IKS

Robin Staps (The Ocean) [Rozmowa]

Robin Staps, założyciel i główny motor napędowy formacji The Ocean opowiada o kulisach powstawania nowego albumu zespołu, zatytułowanego Solaris, oraz o transformacji grupy po rozpadzie dotychczasowego składu w 2024 roku. W wywiadzie muzyk zdradza, jak film Andrieja Tarkowskiego stał się inspiracją dla nowego rozdziału w twórczości metalowego kolektywu, wspomina wyjątkowe relacje z indyjską publicznością przed nadchodzącymi koncertami w tym kraju oraz wyjaśnia, dlaczego tak chętnie przemyca w swojej twórczości nietypowe dla ciężkiego grania motywy – od historii Ziemi po filozofię i religię.

 

Kuba Ryszkiewicz: Hej, miło cię widzieć. 

REKLAMA

 

 

Robin Staps: Dzięki. Jutro zaczynamy próby, więc musiałem przełożyć nasz wywiad, bo w czwartek lecimy do Indii. Zorientowaliśmy się, że mamy jeszcze parę rzeczy do ogarnięcia przed wyjazdem. Dzięki wielkie, że udało ci się to dopasować.

 

 

KR: Nie ma sprawy. Jedziecie do Indii. Ekscytujecie się? To wasz pierwszy raz? Podejrzewam, że nie.

 

 

RS: Nie, jedziemy tam po raz trzeci. W 2011 roku mieliśmy zagrać na festiwalu, który koniec końców się nie odbył. Dolecieliśmy na miejsce, mieliśmy wystąpić, ale cały festiwal zakończył się jednym wielkim chaosem. Ostatecznie zrobiliśmy zamiast tego koncert klubowy. To było nasze pierwsze doświadczenie i było bardzo chaotyczne. Ale promotor, który pomógł nam wtedy z tym klubowym występem, to ten sam człowiek, który ściąga nas teraz na Bangalore Open Air. To nasz przyjaciel z tamtych lat. Wtedy, z dwudniowym wyprzedzeniem, zorganizował nam na szybko koncert i naprawdę mocno nam pomógł. Potem, w 2019 roku, zrobiliśmy pełną trasę i zagraliśmy pięć koncertów. Uwielbiamy Indie. To świetne miejsce dla ciężkiej muzyki i doskonałego jedzenia. Bardzo się na ten wyjazd cieszę.

REKLAMA

 

 

KR: A jak wasza muzyka jest odbierana w takich miejscach jak Indie? Bo, wiesz… Mówisz, że w Indiach jest wielka scena ciężkiego grania.

 

 

RS: W Indiach jest naprawdę dobra scena metalowa. Myślę, że historycznie i kulturowo muzyka indyjska jest sama w sobie bardzo skomplikowana, polirytmiczna, przez co mają tam wielkie zrozumienie dla niestandardowych metrów. A w The Ocean mamy tego mnóstwo – całą masę połamanych rytmów i tym podobnych rzeczy. Może to dlatego taka muzyka rezonuje z nimi mocniej niż w innych częściach świata. Granie tam to zawsze czysta przyjemność – fani są super entuzjastyczni. Dla nas występ w Indiach to zawsze jedno z głównych wydarzeń roku.

 

 

KR: Kiedy słyszę „Indie”, metal nie jest pierwszą rzeczą, która przychodzi mi do głowy.

 

 

RS: No tak. Indie nie są jeszcze w głównym obiegu tras koncertowych, bo zazwyczaj da się tam zagrać tylko garstkę koncertów – jest może ze cztery czy pięć miast, do których międzynarodowym zespołom opłaca się obecnie zawitać. Ale myślę, że to się wkrótce zmieni. W tym kraju żyje mnóstwo ludzi, i w ciągu najbliższych paru lat będzie można zrobić tam trasę z prawdziwego zdarzenia. I bardzo na to czekam.

 

 

KR: Przede wszystkim chciałbym ci pogratulować wydania albumu. Jest naprawdę niesamowity. Jak zaczynacie pracę nad tak dużym wydawnictwem? Jeśli dobrze rozumiem, jesteś jedynym stałym twórcą, który otacza się muzykami. Skład zespołu zmieniał się diametralnie.

