IKS

Nick Blacka (GoGo Penguin) [Rozmowa]

 

Kuba Ryszkiewicz: Wasz ostatni album nosi tytuł „Necessary Fictions”. Zdaję sobie sprawę, że może zaczynanie rozmowy od pytania o znaczenie tytułów niemalże instrumentalnego albumu może być trochę dziwne, ale jestem ich ciekaw.

 

 

Nick Blacka: Tytuły mają dla nas całkiem spore znaczenie. Właśnie w instrumentalnej muzyce czasem nie jest łatwo przekazać tego, co chcemy powiedzieć. Z jednej strony to zaleta, bo ludzie nakładają na nią swoje własne znaczenia, a nie jest tak, że to my im je dyktujemy. W przypadku tego albumu punktem wyjścia jest fakt, że stajemy się coraz starsi. Jest pewnym spojrzeniem wstecz i zadaniem sobie pytania, jaka część mnie jest tak naprawdę nasza, a jaka jest nam narzucona. Nie myślałem o takich rzeczach, kiedy byłem młodszy. Wiesz, nasi rodzice i społeczeństwo ma w stosunku do nas pewne oczekiwania. No i czasem zaczynasz się zastanawiać – kim tak naprawdę jestem. Jako osoba. Jakie cechy są nasze? Co jest tak właściwie ważne? No i pytaniem jest, które z tych rzeczy, które ze sobą niesiemy przez życie, są niepotrzebnymi fikcjami, a które potrzebnymi. Bycie uczciwym w stosunku do samego siebie. Także jako zespół, jako muzycy. Może za bardzo przejmujemy się tymi zewnętrznymi sprawami, tym, jak jesteśmy odbierani. Chodzi o to, żeby otrząsnąć się z tych niepotrzebnych fikcji, które są na nas narzucane. O bycie szczerym z samym sobą.

 

 

KR: A jak ustalacie tytuł albumu? Wspólnie czy raczej ktoś przynosi pomysł reszcie?

 

 

NB: Większość tytułów wymyślam ja. Tym razem natchnęła mnie książka, którą czytam. Autorem jest James Hollis. Jest o stawaniu się starszym, przechodzeniu przez wiek średni i o tym, jak się z tym czujemy. O tym, że kiedy jesteśmy młodzi, brakuje nam refleksji. Jeśli chodzi o tytuły, dużo dyskutujemy.

 

zdj. Mark Gregson

 

KR: A okładka? Wiem, że ten budynek pojawia się w jednym z teledysków.

 

 

NB: Ten budynek stoi niedaleko miejsca, w którym mieszkam. To punkt charakterystyczny na mapie południowego Manchesteru. Każdy tu zna ten budynek. Codziennie przechodzę koło niego, mijam go, gdy biegam, kiedy gdzieś jadę. I z czasem coraz bardziej mnie fascynował. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę z faktu, że już nie jest używany. Teraz jest opuszczony. Woda zbiera się na dachu.

 

 

KR: Właśnie widziałem w klipie. Tam jest basen na dachu?

 

 

NB: Nie, to deszczówka. On coraz bardziej niszczeje. To nie tak, że ktoś tak to zaprojektował. To był kiedyś budynek uniwersytecki. Chyba zaprojektowany w latach pięćdziesiątych. Zdjęcie na okładce jest mojego autorstwa, ale Chris popracował nad designem. Więc to taka wspólna praca.

 

 

KR: Bo ono jest przetworzone, prawda?

 

 

NB: Tak, trochę jest. Ale nie jest bardzo dalekie od oryginału. Zdecydowaliśmy się na to, żeby okładki miały styl bliższy fotografii. Trochę dlatego, że bardzo lubię robić zdjęcia. Chris zapytał, jakie mam zdjęcia, i pokazałem mu. Okazało się, że było wiele zdjęć tego budynku, tu jest nazywany Toast Rack (stojak na tosty). Trochę mam chyba obsesję na jego punkcie. No tak, to zdjęcie znalazło się na okładce.

 

 

KR: Stojak na tosty?

 

 

NB: Tak. A taki brązowy budynek obok niego ludzie nazywają sadzonym jajkiem. Może to dlatego, że na uniwersytecie był tu w latach 60. wydział poświęcony żywieniu.

 

 

KR: Trochę też wygląda jak tarka do warzyw. Wróćmy do teledysku. Mówiłeś, że biegasz dookoła niego – stąd tytuł („Fallowfield Loops” – przyp. KR)?

 

 

NB: Dokładnie.

 

 

KR: W teledysku są niesamowite ujęcia z drona. Kiedy latacie przez budynek i ponad nim. Niesamowite widoki. Odkryłeś coś nowego, patrząc na ten budynek z innej perspektywy?

 

 

NB: Tak. Nigdy nie widziałem go z góry. Nie miałem pojęcia, że stoi tam woda. To nasz kolega Rich latał. Spytałem, czy da radę przelecieć przez budynek. I prawie straciliśmy drona w rezultacie. Mało brakowało, a byłby się rozbił. Następnego dnia chciał tam wrócić i jeszcze coś dokręcić, ale powiedział, że było od groma strażników. Ciekawe dlaczego? Pewnie dlatego, że ktoś latał tam dronem dzień wcześniej. Ale to, co nagraliśmy, wyszło bardzo dobrze. Taki hołd dla Manchesteru, mojej okolicy. Chris też nie mieszka daleko. Dla mnie to ważne, że pokazujemy te mniej znane okolice.

 

 

KR: Skoro mowa o okładkach i zdjęciach, to chciałbym jeszcze zapytać o nową EP-kę. Z jednej strony kojarzy mi się z serialem „Severance”, z drugiej bardzo przypomina mi Kubrickowską perspektywę.

