IKS

Rob Damiani (Don Broco) [Rozmowa]

To jeden z tych zespołów, obok których nie da się przejść obojętnie. Zwłaszcza, gdy ma się możliwość zobaczyć i usłyszeć go w wersji live. Taka sposobność właśnie nam się przydarza – Don Broco wystąpią drugiego dnia nadchodzącego wielkimi krokami Summer Punch Festivalu (organizatorem wydarzenia jest Winiary Bookings). Na kilka tygodni przed ponowną (bo nie jest to pierwsza) wizytą bandu w naszym kraju miałam okazję i wielką przyjemność spotkać się z Robem Damiani – frontmanem grupy, choć pewnie bardziej powinnam użyć tu stwierdzenia jednym z jej członków. Jest to bowiem formacja, w której siły rozkładają się równomiernie i nikt nie wysuwa się na pierwszy plan. I właśnie o tej zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, jak również o najnowszym albumie, procesie jego powstawania, dojrzewaniu i trudnych, a momentami wręcz metafizycznych doświadczeniach, wokalista opowiada mi w niniejszym wywiadzie. W rozmowie pojawiają nam się także Nickelback, Architects oraz Dan Lancaster i są to tutaj bardzo istotne głosy i postaci. Zastanawiamy się nad współczesną kondycją nie tylko muzyki, ale też i ludzkości – pada tu kilka ważnych pytań i jeszcze ważniejszych odpowiedzi. Jakich? Zachęcam do sprawdzenia.

 

 

Magda Żmudzińska: Kilka tygodni dzieli nas od waszej ponownej wizyty w Polsce. Jak dotąd graliście tu 3 razy, z czego ostatni 3 lata temu. Ja jednak miałam okazję widzieć was też w zeszłym roku, w festiwalowym wydaniu, na głównej scenie Downloadu, i muszę przyznać, że ten set był dla mnie jednym z największych highlightów całego festu – porwaliście totalnie i mnie i całe te tysiące innych osób. To było naprawdę wielkie wow. Wspaniale jest obserwować, jak rośniecie w siłę i pięknie się rozwijacie.

 

 

Rob Damiani: Bardzo dziękuję! Tak, to był dla nas niesamowity festiwal. Wróciliśmy tam po kilku latach przerwy i byliśmy nieco oszołomieni tym, ile osób przyszło nas obejrzeć. Festiwale mają to do siebie, że grasz nie tylko dla swoich fanów, ale także dla zupełnie nowych ludzi. I to jest świetne. Jeżeli część z tych osób znalazła się pod sceną przypadkiem, bo na przykład byli ciekawi i chcieli zobaczyć kim jesteśmy i co w ogóle gramy i spodobaliśmy im się na tyle, że zostali albo po prostu przechodzili, ale złapaliśmy ich uwagę i to spowodowało, że zdecydowali się zatrzymać i poświęcić nam swój czas – to jest coś naprawdę pięknego. Kochamy grać na festiwalach i chcemy to robić co roku.

 

 

MŻ: Cieszę się bardzo, że w 2026 będziecie mieli ku temu kilka okazji. No i że zasilacie szeregi lineupu naszego, nowego na polskiej mapie koncetowej Summer Punch Festivalu!

 

 

RD: I my jesteśmy szczęśliwi, że możemy tu zagrać! Widziałem skład i zapowiada się fantastycznie, mnóstwo świetnych bandów tu będzie!

 

 

 

 

MŻ: Tak, ekipa jest naprawdę konkretna! Nigdy nie sprawdzam setlist przed koncertami, ale mogę założyć, że włączycie do zestawu kilka kawałków z waszej najnowszej, wydanej w marcu tego roku płyty. „Nightmare Tripping” spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem. Czytałeś jakieś recenzje?

 

 