 

 

RS: I tak, i nie. Na początku to była bardziej luźna, płynna formacja. Nazywaliśmy to wtedy kolektywem. Teraz w pewnym sensie wracamy do tej płynnej formuły. Nie zawsze będziemy grać na scenie w tym samym składzie – będziemy występować w różnych konfiguracjach, od pięciu do nawet ośmiu czy dziewięciu osób na scenie, w zależności od danej trasy. Jednak przez ostatnie kilkanaście lat skład był stabilny. W zasadzie ci sami ludzie przez dekadę. Więc działało to jak bardziej tradycyjny zespół. A teraz mamy nowy początek – tamten skład rozpadł się w 2024 roku. Wszyscy byli wypaleni, zmęczeni i chcieli skupić się na innych rzeczach w życiu. I to jest całkowicie w porządku, to zrozumiałe. Granie w takim zespole wymaga ogromnego poświęcenia. Szło nam świetnie przez te 10 lat wspólnej gry i myślę, że wszyscy powinniśmy być za to wdzięczni. I taka też atmosfera towarzyszyła nam na koniec. Rozstania nigdy nie są łatwe. Ostatecznie wszyscy zgodziliśmy się, że doceniamy przeszłość i celebrujemy ten piękny czas. Cieszę się, że udało nam się rozstać w ten sposób, bo bywa, że sprawy potrafią przybrać naprawdę brzydki obrót, gdy ludzie przestają się dogadywać. A tu po prostu z dnia na dzień zabrakło jednomyślności co do poziomu zaangażowania. Dwóch z nas powiedziało „tak, nadal tego chcę”, a trzech „nie, chcę zająć się czymś innym”. I tak to się skończyło. Nie było tu wiele więcej do dodania. 

 

 

KR: I wtedy zacząłeś myśleć o nowym albumie, o „Solaris”?

 

 

RS: Nie, ten album tak naprawdę był już napisany. Powstał podczas pandemii, w 2021 roku. Ale do zeszłego roku był całkowicie instrumentalny. Wszystkie partie wokalne to twórcze dziecko nowego składu. Ale trzon i struktura utworów były już gotowe i sięgały czasów pandemii. Od tamtej pory w zasadzie bez przerwy koncertowaliśmy, więc nie było czasu, żeby wrócić do tego materiału i nad nim popracować. Trasa promująca „Holocene”, który wyszedł w 2023 roku, zajęła nam mnóstwo czasu – od 2022 do 2024 roku graliśmy ponad 100 koncertów rocznie. Dosłownie brakowało nam czasu na tworzenie nowej muzyki. Więc te numery dojrzewały w szufladzie. Rok temu odkopaliśmy je, zdmuchnęliśmy kurz, zaczęliśmy dopisywać wokale oraz dokładać parie różnych instrumentów – dużo klawiszy, mnóstwo syntezatorów. I myślę, że te utwory naprawdę przeszły transformację dzięki wkładowi nowych członków.

 

 

KR: I od samego początku ten album miał nazywać się „Solaris”?

 

 

RS: To był roboczy tytuł. Uwielbiam ten film i zawsze chciałem nagrać płytę, która w jakiś sposób nawiązuje do dzieła Tarkowskiego. Ale do zeszłego roku nie miałem pewności, czy to właściwy kierunek. W końcu złożyło się na to parę różnych rzeczy. Nasz dobry przyjaciel Filip Janta zrobił ilustrację, która trafiła na rozkładówkę wydania winylowego „Solaris”. 

 

pastedGraphic.png

 

Pierwotnie stworzył ją dla nas na festiwal Hellfest, gdzie po raz ostatni graliśmy w starym składzie. Ta ilustracja przedstawia wielki, staroświecki statek, który jakby wyłania się z morza i unosi ku niebu. Kiedy to zobaczyłem, przypomniał mi się wers z ostatniego utworu na płycie „Holocene”: „prepare for departure” (szykujcie się do odlotu). W tamtym kawałku odnosiło się to do dystopijnej wizji grupy ludzi opuszczających Ziemię i udających się gdzieś indziej, by szukać nowego domu w kosmosie. Gdy przysłał mi ten rysunek, pomyślałem: „to jest dokładnie ten wers, to musi znaleźć się na plakacie”. Przez kolejne tygodnie docierało do mnie, jak trafnie opisuje to sytuację, w której znaleźliśmy się jako zespół. Był to dla nas etap przejściowy – transformacja z grupy, którą byliśmy przez 10 lat, do nowego rozdziału: nowy skład, nowy album i nowy koncept. Ta ilustracja była tak mocna, że poczułem: „to jesteśmy my w tej chwili, to musi być serce nowej płyty”. Ostatecznym punktem zwrotnym była moja chęć zostawienia za sobą starej serii koncept-albumów skupionej wokół paleontologii i historii Ziemi, którą robiliśmy na płycie „Precambrian”, potem na wydawnictwach z cyklu „Phanerozoic” oraz na „Holocene”. Chciałem zacząć coś zupełnie nowego, a jednocześnie nie utracić więzi ze starymi płytami. „Solaris” stało się narracją, która to umożliwiła. Do tego doszedł motyw odlotu, rozstania – bo Solaris reprezentuje dla mnie jedną z tych dawnych, nieznanych granic – miejsce, w którym nikt wcześniej nie był. A to miała być płyta o wyruszeniu w nieznane. Pomyślałem więc, że idealnie będzie wziąć ten ostatni utwór z „Holocene” – „Subatlantic” – który w pewnym sensie odnosi się do odlotu, do rozstania. Chciałem pociągnąć tę opowieść jako podróż, jako rejs na statku.

