Największą zaletą OFFA jest dla mnie brak jakiejkolwiek regularności czy konsekwencji stylistycznej, jeśli chodzi o program festiwalu. Na różnych scenach grają artyści prezentujący odmienne gatunki muzyczne, czasem nawet bardzo od siebie odległe, a układ wykonawców w tabelce zależy głównie od ich popularności, choć tu też organizatorzy potrafią zaskakiwać. Środkowy dzień festiwalu był więc jedynym momentem, kiedy Scena Eksperymentalna była ułożona według określonego klucza. Na szczęście rozstrzał stylistyczny artystów był zachowany, a łączył ich tylko kraj pochodzenia – Irlandia. Choć po opisach i pobieżnych przesłuchaniach wszystkie wydawały się warte uwagi, mocna tego dnia reprezentacja „większych” wykonawców na grającej w tym samym czasie Scenie Leśnej pozwoliła mi wziąć pełny udział tylko w koncercie otwarcia soboty.
Słyszałem wiele głosów, że późniejsze występy były bardzo dobre, ale mogę powiedzieć, że M(h)aol też godnie reprezentowali swój kraj, mimo że w swojej muzyce nie przemycali żadnych charakterystycznych dla Irlandii dźwięków. Zaproponowali oparty na spoken word post-punk posiadający też wiele noiserockowych elementów, za które odpowiadał obrażony gitarzysta, obrócony do publiki tyłem przez cały koncert. Niektórym to przeszkadzało, ale ja często oglądam na żywo Łukasza Rychlickiego, więc chyba się przyzwyczaiłem do takiej prezencji scenicznej. W tekstach utworów dostaliśmy głównie feminizm i wspomnienia o zmarłych psach, więc wszystko mi się podobało. Antykapitalizm w gadkach pomiędzy kawałkami też, ale ten był niestety podawany przez osobę grającą na basie w tak nudny sposób, że reszta członków zespołu przerwała to nawet w pewnym momencie, by zacząć kolejny kawałek. Nie zabrakło też agresji, gdy melorecytacja obsługującej perkusję wokalistki przechodziła we wściekły krzyk. Koncert oceniam ogólnie pozytywnie, choć wydaje mi się, że mogliby jeszcze dopracować przejścia między kawałkami, bo często w ich trakcie gubią wypracowaną podczas grania dynamikę, ta zblazowana konferansjerka czasem jest urocza, a czasem nużąca. Dlatego polecam posłuchać M(h)aol z płyt, ale sam jeszcze kiedyś chętnie sprawdziłbym ich na żywo.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak
Kolejny slot wypełnili polscy artyści. Najpierw oglądałem przez chwilę warszawski zespół rockowy Bujaturla grający na głównej scenie. Ale wiele tu nie napiszę poza tym, że przez pierwsze trzy kawałki wydali mi się po prostu przeciętni. Minął dopiero tydzień od festiwalu, a już średnio pamiętam ten koncert. Dlatego dałem jeszcze szansę Drabusheyce. Drugą, bo jego występ sprzed paru miesięcy na krakowskim Impakcie mi się zupełnie nie podobał. Tu na szczęście było lepiej. Przede wszystkim wykręcono mu soczyste brzmienie – bas łupał aż miło. Doszła też gitara elektryczna, która wzmacniała ciężkie już i tak podkłady metalowymi riffami. Czuć tu więc inspirację Plaiboiem Cartim już nie tylko na płytach, ale słychać też autorski język i rękę do pisania kawałków wpadających w ucho. Które na żywo wciągają do moshpitów. Co nie udało się jako support przed Limp Bizkit w Krakowie (fani w czerwonych czapeczkach zupełnie nie wiedzieli, jak reagować i co to za dziwna nowa muzyka), poszło dużo lepiej pod Sceną Trójki, bo tu większość (głównie młodszych) odbiorców była aktywna, a circle pit kręcił się niemal przez cały czas. Zostałem do końca – czasem warto dać drugą szansę.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak
Za to żadnych wątpliwości nie miałem, jeżeli chodzi o zasłużony eksperymentalny zespół Einstürzende Neubauten. Niemców widziałem już nie raz i wydaje mi się, że każdy ich kolejny występ jest coraz lepszy, jakby nabywane z wiekiem doświadczenie dosłownie przekuwali na jakość swoich koncertów. Od razu trzeba zaznaczyć, że nie jest to żadna grupa rekonstrukcyjna, która proponuje tylko sprawdzone hity. W Katowicach nie zrezygnowali całkiem ze starych rzeczy – zagrali przecież trzy numery z jednej ze swoich popularniejszych płyt – „Silence Is Sexy”, ale poza tym skupili się na nowym materiale z trzech ostatnich albumów studyjnych. Z drugiej strony, pisanie nawet jednego zdania o setliście wydaje mi