RD: Właściwie nie. Przeczytałem jedną. Zasadniczo premiera przypadła na ten sam dzień, co urodziny naszego producenta i dobrego przyjaciela w jednym. Dan (Lancaster – przyp. red.) urządzał z tej okazji wielkie przyjęcie na południu Anglii, a więc dla nas było to jakieś pięć godzin jazdy i w czasie tej podróży zapoznałem się z jednym z tekstów, ale to by było na tyle. Wiesz, na początku naszej drogi, przy dwóch pierwszych albumach, czytaliśmy wszystko, co ukazało się na nasz temat w prasie czy Internecie. Przywiązywałem do tego, co ludzie powiedzą, naprawdę dużą wagę. Dziś mamy znacznie więcej dystansu. Liczy się dla nas przede wszystkim to, żebyśmy sami byli szczęśliwi i dumni z tego, co zrobiliśmy. Oczywiście jeśli to podoba się także innym, jeżeli ludzie utożsamiają się z naszą muzyką, jeżeli daje im ona coś dobrego, to jest to super bonus i dodaje to nam jeszcze większych skrzydeł. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli – bez odbiorców nie bylibyśmy w stanie robić tego, co robimy, przynajmniej nie na taką skalę, zawodowo. Rozumiem to w pełni i ogromnie to doceniam. Chodzi mi tu bardziej o to, że nawet gdybyśmy zrobili album, którzy recenzenci zjechaliby od góry do dołu, ale dla nas byłby on ważny i dobry, to te wszystkie opinie i tak nie miałyby żadnego znaczenia. Dla mnie „Nightmare Tripping” to jak dotąd nasza najlepsza płyta.

 

 

MŻ: To album, który jest bardzo w stylu Don Broco, a jednocześnie jest kompletnie inny od wszystkiego, co zrobiliście do tej pory. Wiem, że może to brzmieć dość enigmatycznie…

 

 

RD: Nie, nie, totalnie – wiem o co Ci chodzi i w pełni się z Tobą zgadzam!

 

 

MŻ: Jest to z jednej strony zdecydowanie bardziej ciężki, mroczny krążek i choć na pierwszy rzut oka czy raczej ucha może wydawać się mniej optymistyczny, to jednak nie brakuje w nim podnoszących na duchu momentów. Takim promykiem nadziei jest dla mnie „Ghost in the Night”. To chyba jeden z moich ulubionych waszych kawałków – nie tylko na tej płycie, ale w ogóle. Wydaje mi się, czy razem z pełnym emocjonalnego ciężaru „Disappear” i tytułowym „Nightmare Tripping” jest częścią tej samej opowieści – te piosenki są ze sobą powiązane?

 

 

RD: Och, kocham to, że kochasz ten numer – to też jeden z moich faworytów. Napisaliśmy ten kawałek w ciągu jednego dnia. Znacznie dłużej zajęło nam jego nagranie. Właściwie to była najtrudniejsza dla nas piosenka – na tyle trudna, że niewiele brakowało a w ogóle by na albumie nie wylądowała.

 

 

MŻ: Dlaczego?

 

 

RD: Bo jak byśmy jej nie nagrywali i nie miksowali, nic nie dorównywało temu uczuciu, gdy ją napisaliśmy, pięknu tamtej chwili i tamtego dnia. Trzymaliśmy się tego wspomnienia bardzo kurczowo. To pierwsze, surowe demo wciąż brzmiało dla mnie najlepiej. Ale po kolei. Co do głównego pytania to tak, jak najbardziej, te trzy utwory mają ze sobą wiele wspólnego. „Disappear” jest dla mnie bardzo osobisty. Opowiada o paraliżu, który może Cię ogarnąć, gdy próbujesz wesprzeć kogoś, kto tonie psychicznie lub emocjonalnie. To wyczerpujący i dość dołujący numer. „Nightmare Tripping” porusza ten sam temat, ale z innej strony. Do napisania tego kawałka zainspirowała mnie noc, w czasie której patrzyłem na moją śpiącą partnerkę, myślałem o wszystkim, przez co przeszliśmy i jak cholernie było to trudne, a potem zasnąłem i przeżywałem to wszystko znowu we śnie. Wiesz, za dnia stawiasz temu wszystkiemu czoła świadomie, nocą Twoja podświadomość odtwarza to wszystko totalnie poza Twoją kontrolą. To jest pewnego rodzaju koszmar, ale sposób, w jaki w jaki „Nightmare Tripping” się kończy daje jednak pewien rodzaj nadziei. Jeśli chodzi o „Ghost in the Night” natomiast to jest to wariacja na temat tej samej historii, ale co może i poniekąd zabawne, jest to prawdziwa opowieść o…

 

 

MŻ: Duchach?

 

 

RD: Dokładnie tak. Pewnej nocy wydawało mi się, że poczułem czyjąś obecność. Nie wiem, czy to był duch czy ktoś z naszej przeszłości albo przyszłości, ale zdecydowanie ktoś nas odwiedził. I nie po to, aby nas przestraszyć, ale aby powiedzieć nam, że będzie dobrze. Wiesz, ja w ogóle uwielbiam te wszystkie filmy związane z podróżami w czasie i przestrzeni i uważam, że to nie jest wyłącznie science-fiction, wierzę, że to jest możliwe, tylko jeszcze nie odkryliśmy na to sposobności. Pamiętam, jak opowiadałem o tym doświadczeniu chłopakom z zespołu i to oni zachęcili mnie do zrobienia o tym piosenki. Wypłynęła ona z nas tego samego dnia. I rzeczywiście, ten utwór zamykał tę trylogię. Te trzy kawałki pomogły mi zamknąć pewien rozdział. Nie mówię, że wszystko uzdrowiły, ale dały mi to potrzebne zakończenie, poczucie pewności, spokoju. Dały mi nadzieję. A nadzieja to jest coś, czego nigdy nie powinniśmy tracić z oczu.

 

 

 

 

MŻ: W utworze tytułowym gościnnie pojawił się… Nickelback i było to dla mnie z jednej strony duże zaskoczenie, z drugiej zupełnie nie – totalnie mi to do was pasuje. Jak doszło do tej nieoczywistej kooperacji?

 

 

RD: Na papierze wygląda to jak kompletne szaleństwo, prawda? Ale to właśnie było dla nas ekscytujące. Wiesz, kiedy wpadliśmy na pomysł, żeby zapytać Nickelback, czy chcieliby z nami coś nagrać byliśmy pewni, że odpowiedź będzie brzmiała nie. O ile w ogóle przyjdzie. A jednak. To połączenie naszych światów w samym zamyśle mogło wydawać się całkowicie szalone, ale dobrze zadziałało i wydaje mi się, że brzmi całkowicie naturalnie. A dlaczego w ogóle taki mashup przyszedł nam do głowy? Gdy rozmawialiśmy o pierwszym riffie tego utworu zastanawialiśmy się czy nie jest zbyt referencyjny, czy nie brzmi jak coś, co już było. Miałem wątpliwości, ale chłopaki uznali i przekonali mnie do tego, że to mógłby być riff kogokolwiek – Pantery albo Nickelback. I to był pierwszy impuls. W drugiej zwrotce jest taki fragment, w którym wyraźnie to połączenie sobie wyobraziłem. Mieliśmy do nich adres mailowy, bo rok wcześniej przyszli na nasz koncert w Vancouver. Uznaliśmy, że napiszemy w sprawie współpracy, ale nie wiązaliśmy z tym żadnych większych nadziei. Pierwsza odpowiedź od managementu przyszła dość szybko i brzmiała mniej więcej tak: „och, zespół jest teraz bardzo zajęty, więc prawdopodobnie nie, ale puścimy im ten kawałek”. Oczywiście. Kilka dni później dostaliśmy jednak kolejnego maila z informacją, że piosenka im się spodobała i że są chętni ją z nami zrobić. Nagrali i odesłali nam swoje partie w ciągu tygodnia. Wiele osób, słysząc go po raz pierwszy, pomyślało pewnie: „Och, to po prostu klasyczny refren Nickelback”. Słychać go wyraźnie, jak wchodzi. Nie sądzę jednak, żeby melodia była szczególnie Nickelbackowa. Myślę, że to harmonie Chada i Ryana dają to wrażenie. To jest to DNA tego zespołu – to jak ze sobą współgrają. Pewnym wyzwaniem było połączenie i zbalansowanie tych wszystkich głosów – mieliśmy w końcu cztery różne wokale – Chada, Ryana, Matta i mój. Udało nam się jednak znaleźć tę równowagę i sprawić, żeby wszystko się zmieściło i żeby nic niczego nie przyćmiło. Myślę, że dobrze nam to wyszło. Praca nad tym kawałkiem to była świetna przygoda i dała nam naprawdę dużo frajdy.

 

 

MŻ: Nickelback to nie jedyni goście na tej płycie. Mamy tu też Sama Cartera z Architects w znakomitym „True Believers”. Do kogo adresujecie wersy „All the true believers / Wake the fuck up” Wierzysz, że to przebudzenie jest rzeczywiście możliwe?

 

 

RD: Myślę, że wszystko jest możliwe. Po pierwsze, zwracam się do ludzi, którzy bardzo mocno wierzą w to, co mogą usłyszeć w wiadomościach, w to, co mogą usłyszeć w głównych mediach, do ludzi, którzy są być może utwierdzeni w swoich poglądach i przekonaniach, a nie są otwarci na debatę i rozmowę o problemach, z którymi zmagamy się na świecie, zwłaszcza w Europie i Ameryce. Wiesz, w Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej, powszechnym było kwestionowanie informacji, uczono w szkole tego krytycznego myślenia i poddawania wszystkiego w wątpliwość. Uczono wyciągania wniosków z historii. Dziś ta zdolność mam wrażenie zanika, a historia zatacza koło. Skrajna prawica wszędzie rośnie w siłę posługując się tymi samymi schematami co 90 lat temu. Wiadomości bombardują nas codziennie takimi newsami, że można się złapać za głowę. I jeszcze ten sposób narracji i manipulacji. I to są takie momenty, kiedy powinniśmy się temu wszystkiemu przyjrzeć, zagłębić się w to, nawet jeśli jest to trudne, bo jasne – łatwiej jest udawać, że to mnie nie dotyczy. A jednak. Na każdego ma to ogromny wpływ, nieważne jak bardzo próbujemy sami przed sobą udawać, że nie. To jest pełna wściekłości piosenka, ta muzyka wydobywa z nas takie zwierzęce podejście, pierwotny instynkt. Puszczamy tu te wszystkie buzujące w nas emocje. Kierujemy się w życiu z Samem tymi samymi wartościami, podzielamy te same poglądy, cieszę się więc ogromnie, że mógł z nami nagrać ten numer i że po raz kolejny użył swojego głosu, aby bronić spraw, w które wierzy.

 

 

MŻ: To naprawdę świetny, mocny i bardzo potrzebny utwór!

 

 

RD: Też tak myślę!

 

 

MŻ: Pomiędzy ostatnią Waszą płytą – „Amazing Things” (2021) – a „Nightmare Tripping” mamy tylko 5 lat, a wydaje się jakbyśmy przerobili w tym okresie już z 50. Świat zdaje się zwariował, czas pędzi jak szalony, a nam coraz trudniej się w tym wszystkim odnaleźć i za tym nadążyć. Masz poczucie, że faktycznie wszyscy znaleźliśmy się i utknęliśmy w jakimś Matrixie? Tu oczywiście nawiązuję poniekąd do tekstu „Cellophanes” – pierwszego singla płyty, jaki poznaliśmy w lipcu zeszłego roku.

 

 

RD: Czasem myślę, że to, że życie przyspiesza z prędkością światła wynika z tego, że po prostu starzejemy się i stajemy się bardziej świadomi świata i że to nas wyczerpuje. A jeśli jeszcze połączymy to z mediami społecznościowymi i prędkością rozprzestrzeniania się informacji, to wszystko to zaczyna nas bardzo przytłaczać i sprawiać, że czujemy, że czas ucieka nam między palcami, że nie nadążamy. Dowiadujemy się o tylu strasznych rzeczach dziennie, że nasze psychiki zaczynają wysiadać. Wiesz, takie złe rzeczy działy się na świecie zawsze, ale większość z nich do nas nie docierała. Dziś jesteśmy też znacznie bardziej świadomi swoich własnych niepewności i słabości i często przekonujemy się o tym, że nie z każdej trudności wychodzi się silniejszym, częściej mocno poturbowanym i powrót do równowagi zajmuje sporo czasu i znów – trzeba włożyć w niego sporo wysiłku. Myślę, że osobiście mam szczęście, bo nie przechodziłem przez takie trudne próby i wyzwania aż do ostatnich kilku lat. Niektórzy ludzie przechodzili przez potwornie traumatyczne rzeczy w dzieciństwie, które jest przecież bardzo formatywne w kształtowaniu człowieka i mocno rzutuje na jego przyszłość. Jestem ogromnie wdzięczny, że ja miałem względnie spokojny i prosty ten wczesny etap mojego życia. Kłopoty dopadły mnie dopiero w ostatnich latach i dużo mnie też nauczyły. Przede wszystkim tego, że nie można bać się czy wstydzić się prosić o pomoc, kiedy jej potrzebujesz. Nie można po prostu zaciskać zębów i udawać, że jakoś sobie z tym poradzę, jakoś przebrnę. Sam. Trzeba być w tych momentach otwartym na swoich bliskich. Gdy próbujesz oszukać i ich i samego siebie – wtedy zaczynają się problemy. A wracając do Matrixa to tak, myślę, że pośrednio wszyscy się w nim znaleźliśmy i dlatego spora część tego albumu to gra na temat wybudzania się z tej sztucznie wykreowanej rzeczywistości, w której wszystko jest miłe, wygodne i do ogarnięcia do reality, w której akceptujesz, że tak nie jest. I w której próbujesz sobie z tym radzić.

 

 

zdj. Tom Pullen

 

 

 

MŻ: Z tego co mi wiadomo cały album chcieliście wydać już właśnie wtedy, w minione lato, wraz z wypuszczeniem w świat „Cellophanes”. Ostatecznie premiera przesunęła się jednak o tych kilka miesięcy. Z czego wyniknęła ta zmiana?

 

 

RD: Zgadza się, taki był pierwotny plan. O tym, że odłożyliśmy go nieco w czasie, zdecydował tak naprawdę zbieg różnych okoliczności. Rzeczywiście chcieliśmy go wydać zaraz po wspomnianym już wcześniej Download Festivalu, który był właściwie naszym pierwszym występem po prawie dwuletniej przerwie i którym wracaliśmy na koncertowy szlak. Co prawda rok wcześniej zagraliśmy jeden festiwalowy gig, ale w regularnej trasie nie byliśmy od dłuższego czasu. Na decyzję o przesunięciu premiery wpłynęło kilka rzeczy. Pojawiły się przeszkody logistyczno-techniczne – nasz producent miał napięty harmonogram, bo pracował też nad nowymi albumami Muse i Three Days Grace. Ale przede wszystkim pojawiły się przeszkody osobiste. Wiesz, zawsze musimy stawiać siebie, swoją rodzinę, swoje zdrowie – i to fizyczne i psychiczne – na pierwszym miejscu, ponad wszystko inne. Wiemy, kiedy się zatrzymać, zrobić krok w tył i dać każdemu członkowi zespołu czas, którego potrzebuje, aby wyleczyć się z tego, przez co przechodzi. I to jest też najpiękniejsze w byciu bandem oraz w byciu przyjaciółmi w tej grupie – to nie jest łatwy kawałek chleba, ale mamy tę wolność i swobodę i możemy sobie pozwolić na to, aby powiedzieć: „ok, nie musimy iść dzisiaj do pracy, jeśli potrzebujesz chwili, aby sobie wszystko ułożyć”. Tak zrobiliśmy. Zawsze pracujemy zespołowo, jak drużyna. Nie ma jednej osoby, która wydawałaby rozkazy albo dowodziła resztą. I nikogo z naszych działań nie wyłączamy. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

 

 

MŻ: I to jest piękne! Wspomniałeś tu też o waszym producencie – Dan Lancaster to wielka i w ostatnich latach jedna z absolutnie topowych postaci w świecie tej muzyki. Pracujecie i znacie się z nim już od wielu, wielu lat. Jak przecięły się wasze drogi?

 

 

RD: Poznaliśmy się przez Proceed – dawny zespół Dana, w którym grał kiedyś z naszym późniejszym i obecnym basistą Tomem (Doyle – przyp. red.) To swoją drogą Proceed zainspirowało Dana do zajęcia się produkcją. To był niesamowity band. Poznaliśmy ich w czasach, gdy sami nie mieliśmy jeszcze nawet zarejestrowanych żadnych swoich nagrań. Szukaliśmy na MySpace lokalnych promotorów i klubów muzycznych – jakichkolwiek opcji, żebyśmy mogli gdzieś po prostu pograć. Trafiliśmy na stronę Proceed, bo pochodzili z miasteczka położonego niedaleko od nas. Skontaktowaliśmy się z nimi, wpadliśmy na kilka ich koncertów, na paru wystąpiliśmy i po tym wszystkim stwierdziliśmy wspólnie: „zróbmy razem trasę”. Tak to się zaczęło. Ruszyliśmy w tour po pubach i małych klubach całej Wielkiej Brytanii i mamy z tego same piękne wspomnienia. Pamiętam, że spaliśmy w naszych vanach i parkowaliśmy je tyłem do siebie, żeby nikt nas nie okradł, bo było to dość powszechną rzeczą, że gdy zasypiasz w vanie w nocy ktoś cię może ogołocić ze sprzętu, takie czasy (śmiech) Tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwa do dziś. Dla nas to wielkie szczęście pracować z Danem, jest niesamowicie zdolnym gościem i to w wielu aspektach – inżynierii dźwięku, pisania muzyki, śpiewania. Sam jeden jest całym zespołem, jeśli chodzi o doprowadzenie pomysłu od początku do końca.

 

 

MŻ: Mam wrażenie, że artystycznie świetnie się z nim rozumiecie.

 

 

RD: Zdecydowanie! Wiesz, to co pokochaliśmy w Proceed to to, że prowadzili swoje kawałki w zupełnie nieoczywistych i nieoczekiwanych kierunkach. Byli sobą i robili wszystko po swojemu, bez żadnych kalkulacji. I to jest coś, co my też zawsze staraliśmy się robić w Don Broco. Dan od zawsze więc doskonale nas czytał i czuł. Jest gotowy na te podróże z nami, podczas których prowadzimy piosenki nieco dziwaczną ścieżką, często kręcąc się w kółko i wracając do tego, co pierwotne.

 

 

MŻ: Trudno się nie zgodzić z tym, że rzeczywiście od początku byliście bandem, którego nie da się łatwo sklasyfikować. Przekraczaliście granice i także robiliście wszystko po swojemu, nie oglądając się na nic i na nikogo. To nie zawsze ułatwiało drogę. Zwłaszcza na początku, bo dziś też jesteśmy już w zupełnie innym miejscu. Myślisz, że ciężka muzyka przeżywa aktualnie swój renesans i że jak jeszcze nigdy wcześniej ulega transformacji – łączeniu i miksowaniu gatunków, wymyślaniu ich na nowo?

 

 

RD: Wiesz, ja dorastałem słuchając tych pierwszych, wielkich zespołów, tych podstawowych, takich jak Metallica czy Iron Maiden. A potem usłyszałem Eminema i Dr. Dre. Przeskakiwałem między tymi dwoma światami i to było dla mnie bardzo kształtujące. Naturalną koleją rzeczy dalej pojawiła się u mnie fascynacja Rage Against The Machine, System of a Down, no i Limp Bizkit. Jaki to był dziwny zespół! Fred Durst w tej swojej czerwonej czapce z daszkiem, Wes Borland w stroju szkieletora i pełnym makijażu i nagrywają ścieżkę dźwiękową do „Mission Impossible 2” – wielkiego, kinowego przeboju jednego z największych w historii Hollywood. To była prawdziwa eksplozja. Moja eksploracja i ekscytacja tych rejonów muzyki wystrzeliła wtedy w kosmos, ale też i dość szybko przygasła. Na przestrzeni następnych paru lat powstało jeszcze kilka dobrych zespołów, a potem powstało milion kopii naśladujących te bandy. I na jakiś czas straciłem serce dla tego rodzaju cięższego grania. Myślę jednak, że od dobrych paru lat znowu dużo dobrego się dzieje w tym obszarze. Weźmy na przykład taki zespół Knocked Loose – świetni są i pięknie się rozwijają, zdecydowanie tchnęli w to wszystko zupełnie nowe życie. Ale czy to jest renesans? Nie wiem. Może to też jest kwestia tego, że ludzie na nowo odkrywają muzykę sprzed 10, 15, 20 lat i dlatego zespoły, które wtedy ją robiły, znów są na fali. Jednocześnie trzeba oddać sprawiedliwość i zaznaczyć, że większość z tych kapel nie jedzie tylko na sentymencie i odcinaniu kuponów. Najlepszym przykładem jest chociażby najnowszy, absolutnie fenomenalny album Deftones. No po tylu latach nagrać taką płytę – to jest naprawdę wielka rzecz. Wracając więc do głównego pytania – czy jest to odrodzenie? Czy może zupełnie nowy, choć wywodzący się z tych starych korzeni, kierunek? Jedno jest pewne – dla ciężkiego grania nastał dobry czas. I dla tych wszystkich eksperymentów, mieszania i jeszcze bardziej zaawansowanego i płynnego miksowania gatunków, styli, patentów również. Uwielbiam słuchać artystów łączących dźwięki, których nigdy wcześniej nie słyszałem, albo i słyszałem, ale nie w takim miksie, nie w takim sposobie zestawienia.  To, co kiedyś uchodziło za niestandardowe, czasem nawet kontrowersyjne, dziś często staje się normą. I to jest duży plus. Dobrze jest widzieć, że powstaje tyle nowych zespołów i że ta scena tak mocno się rozwija. Jestem tym podekscytowany i nie mogę się doczekać, aby zobaczyć, co jeszcze przed nami, co dalej. Myślę, że jest czego wypatrywać.

 

Rozmawiała Magda Żmudzińska

 

 

Przypominamy, że Summer Punch Festival odbędzie się w dniach 18 i 19 czerwca 2026 na terenie Letniej Sceny Progresji

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Magdalena

    Rob Damiani bardzo ciekawie opowiada o zdrowiu psychicznym, relacjach, nadziei i miejscu muzyki we współczesnym świecie. Po raz kolejny udowadnia, że są zespołem, który ma do powiedzenia znacznie więcej niż tylko granie koncertów.

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020