 

 

KR: Ogromną częścią „Solaris” jest właśnie ta metafora oceanu. To też pewnie rezonuje z  zespołem, który nazywa się The Ocean. No i do tego mamy ten utwór „Subatlantic”, potem motyw odlotu, gwiazdy i lemowskie „Solaris” – to wszystko składa się w idealną całość.

 

 

RS: Masz całkowitą rację. Na naszych poprzednich albumach jest mnóstwo „wodnych” tytułów, jak choćby na „Pelagial”, ale też na „Holocene” – tam mamy utwory „Atlantic” i „Subatlantic”, który akurat nie odnosi się bezpośrednio do Oceanu Atlantyckiego, tylko do okresu klimatycznego w holocenie. No i właśnie ocean w „Solaris”. Więc to naturalna i idealna kontynuacja.

 

 

KR: Uchylając rąbek tajemnicy – mój ojciec jest geologiem. Kiedy zacząłem przeglądać waszą dyskografię, trudno było nie zauważyć fascynacji erami geologicznymi. Zadzwoniłem do niego, pokazałem mu wasze płyty i próbowaliśmy znaleźć do nich jakiś klucz. Jestem ciekawy, skąd u ciebie wzięła się ta fascynacja historią Ziemi?

 

 

RS: Studiowałem geografię, więc miałem styczność z tą całą terminologią, która od zawsze wydawała mi się fascynująca. Moim pierwszym punktem stycznym była wizualizacja muzyki, którą pisałem w czasach wydawania „Precambrian”. W głowie zawsze pojawiały mi się prehistoryczne, archaiczne krajobrazy, które idealnie pasowały jako tło do wizualizacji na koncertach czy do okładek. Zaczęło się więc czysto wizualnie – chodziło o wywołanie konkretnego klimatu. Ale historia Ziemi od zawsze mnie fascynowała. Wyobrażanie sobie tego samego miejsca, w którym dziś żyjemy, w czasach, gdy nie było na nim żadnego życia albo gdy przybierało ono zupełnie inne formy, niezwykle mnie intrygowało. To też niesamowicie uziemia – kiedy patrzysz na geologiczną skalę czasu, musisz przewartościować swoje pojęcie czasu jako takiego. Zazwyczaj potrafimy objąć wyobraźnią długość ludzkiego życia, może dziesięciu żyć – to granica naszej wyobraźni. Ale na skali geologicznej patrzysz na tak niewyobrażalnie długie okresy, w których pozornie nic się nie dzieje, a w szerszej perspektywie – na przestrzeni milionów lat dryfują i zderzają się kontynenty, powstają nowe lądy, gatunki wymierają i pojawiają się na nowo w zupełnie innych zakątkach globu. To po prostu fascynujące. Od zawsze byłem nerdem skłonnym do takich przemyśleń, więc w naturalny sposób w pewnym momencie przeniknęło to do mojej muzyki, tekstów i oprawy wizualnej.

 

 

KR: To niesamowite, jak ludzie potrafią odczytać historię na podstawie jakiejś przypadkowej skały znalezionej na środku pustyni, a potem składają te obserwacje w całość i tworzą teorie, które potem stają się częścią nauki.

 

 

RS: Fascynujące jest też to, jak konkretne wydarzenia zapisują się w skałach. Przecinając skałę, patrząc na jej warstwy i osady, jesteś w stanie powiedzieć, co wydarzyło się w danym czasie i jakie organizmy wtedy żyły.

 

 

KR: Kiedy podróżowałem z moim ojcem, zawsze uwielbiałem momenty, kiedy patrzył na zbocze jakiejś góry czy przekrój terenu, gdzie widać było warstwy, i mówił: „O, tutaj stało się to, a tam tamto”.

 

 

RS: Dokładnie. To jak czytanie historii zaklętej w kawałku skały.