się w ich wypadku niepotrzebne, bo myślę, że publika kupiłaby wszystko, co zaproponowaliby Neubauteni. Dla niewtajemniczonych w ich twórczość rzut oka na scenę wystarczył, by przekonać się, że będzie się na niej działo. Rozstawione wśród tradycyjnych gitar i perkusji dodatkowe instrumenty, czyli wiertarki, blachy, rury PVC, turbiny i plastikowe beczki zapowiadały osobliwe widowisko. Ale co najważniejsze, partie z użyciem tych industrialnych gadżetów nie były w żadnym momencie wprowadzane na siłę, aby wzbogacić tylko formę wypowiedzi, ale stanowiły integralny element każdej kompozycji. Choć wzrok i słuch przyciągali naprzemiennie wszyscy muzycy, to wyróżniłbym tu nową w składzie basistkę Josefine (świetnie nagłośnioną – jej partie brzmiały naprawdę potężnie) oraz wokalistę i lidera formacji, Blixę Bargelda, jak zwykle czarującego publikę szerokim wachlarzem technik wokalnych, od zimnej melorecytacji do wampirycznego wrzasku. Największym minusem był tu czas trwania, bo ta godzina zleciała strasznie szybko, ale to już uroki grania festiwalowego.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski
I nawet nie można było dobrze ochłonąć po występie Niemców, bo już szczelnie zapełniał się sąsiadujący z Leśną namiot Trójki, i to zanim jeszcze rozpoczął się pierwszy w historii koncert Chat Pile w Polsce. Swoją drogą to trochę smutne, że takie grupy jak Chat Pile czy Have a Nice Life swoje pierwsze gigi w naszym kraju muszą grać na OFFIE, w napchanych do bólu namiotach, ale może bohaterom tego akapitu przetrze to szlak do koncertów klubowych i nasi lokalni organizatorzy staną wreszcie na wysokości zadania. Wyczekiwani przez wielu offowiczów współcześni mistrzowie brudnego noise rocka nie zawiedli, już od otwierającego show ikonicznego kawałka „Why” było wiadomo, że będzie to intensywny i solidnie brzmiący występ. Oparty głównie na dwóch dotychczas wydanych albumach studyjnych, ale pojawił się też tegoroczny singiel „Masks” – protest song wymierzony w amerykańską agencję ICE, oraz dwa utwory z nadchodzącej wielkimi krokami trzeciej płyty, m.in. sludge’owy potwór „PEN I S MALL” o kulisach pracy w ochronie galerii handlowej. Oprócz ciężkiego walcowania i niebanalnych tekstów dostaliśmy też błyskotliwą konferansjerkę dotyczącą wybranych filmów Kieślowskiego i Żuławskiego oraz rekomendację lokalnej katowickiej restauracji – sympatyczną, ale niepotrzebną – przecież każdy szanujący się offowicz wie, co to Złoty Osioł. Lepiej być nie mogło, czekam teraz na jakiś koncert klubowy Amerykanów, w luźniejszych warunkach.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Kuczyńska
Z namiotu Trójki wróciłem od razu na Leśną, by trochę ochłonąć i uwolnić się od ścisku… ale tu tłum był jeszcze większy! Miałem lekkie déjà vu, bo rok temu poczułem się podobnie, gdy wychodziłem z Have a Nice Life na Ecco2k, choć wtedy zaskoczony nie byłem. Może nie powinienem się tak dziwić, ale przyznam, że nie sprawdzałem ostatnio, jaki jest stan popularności Oklou. Gdy oglądałem ją cztery lata temu na Soundrive w Gdańsku, na jej koncercie było kilkadziesiąt osób – tam main stage świecił pustkami. Gdybym chciał oszacować ilość widzów na OFFIE, trzeba by do tej liczby dodać dwa zera. Duża w tym pewnie zasługa świetnej płyty „choke enough”, która zresztą wybrzmiała w Katowicach w całości obok trzech starszych kawałków z „Galore”. Zgadzało się w tym występie wszystko: eteryczny, nieziemski wokal Oklou, podkłady wzbogacone brzmieniowo o żywe instrumenty obsługiwane przez artystkę i dwóch towarzyszących jej muzyków, praca operatora kamery scenicznego, której efekt był na żywo obrabiany i puszczany na telebimach, czy wreszcie oszczędna, ale spektakularna oprawa świetlna. W rezultacie do skróconego opisu tego koncertu wystarczyłyby przymiotniki „cudowny” albo „piękny”. Gdybym miał podawać definicję tych słów w odniesieniu do występu muzycznego, użyłbym właśnie ten Oklou w Katowicach jako ich przykład. Część widzów chyba liczyła, że na scenie pojawi się Bladee, który ma gościnny udział w utworze „take me by the hand”, ale uniemożliwił mu to prawdopodobnie rozpoczynający się chwilę później na głównej scenie jego własny koncert.
Nie tylko jego, bo headlinerem soboty był na spółkę z Yung Leanem, dając podzielone na cztery części show. Pierwsza i ostatnia były momentami, kiedy skupiali się na wydawanych wspólnie singlach i epce „Evil World”, a dwie środkowe to po prostu ich solowe występy z autorskim repertuarem. Przed tym koncertem celowo nie sprawdzałem setlist ich łączonych koncertów, więc nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale liczyłem, że usłyszę przynajmniej kilka utworów z wydanej wspólnie indierockowej płyty „Psykos” – tak bardzo pasowałoby mi to do OFFA. Niestety nie pojawiło się z niej nic, a panowie odłożyli na czas tego występu swoją cloudrapową wrażliwość na rzecz bardziej standardowego trapowego show, przynajmniej w większej jego części. W tę pierwszą stronę trochę bardziej skręcał Bladee w swojej indywidualnej partii, ale nie na tyle, by zbliżyć się poziomem do jego zeszłorocznego grudniowego koncertu, jaki oglądałem w Krakowie. Przyznam, że bardziej przyszedłem tu dla Yung Leana, którego jeszcze wcześniej nie widziałem na żywo, a którego twórczość studyjną cenię bardziej od tej jego kolegi. I tu też się trochę zawiodłem, bo to wiksiarskie podskakiwanie gryzło mi się z jego introspektywnymi, melancholijnymi utworami, a buchające cały czas ognie nie pasowały mi temperaturą do chłodnej atmosfery podkładów muzycznych. Pozostaje mi dalej żałować, że nie byłem koncercie Yung Leana na Scenie Trójki w 2016 roku. I oglądać na telefonie najlepszy moment jego części występu, czyli jedynego reprezentanta mojej ukochanej płyty „Stranger” – „Red Bottom Sky”. Dużo tu narzekam, ale to nawet nie do końca wina samej jakości koncertu (trudno się na przykład przyczepić do brzmienia, jakie wykręcili), a bardziej moich oczekiwań – ubzdurałem sobie, że będzie inaczej.
Przy tej okazji nachodzi mnie jeszcze jedna refleksja. Piszę te słowa już kilka dobrych dni po całej imprezie i natknąłem się w różnych komentarzach i opiniach na wiele nieprzyjemnych słów adresowanych do bohaterów tego akapitu, szczególnie ze strony starszego offowego pokolenia, do którego sam należę. Wywołanego często nawet nie tyle jakością samej ich twórczości, a stosowaniem przez artystów efektu wokalnego, który wydaje się tu wręcz dyskwalifikować całą muzykę robioną przy jego pomocy. Taka ignorancja może nie dziwić u niedzielnych słuchaczy, którzy przecież też przychodzą na OFFA, ale wśród muzycznych nerdów czy dziennikarzy muzycznych wydaje się już pewnym faux pas. Trudno z kolei spotkać takie zachowania wśród młodszej publiki, która stanowi większość odbiorców sobotnich headlinerów – nie ma tu analogii w drugą stronę. Zauważyłem też, że kultura takich koncertów jest o wiele przyjaźniejsza. Gdy spóźniony po Oklou próbowałem podejść jak najbliżej sceny, wszyscy mnie grzecznie przepuszczali i nikt nie udawał posągu, co już podczas występów „kultowych” i „legendarnych” artystów okołorockowych nie wygląda tak różowo. Atmosfera panująca pod sceną była jednym z czynników, który był na duży plus, więc mimo mojego wcześniejszego marudzenia i nie do końca spełnionych oczekiwań, mogę powiedzieć, że i tak się dobrze bawiłem.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak
Ostatni slot soboty to dla mnie kolejny o tej porze duży clash podczas tegorocznej edycji, choć nie aż tak dramatyczny jak ten piątkowy (HTRK i Los Thuthanaka). Tym razem postanowiłem podzielić swoją uwagę na dwie sceny i najpierw zszedłem na Eksperymentalną, gdzie rozstawił się na scenie ostatni tego dnia Irlandczyk – Sega Bodega. Zaczął nawet całkiem fajnie, ale zmęczenie po całym dniu i ilość koncertowych wrażeń w przeciwległej części terenu festiwalu sprawiła, że potrzebowałem trochę ochłonąć, a progresywna elektronika proponowana przez Salvadora w tym za bardzo nie pomagała. Martwiłem się też trochę, że przegapię moment, gdy Clams Casino będzie grał „I’m God”, więc po 15 minutach zabrałem się pod Scenę Leśną. I tu dostałem po prostu „the best of” instrumentalnych produkcji Mike’a oraz wybrane popularne kawałki, które zrobił dla takich raperów, jak A$AP Rocky czy Vince Staples. I tego jednak o tej porze bardziej potrzebowałem, to był naprawdę przyjemny secik. Ktoś mógłby marudzić, że był to najprostszy DJ set, bez kombinowania przy utworach, ale z drugiej strony – nikt nie twierdził, że będzie inaczej. Dobrze było po prostu posłuchać tych wszystkich utworów puszczanych przez ich autora.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak
I tak skończył się środkowy dzień festiwalu, dużo lepszy od poprzedniego. I chyba dla mnie najmocniejszy podczas tej edycji, jeżeli miałbym wziąć pod uwagę wszystkie koncerty razem, szczególnie dzięki tym w sektorze Leśna/Trójka. Ale najlepszy występ OFF Festivalu 2026, jak i jeden z najlepszych w historii całej imprezy, miał dopiero nadejść kolejnego dnia, a o tym już będzie można przeczytać w ostatniej części relacji z tegorocznej edycji.
Adrian Pokrzywka
O godzinie 18:15 zainstalowałem się pod Sceną Orlen, aby posłuchać, jak młodzież z zespołu Allarme radzi sobie z materiałem jednej z najważniejszych płyt lat 80., która powstała na polskiej ziemi. Mowa oczywiście o albumie „Nowa Aleksandria” zespołu Siekiera. Warszawski zespół stworzył jednorazowy projekt pod nazwą „Ludzie Wschodu grają Nową Aleksandrię”, aby w ten sposób upamiętnić 40. rocznicę wydania tego wybitnego zimnofalowego dzieła. Czy udźwignęli? Trudno jednoznacznie ocenić. Ludzie, którzy w kurzu szaleli pod sceną, na pewno powiedzą, że tak. Ja generalnie również mam pozytywne odczucia, chociaż mam wrażenie, że szczególnie na początku koncertu muzycy byli dość mocno stremowani, a na ich występie zbyt mocno odcisnął się stempelek tribute bandu. Na pewno wiele osób zapamięta ich koncert głównie z faktu, że… nie wiadomo, kogo zjedzono w utworze „Ludzie Wschodu”. Jurek Sienkiewicz mało subtelnie pominął to współcześnie „gumkowane” słowo. A przecież można było stworzyć piękny wers: „czy zjedli tu muffina?”. Na scenie pojawiali się również goście – m.in. Aleksander Zajdel z zespołu Metro, który tego dnia zaśpiewał utwór tytułowy. Piosenki wykonano w kolejności, w jakiej znalazły się na albumie, bez większych zmian w ich aranżacjach. Oczywiście pewne różnice były. Ponieważ w 1986 roku na „Nowej Aleksandrii” nie było jednego z największych hitów Siekiery, utworu „Misiowie Puszyści” (pojawił się dopiero jako bonus w 1992 roku), zastanawiałem się, czy w ogóle usłyszymy go tego dnia. Muzycy wybrnęli z tego w najlepszy możliwy sposób. Wykonali go na bis. Cały koncert był bardzo przyjemną ciekawostką, jednak nie sądzę, żeby zapisał się w annałach festiwalu. A i samo Allarme następnego dnia dało lepszy występ. Ale o tym już przeczytacie w relacji z kolejnego dnia festiwalu.
Mariusz Jagiełło

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski
W 2025 roku Artur Rojek wrócił do starej dobrej tradycji, żeby Scena Eksperymentalna miała jakiś klucz przewodni. Kiedyś były to kuratele: w 2013 roku Stephen O’Malley z Sunn O))) oraz The Walkmen (tak, 13 lat temu były aż dwie!), później Michael Gira ze Swans, Ariel Pink, a w 2020 roku kuratorem o włos nie został Mac DeMarco (jak dobrze pamiętamy, pandemia pokrzyżowała plany nam wszystkim). W tym roku organizatorzy OFFA podeszli do sprawy inaczej, ale i tak mam wrażenie, że była to jedna z ciekawszych decyzji programowych tej edycji. Scenę Eksperymentalną drugiego dnia festiwalu w całości przejęły zespoły pochodzące z Irlandii. Poza nazwami, które wymienił Adrian, mnie udało się zobaczyć jeszcze dwie: Madra Salach i Chalk.
Jeszcze zanim ogłoszono pełny line‑up, zastanawiałem się, kto mógłby być moim wymarzonym headlinerem. Z zespołów „w zasięgu” oczywistym wyborem był Interpol – dziś, powiedziałbym, idealna gwiazda na drugi dzień festiwalu, przynajmniej w mojej głowie. Niestety w tym roku Nowojorczycy nie zahaczyli o Polskę (Panie Rojek, może 2027?). Ale tu niespodzianka. W Katowicach pojawił się Paul Banks… ale nie ten, o którym teraz pewnie pomyśleliście. Tylko wokalista alternatywno‑folkowego Madra Salach, i kto wie, czy wkrótce nie zostanie moim ulubionym Banksem. Trudno nie polubić gościa, który z taką czułością opowiada o polskich browarach: Tyskim, Lechu czy Karpackim. Muzycznie Madra Salach to świeże, lekko surowe podejście do irlandzkiej tradycji. Przy dorobku ograniczonym do jednej epki urozmaicili set kilkoma coverami: od The Pogues po Ewana MacColla, ale najbardziej zaskoczyli mnie świetnym wykonaniem klasyka „In the Aeroplane Over the Sea” od Neutral Milk Hotel – dla młodszych: headlinera OFFA 2014. Może Madra Salach to nie jest jeszcze poziom Lankum ani choćby eksperymentalnego Gilla Band, ale jestem przekonany, że przy takiej charyzmie i podejściu do przeżywającego kolejny szczyt popularności irlandzkiego folku mogą zajść naprawdę daleko!

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak
Drugim z zespołów był Chalk – mieszanka industrialu, punka i techno, momentami mogąca przypominać nawet szalone odjazdy w stylu Nine Inch Nails czy HEALTH. Gdy Chalk grali na przysłowiowej „pełnej”, koncert był znakomity; kiedy zwalniali, napięcie trochę siadało. Mimo to ich debiutancki longplay „Crystalpunk” na żywo sprawdził się zaskakująco dobrze, a to tylko zaostrza apetyt na więcej. Mam też nadzieję, że pomysł z „wątkiem przewodnim” na Scenie Eksperymentalnej powróci w roku 2027, bo ta formuła sprawdza się perfekcyjnie!

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak
Warto też wspomnieć o Frankie and the Witch Fingers, pierwszej zagranicznej formacji jaką mogliśmy usłyszeć na Scenie Trójki. Grupa, która już od pierwszego riffu przywoływała skojarzenia z klasykami gatunku pokroju Osees, King Gizzard & the Lizard Wizard czy Ty Segall. Muzycznie wszystko się zgadzało. Na żywo grają naprawdę solidnie i dosłownie nie biorą jeńców, ale mimo tej energii miałem wrażenie, że gdzieś już to wszystko słyszałem. Może to kwestia mojego podejścia: przy takich kapelach, jeśli nie jestem w samym centrum akcji (mosh pitu), po kilku kawałkach zaczynam się nużyć. I dokładnie tak stało się w przypadku tej ekipy z Indiany. Rozumiem jednak, że fani przesterów i garażowo‑psychodelicznego rocka musieli być zachwyceni… i mieli do tego pełne prawo. No i te tytuły kawałków jakie usłyszeliśmy na Scenie Trójki… „Cocaine Dream” i „Dracula Drug”. Trudno o bardziej bezpośrednią sugestię, w jakim nastroju najlepiej wchodzi ich muzyka.

Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski