zakazany, w świecie muzułmańskim, romans. Do tego jest jeszcze zadziorna i władcza Kaitlyn Meade (Nicole Kidman), która –  będąc wysokiej rangi oficerem CIA –  z tylnego siedzenia nadzoruję Joe i jej zespół. I pewnie całość utonęłaby w ugrzecznionej przeciętności i – przede wszystkim – ideologicznej łopatologiczności, gdyby nie osoba twórcy, czyli Taylor Sheridan. Stoi on za takimi fabułami jak np. „Hell or High water” i „Wind River”. A także za serialami: „Tulsa King”, „1923” czy „Yellowstone”

 

Bohaterki Sheridana w pewnym sensie przywodzą na myśl wykreowane dekady temu – ale wciąż uwielbiane przez milionów kinomanów –  Ellen Ripley i Sarah Connor. Nie są postaciami, które ostentacyjnie pokazują, że są lepsze od mężczyzn i ich nie potrzebują – pokazują za to, że nie są od nich gorsze i że stawiają na kooperację. Wskazując na to, że współpraca obu płci jest lepsza niż izolowanie jednej od drugiej. I to nie ważne z jaką orientacją się identyfikujemy.

Mężczyźni są tutaj głównie na drugim planie, ale są niezbędni w całej tej układance. Nikt im nie wypomina ich toksycznego maczyzmu. Tym bardziej, że Ci faceci bezwzględnie i bez sentymentów karcą tych samców, którzy podstępnie próbują wykorzystać ich towarzyszkę broni. W brutalnym i bezlitosnym świecie tego serialu liczy się przetrwanie i to, że zawsze trzeba mieć kogoś, na kim można polegać. I znowuż – nikt nie patrzy na płeć kompana, lecz jego kompetencje.

 

W „Lioness” odwrócony jest też schemat znany nam z dziesiątek innych produkcji – to bezkompromisowa agentka/komandoska Joe jest wiecznie nieobecna w domu, którego to prowadzenie z powodu jej ciągłych absencji spoczywa głównie na barkach męża lekarza. Odbija się to na kontaktach Joe z dwójką jej dzieci. Dziećmi, które niekoniecznie cieszą się powrotów matki, gdyż zaburzają one ich rytm życia. Nieporadne próby Joe nadrabiania straconego czasu wprowadza w codzienność rodziny chaos. Małżeństwu wciąż jednak udaje  się jakość ciągnąc ten wózek – znowuż dzięki współpracy, a także daleko posuniętej wyrozumiałości.

 

W dosyć umiejętny sposób pokazane jest to, że pewne ścieżki kariery muszą się odbić na życiu prywatnym – niezależnie od naszej płci. Oraz to, że w drodze to obranego celu kobiety i mężczyźni potrafią się wykazać równie wielką determinacją. A co za tym idzie – często i bezwzględnością. W „Lioness” uniknięto pułapki nadmiernie uproszczonej wizji świata, w której to szlachetna Ameryka walczy z dziką resztą globu o pokój i demokrację. Wujek Sam owszem lubi porządek – nie chce bomb wybuchających na swoim terytorium; za wszelką cenę pragnie  unikać ofiar wśród swoich obywateli. Ale kryje się za tym wszystkim głównie pragmatyzm. Bo nade wszystko liczy się kasa. Miliardy z petrodolarów. A pieniądze lubią ciszę. I spokój.

 

A co mamy oprócz tego? Efektownie, z pazurem, sfilmowaną akcję, ciekawą intrygę,  i dobrą grę aktorską. „Lioness” może nie wymyśla koła na nowo, ale – z powodów wcześniej wymienionych – jest dla mnie pewnym powiewem świeżości. Choć moja percepcja może kłócić się z obiorem innych widzów – dla których będzie wręcz na odwrót i całość odczytają jako powrót do skostniałych trendów ze słusznie zamierzchłej przeszłości popkultury.

 

Ocena: 4,5/6

Bogusz Dawidowicz (Bogusz Dawidowicz – strona autorska)

 


 

Obserwuj nas w mediach społecznościowych:

👉 Facebook

👉 Instagram

👉 Twitter

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz