Czy muzyka może być pomostem pomiędzy nauką a emocją, tym, co mierzalne, a tym, co niewyrażalne? Przemysław Rudź to artysta, który udowadnia, że przenikające się światy astronomii i muzyki można połączyć w jedną, spójną całość, oferując słuchaczowi niezwykle ciekawe i bogate w dźwięki doświadczenia. Jego twórczość osadzona jest na pograniczu klasycznej elektroniki, ambientu i space music, gdzie inspiracje naukowe spotykają się z wrażliwością i intuicją. Muzyka, która nie tylko wybrzmiewa, ale buduje przestrzeń do kontemplacji i podróży poza to, co znane. W rozmowie z Przemysławem zaglądamy w świat dźwięków inspirowanych kosmosem, gdzie elektronika spotyka filozofię, a osobiste doświadczenia przeplatają się z fascynacją Wszechświatem.
Kamil Tyski: Twoja muzyka często balansuje między nauką, kosmosem i emocją. Czy pamiętasz moment, w którym dźwięk przestał być tylko pasją, a stał się narzędziem opowiadania o świecie? Jakie konkretne doświadczenia i jacy ludzie najmocniej ukształtowali twój język muzyczny na początku drogi?
Przemysław Rudź: Początek muzyki w moim życiu to jeszcze dziecięce fascynacje na bazie pasji ojca. Miał w domu kilka płyt Breakout, 2+1, Kombi, była też płyta Jethro Tull – „Stormwatch”, którą zajechałem jakimś żałosnym gramofonem na amen. Miał też dwuśladowy magnetofon szpulowy z jakimiś zagranicznymi nagraniami pop. Na poważnie muzyka zaczęła mnie definiować w szkole średniej, chociaż już w końcowej podstawówce zaczynałem wchodzić w rzeczy typu Level 42, J.M. Jarre, Peter Gabriel, Kate Bush. A więc od wczesnych lat ciągnęło mnie do progresywy. W liceum w zasadzie kontynuowałem ten temat, ale żeby jakoś wtopić się w środowisko kolegów, poszerzałem go stopniowo o muzykę ciężką: metal, death metal, grunge. Założenie zespołu było najważniejszą cezurą, bo dzięki temu skupiłem się na nauce instrumentu, teorii, myślenia o komponowaniu w kategoriach przekazu, wypowiedzi muzycznej. Graliśmy, a może lepiej powiedzieć – staraliśmy się grać rock progresywny i w pewnym momencie zaczęło to nam naprawdę wychodzić. Ja byłem fanem Genesis, gitarzysta King Crimson, perkusista uwielbiał Marillion, basista był z innego świata, bo jako jedyny miał za sobą podstawową szkołę muzyczną. Mieszanka była wspaniała, ale czasy do nagrywania i wydawania płyt z perspektywy prowincji były fatalne. Kilka kompozycji w późniejszym czasie zaadaptowałem na potrzeby solowe i wydałem, chociażby na płycie „Back to the Labyrinth”. Labirynt, bo tak się nazywał nasz zespół…
KT: Twoja twórczość bywa określana jako „kosmiczna” nie tylko estetycznie, ale i konceptualnie. Na ile twoje zainteresowanie astronomią czy nauką jest fundamentem muzyki, a na ile tylko punktem wyjścia do bardziej osobistych narracji?
PR: Przenika się to w obie strony, bo zarówno astronomia inspiruje muzykę, jak i muzyka jest czymś, co człowiek pozyskuje z platońskiego kosmicznego świata idei. Tak to chyba trzeba tłumaczyć, bo sztuka balansuje pomiędzy światem materialnym a pełną metafizyką, której, w moim przekonaniu, nie da się opisać wzorami chemicznymi, buzującymi hormonami czy fizyką kwantową. Klasyczna elektronika, elektronika progresywna, ambient i podobne obszary, które eksploruję, są perfekcyjnie zbieżne z astronomią i ludzkimi dążeniami, aby sięgać gwiazd. Kosmos to twarda nauka, ale także źródło inspiracji artystycznej. Tak to widzę.

KT: Poruszasz się w obrębie ambientu, elektroniki eksperymentalnej i space music. Czy czujesz się częścią konkretnego gatunku, czy raczej traktujesz je jako ograniczenia? Jak zmieniało się twoje podejście do „etykietowania” muzyki na przestrzeni lat?
PR: Powiem tak: czuję się przedstawicielem polskiej szkoły klasycznej muzyki elektronicznej. Czerpię z rodzimych i zagranicznych ojców gatunku, ale dodaję do tego osobiste doświadczenia i inspiracje. Często zapraszam do kooperacji innych muzyków, co daje wartość dodaną w postaci zderzenia się dwóch światów estetycznych. Wtedy 1 + 1 nie daje 2, daje coś więcej.
KT: Masz za sobą wieloletnią działalność sceniczną i studyjną. Co dziś robisz zupełnie inaczej niż na początku kariery – nie technicznie, ale mentalnie? Czy doświadczenie pomaga, czy czasem ogranicza spontaniczność?
PR: Przestałem grać do bólu równo, nie używam już kwantyzatorów, nagrywam od razu ścieżki wav, nie używam w zasadzie midi. Nagrywam często spontanicznie, siadając po dłuższej przerwie i nagrywając ślad po śladzie w programie DAW. Powstają z tego gotowe utwory lub szkice, które są podstawą późniejszych kompozycji. Zacząłem się też interesować samą istotą brzmienia. Uwielbiam dyskretne wibracje analogowych syntezatorów, subtelne reagowanie filtrów i oscylatorów na delikatne ruchy suwaków i pokręteł. Ten wspaniały świat brzmień pojawia się w moich plamach i pejzażach ambientowych, ale żeby nie było tak, że zerwałem z rockiem progresywnym, są też mocne rytmy, hammondy, ostre, przesterowane minimoogowe leady.
KT: Na ile twoja muzyka jest odbiciem twojego życia prywatnego? Czy traktujesz ją jako formę autoterapii, czy raczej świadomie oddzielasz sferę osobistą od artystycznej?
PR: Autoterapia na pewno, zwłaszcza że jestem jednostką raczej przewrażliwioną, z gatunku tych bardziej neurotycznych. Muzyka jest zasadniczą częścią mojego życia wewnętrznego, zarówno ta, którą tworzę, jak i ta, której słucham na co dzień. Całość uzupełnia astronomia, kosmologia, filozofia, historia i kilka innych dziedzin.

KT: Twoje brzmienie często opiera się na syntezatorach modularnych i długich formach. Czy proces tworzenia jest bardziej improwizacją czy konstrukcją? I czy technologia inspiruje cię do nowych kierunków, czy raczej próbujesz ją „ujarzmić”?
PR: Dawniej stawiałem zdecydowanie na powolne rzeźbienie, cyzelowanie formy i treści. Dzisiaj to znacznie bardziej spontaniczna kreacja, granie intuicyjne. Bardzo inspirują mnie nowe brzmienia syntezatorów, które w dziwny sposób, po pierwszym usłyszeniu czy wykręceniu, powodują, że momentalnie mam w głowie pomysł na utwór. Nie wiem, jak to się dzieje, ale kilku moich znajomych też tak ma. Tak jak wspomniałem, balansujemy na granicy świata materialnego i metafizyki.
KT: Twoja muzyka bywa wymagająca i kontemplacyjna. Czy tworzysz z myślą o odbiorcy, czy raczej zakładasz, że słuchacz musi wejść w twój świat na twoich warunkach? Jak zmieniła się twoja relacja z publicznością przez lata?
PR: Zdecydowanie zapraszam słuchacza do podróży na moich warunkach. Wszystko, co do tej pory wydałem, przeszło moje gęste sito, którym odsiewam ziarna od plew. Bronić będę tych moich dzieci jak niepodległości. Słuchacz jest kimś fundamentalnie ważnym dla twórcy, ale nie na zasadzie wywierania presji na tworzenie tego lub tamtego, według narzuconego widzimisię. Akurat w moim przypadku nigdy nie miałem wrażenia, że ktoś próbuje nakłonić mnie do zrobienia czegoś wbrew sobie.
KT: Gdybyś miał stworzyć utwór, którego nie da się „zrozumieć” w tradycyjnym sensie, a jedynie doświadczyć – jak by brzmiał? Czy widzisz w muzyce przyszłość jako medium bardziej sensoryczne niż narracyjne?
PR: Zdecydowanie ambient, zejście na poziom niskorejestrowych oscylacji, zdudnień, drgań i sonicznych efektów krążących w panoramie stereo. Może nawet coś w ramach Dolby Atmos, a więc nie klasyczny utwór sceniczny, ale chmura dźwięków tworzących pewne środowisko, w którym słuchacz znajduje bezpieczną kryjówkę i chce mu się w niej trwać.
KT: Wokół muzyki elektronicznej – zwłaszcza tej bardziej niszowej i ambitnej – często buduje się pewien mit artysty oderwanego od rzeczywistości. Jak wygląda twoja codzienność poza sceną i studiem? Na ile jest ona zwyczajna, a na ile przenika się z twoją twórczością?
PR: Zarabiam na życie czymś innym niż muzyka, która więcej kosztuje, niż daje do domowego budżetu. To sprawia, że chodzę twardo po ziemi, jestem kimś, kogo wywiad psychiatryczny opisałby jako optymistycznego racjonalisty pesymistycznego. Moja działalność w popularyzowaniu nauki jest tym, co siłą rzeczy trzyma mnie przy zdroworozsądkowym podejściu do świata, ale tak jak już mówiłem, balansuję i zahaczam często o metafizykę.
KT: Gdybyś miał dziś zaczynać od zera w świecie przeładowanym muzyką i technologią, co zrobiłbyś inaczej? Jaką jedną rzecz doradziłbyś młodym artystom, którzy chcą tworzyć muzykę głęboką i autentyczną, ale jednocześnie nie zginąć w natłoku treści?
PR: Z pewnością zacząłbym wcześniej, a nie po 30. roku życia. Radziłbym dużo słuchać, dużo czytać, starać się rozumieć świat. To daje wiele osobistym możliwościom zadawania sobie sensownych pytań o nasze miejsce we Wszechświecie, sens życia i śmierci, sens tworzenia, sens miłości i przyjaźni. Daje też tarczę do obrony przed zalewem tego całego medialnego gówna, generowanego przez głupawych ćwierćinteligentów lub inteligentnych cyników. Poza tym dobrze jest toczyć nieustanną walkę ducha z materią, ćwiczyć mimo tego, że palce odmawiają posłuszeństwa. Nie chodzi o to, żeby być wirtuozem, ale żeby potrafić z wykorzystaniem technologii przenieść oryginalny pomysł i podzielić się nim z innymi.
KT: Jak wygląda twój stosunek do muzyki metalowej? Czy są artyści lub zespoły z tego nurtu, z którymi chciałbyś kiedyś nawiązać współpracę?
PR: Krótko – uwielbiam. Dla przykładu, często w domu katuję sąsiadów mieszanką złożoną z: Death, Pestilence, Cynic, Queensryche, Metallica, Sepultura, Primus, a z rodzimych rzeczy Trauma czy Dead Infection. Można? Można! Co do współpracy, jestem otwarty, chociaż bardziej w kierunku współpracy studyjnej niż koncertowej.
KT: Na zakończenie – czego słuchasz na co dzień? I co z twojej aktualnej „playlisty” uznałbyś za najbardziej nieoczywisty wybór dla osoby tworzącej taką muzykę jak ty?
PR: To, co wymieniłem wyżej, plus Genesis, King Crimson, Camel, Yes, The Police, The Doors, ZZ Top, Fleetwood Mac, Pat Metheny Group, Brian Eno, Vangelis, Tangerine Dream, Miles Davis, Return to Forever, dużo muzyki klasycznej (Mozart, Vivaldi, Bach, Prokofiew, Górecki, Kilar). Jest tego mnóstwo, trudno wymienić wszystko, co zawiera moja ściana z płytami.
KT: Dziękuję za rozmowę i powodzenia w dalszym rozwoju kariery!
PR: Dziękuję za zaproszenie do rozmowy i serdecznie pozdrawiam przyjaciół melomanów!
Rozmawiał Kamil Tyski (Muzyczne retrospekcje)