 

 

KR: Ale nie tylko geologia cię inspiruje. Masz na koncie podwójny album – „Heliocentric” i „Anthropocentric”, będący krytyką Kościoła katolickiego i religii.

 

 

RS: Tak, w szerszym sensie te dwa albumy traktują o religii w ogóle i o spuściźnie chrześcijaństwa – o tym, co leży u podstaw wiary chrześcijańskiej. Do pewnego stopnia opierała się ona przecież na tym, jak pozycjonowaliśmy Ziemię i Słońce we Wszechświecie.

 

 

KR: Muzyka heavymetalowa zawsze kojarzyła się z mrocznymi motywami, czasem z satanizmem. Ty tymczasem podchodzisz do sprawy bardziej filozoficznie i krytycznie. Jakie były reakcje? Musiałeś się z tego tłumaczyć, czy fani przyjęli to z entuzjazmem?

 

 

RS: Są tacy, którzy lubią drążyć, czytać teksty i zagłębiać się w te idee. Są też tacy, którzy nawet tego nie zauważą, bo skupiają się wyłącznie na muzyce. Doceniam ludzi, którzy przychodzą na koncerty po prostu dla muzyki i nie znają tekstów – to zupełnie w porządku. Ale zawsze była też spora grupa słuchaczy, do których te słowa trafiały i którzy przyjmowali nasze zaproszenie do podążania tymi filozoficznymi ścieżkami. Jeśli o mnie chodzi, przez większość młodości muzyką metalową interesowałem się raczej pobocznie. Wychowałem się na scenie hardcore, która pod wieloma względami jest podobna do metalowej, ale tekstowo to zupełnie inny świat. Wyrosłem na scenie straight edge hardcore lat 90., gdzie teksty zespołów krążyły wokół weganizmu i polityki, a nie satanizmu. Pociągała mnie agresywna muzyka z pozytywnym, krytycznym przekazem. Pamiętam, jak w 1993 czy 1994 roku widziałem Sick of It All i Strife – to był mój pierwszy koncert hardcore’owy. Połączenie stage divingu, pogo i ostrej energii z mądrym, skłaniającym do myślenia przekazem było dla mnie jako nastolatka niezwykle atrakcyjne. I tak mi zostało. Nie dorastałem więc na black metalu, odkryłem go znacznie później, po dwudziestce. Pisanie tekstów to dla mnie najtrudniejszy element tworzenia muzyki. Muzykę komponuję bardzo szybko, ale nad tekstami ślęczę bardzo długo. To bywa bolesny proces, bo tyle elementów musi się nałożyć, żeby tekst był naprawdę dobry.

 

 

KR: A koniec końców teksty muszą też dać się zaśpiewać.

 

 

RS: Dokładnie. Znaczenie, rymy, dobór samogłosek, to, jak kończy się dane słowo… Wokalista nie wyśpiewa długiego „i” na końcu słowa, bo brzmi to komicznie. Więc nawet jeśli masz genialny, błyskotliwy intelektualnie tekst, nie oznacza to jeszcze, że da się go zaśpiewać. To wieczna układanka. Lubię wyzwania, ale czasem pisania tekstów nienawidzę. Absolutnym minimum, żebym w ogóle się za to zabrał, jest pisanie o rzeczach, które naprawdę mnie obchodzą. Dlatego te wszystkie nietypowe dla metalu tematy, jak ery geologiczne, znalazły drogę do mojej muzyki. Muszę mieć coś, co mnie kręci. Z tego samego powodu zawsze chcę mieć dla płyty motyw przewodni – „czerwoną nitkę”, która daje mi punkt wyjścia do pisania.

 

 

 

 

KR: W tym przypadku padło na „Solaris”. Oglądałeś znowu film Tarkowskiego w trakcie pandemii i tak pojawił się ten pomysł?

 

 

RS: Zdecydowanie obejrzałem go ponownie w czasie pandemii, a w zeszłym roku wracałem do niego jeszcze z pięć czy sześć razy.

 

 

KR: Co sprawia, że ten film jest dla ciebie tak ważny, że ciągle do niego wracasz?

 

 

RS: Dobre pytanie. Składa się na to wiele rzeczy. Po pierwsze – jego język wizualny jest absolutnie piękny. Powolne tempo i fakt, że musisz się w niego zatopić… W czasach, gdy wszystko opiera się na clickbaitach i krótkim czasie skupienia uwagi, „Solaris” jest tego całkowitym przeciwieństwem. Musisz usiąść, zrobić herbatę i pozwolić sobie na obcowanie ze sztuką. Sam nie zawsze mam na to nastrój, ale kiedy już w nim jestem, nagroda jest ogromna.

 

 

KR: Przez wiele lat uczyłem w Warszawskiej Szkole Filmowej i częścią mojego programu było oglądanie wybranych scen z różnymi grupami studentów. Niesamowite było to, że studenci zauważali rzeczy, których ja wcześniej nie widziałem. A wielokrotne oglądanie pozwalało mi łączyć kropki. Oglądając ten film w zeszłym roku pięć razy, zapewne też wiele dostrzegłeś.

 

 

RS: Za każdym razem widzę coś innego. Tak to jest z dobrym kinem. Ten film opiera się na wieloznaczności dialogów. Jest w nim mnóstwo bardzo głębokich, choć krótkich zdań i tez. Za pierwszym razem przelatujesz nad nimi, bo skupiasz się na fabule. Dopiero gdy znasz już historię, zaczynasz zwracać uwagę na te detale i o nich myśleć. Za każdym razem kończysz seans z innymi pytaniami i wnioskami. Na koniec zostajesz w emocjonalnym chaosie – z masą pytań i bez gotowych odpowiedzi. Sam musisz się z tym zmierzyć. Film zwodzi cię też w kwestii tego, co jest realne, a co jest tylko symulakrum czy wspomnieniem. Bardzo cenię w sztuce to, gdy stawia przede mną pytania, zamiast podawać gotowe odpowiedzi na tacy.

 

 

KR: Zastanawiam się, jak to wizualne medium przekłada się u ciebie na proces komponowania muzyki?

 

 

RS: W naszym przypadku było odwrotnie – najpierw powstała muzyka. „Solaris” było roboczym tytułem, ale decyzję o powiązaniu płyty z filmem podjąłem dopiero po napisaniu utworów. Muzyka nie powstawała z myślą o filmie. Na większości naszych płyt (poza „Pelagial”) najpierw była muzyka, a potem szukałem dla niej konceptu i tekstów.

 

 

KR: Ale idealnie do siebie pasują.

 

 

RS: Pasują. Poszczególne partie nawiązują do konkretnych scen czy pytań z filmu, ale w niechronologicznej kolejności. Przemycaliśmy cytaty z angielskich napisów do filmu bezpośrednio do tekstów – na przykład w utworze „Simulacra”. Ale to nie jest soundtrack. Chciałbym kiedyś skomponować prawdziwą muzykę filmową pod obraz, dopasowaną do tempa kadrów, ale tutaj robiliśmy coś innego.

 

 

KR: Pewnie znajdzie się jakiś szalony fan, który puści ten album z filmem od tyłu, tak jak robili z Pink Floyd i „Czarnoksiężnikiem z Oz”.

 

 

RS: Jak tak o tym pomyślę, to płyta musiałaby być dłuższa. Trwa 70 minut, a film ponad dwie godziny, więc spóźniałaby się o dobrą godzinę.

 

 

KR: W grudniu przyjeżdżacie do Polski na dwa koncerty, z czego 8 grudnia gracie w Krakowie, a następnego dnia w Warszawie. Czy te koncerty będą mieszanką starego i nowego materiału?

 

 

RS: Skupimy się na „Solaris”, ale zagramy też starsze rzeczy. W tym nowym składzie jesteśmy w stanie zagrać praktycznie każdy utwór z historii zespołu. Chcę, żeby akcent padł na nową płytę, ale nie zamierzamy całkowicie porzucać dawnych rozdziałów. To będzie dobra mieszanka.

 

 

KR: A skoro macie nowy skład, to zaaranżowaliście stare utwory na nowo?

 

 

RS: Tak, już zaczęliśmy to robić z niektórymi starszymi kawałkami. Mając potencjalnie dwójkę wokalistów, mamy znacznie większe pole do popisu przy harmonice i partiach, których kiedyś nie mogliśmy wykonać na żywo. Ale to też będzie się różnić w zależności od trasy. Jak mówiłem, będziemy koncertować w różnych konfiguracjach personalnych, więc nie zawsze na scenie będzie dwóch wokalistów czy trzy gitary.

 

 

KR: Czyli jest możliwe, że na niektórych koncertach wystąpi tylko wokalistka?

 

 

RS: Wszystko jest możliwe. Mogę ci zdradzić, że na grudniową trasę przyjedziemy prawdopodobnie w sześcioosobowym składzie, z dwójką wokalistów.

 

 

KR: Bardzo dziękuję za wywiad i do zobaczenia w Warszawie.

 

 

RS: Super, byłoby wspaniale.

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020