 

 

NB: To zdjęcie zrobiłem w Funkhaus w Berlinie, to stary niemiecki budynek radiowy.

 

 

KR: Czyli to zdjęcie to nie był projekt, tylko zrobiłeś fotografię istniejącej przestrzeni?

 

 

NB: Tak, absolutnie.

 

 

KR: Wygląda obłędnie. To zestawienie kolorów. Kompozycja. Ten mrok na końcu korytarza.

 

 

NB: Tak, tak. Robiłem to zdjęcie przez szklane drzwi. Nawet widać trochę odbicia, ale moim zdaniem dodaje, a nie ujmuje. Z jednej strony jest trochę niepokojąco, ale z drugiej idealnie nadaje się na okładkę albumu. Z początku rozważaliśmy je na „Necessary Fictions”. Ale myśleliśmy też o wydaniu EP-ki, a jej tytuł, „Call to the Void”, lepiej do niego pasował.

 

 

KR: Ok. A zostawiając na boku estetykę, możesz mi trochę opowiedzieć o samym albumie?

 

 

NB: Nasz poprzedni album nosił tytuł „Everything Is Going to Be OK”, trochę ironiczny, bo to był dla mnie bardzo trudny moment w życiu. Straciłem mamę i mojego brata. Rak. Dopiero co skończyła się pandemia. Wszystko było trudne w tamtym czasie. To był najcięższy okres w moim życiu. Napisaliśmy ten album po to, by podnieść się trochę na duchu. Różnił się od poprzednich. Od tamtego czasu minęło trochę. Doszliśmy do siebie i teraz staramy się nagrywać bardziej w naszym oryginalnym stylu. Trochę mniej optymistycznie, trochę bardziej mrocznie, bardziej agresywnie, trochę więcej różnorodności. Nie chcieliśmy się przejmować tym, że mamy być jazzową kapelą. Robimy muzykę, jaką chcemy i nie przejmujemy się tym, co inni myślą. To się łatwo mówi. W praktyce czasem jest to trudno wyegzekwować, bo jednak przejmujemy się tym, co ludzie myślą. Ale staramy się być autentyczni. Więcej eksperymentujemy, więcej używamy sytezatorów, wokali, instrumentów smyczkowych. I jestem bardzo zadowolony z efektu. Nagrywanie płyty nie jest łatwym procesem, ale mam wrażenie, że tym razem mieliśmy wiele dobrych dni. Byliśmy w studiu każdego dnia. Czasem jest tak, że wracasz do domu i myślisz sobie – było beznadziejnie. Kiedy nic nowego nie przychodzi do głowy. Nic dobrego. Ale czasem są dni, że lecisz jak na skrzydłach, niesiony pomysłami. I tym razem tych drugich dni było o wiele więcej niż zwykle.

 

zdj. Natalia Deyna

 

KR: Rozumiesz, jak działa ten proces kreatywny? Pytam, bo sam się nad tym zastanawiam. Mam dwie prace. Na co dzień pracuję jako nauczyciel. W tej pracy czuję się dość komfortowo. Wiem, co mam robić i kiedy. Ale druga praca to fotografia. Dużo fotografuję koncertów. Nigdy nie wiem, czy wrócę ze zdjęciami, z których będę naprawdę zadowolony. I czasem jestem, a czasem mniej. Ale to uczucie, kiedy wszystko się razem zgra, gest, emocje, światło. To coś niesamowitego. Masz jakąś sekretną formułę przy pisaniu muzyki, która wyzwala kreatywność?

 

 

NB: Z muzyką jest podobnie. Dla mnie to zagadka, jak ten proces działa. Rozmawiałem ostatnio o AI i mówiłem, że kreatywność to, mam nadzieję, rzecz, której AI nie jest w stanie zniszczyć. Może kopiować, ale sama nic nowego nie wytworzy. Nie będzie kreatywna. A jak działa kreatywność? Jest taki cytat z Picassa, że inspiracja istnieje, ale musi widzieć, że wkładasz w coś swoją pracę. Zanim się pojawi, trzeba swoje wypracować. Myślę, że wiele w tym prawdy. Musisz być gotowy, każdego dnia. Próbować. Czasem pomysły przychodzą, czasem nie. Czasem biorę bas do ręki, coś sobie gram i od razu czuję, że coś mam. Nagrywam to na telefon i próbujemy coś z tego zrobić. A czasem się zmuszam i wszystko, co wychodzi, jest tragiczne. Ale trzeba grać. Czasem wpływa też to, w jakim jesteś miejscu. Ten album mógł wyglądać zupełnie inaczej. Jest w tym jakaś magia. Ale nie jest to łatwe. Gdyby było, wszyscy nagrywaliby albumy cały czas. My robimy, co możemy. Tak jak mówiłem, trzeba się pokazać przy stanowisku i robić swoje.

 

 

KR: Wspomniałeś o AI. Staram się unikać tego tematu, ale mam wrażenie, że cały czas o tym rozmawiam. A skoro temat już został poruszony… Bardziej boję się cynicznego podejścia wielkich firm, które używają treści AI, nie informując o tym użytkowników. Miałem taką sytuację, że odkryłem jakiś zespół za pośrednictwem Spotify i po jakimś czasie coś mnie tknęło, zacząłem szukać informacji o twórcy, jakichś zdjęć, śladów po koncertach, czegokolwiek. Nic nie było. Więc uznałem, że to twór AI i przestałem słuchać. Ale niesmak pozostał.

 

 

NB: Tak, dokładnie. To przerażające. Nie od dziś ciężko jest wyżyć z bycia kreatywnym. Tych firm nic nie obchodzi, czy sztuka będzie istnieć. Im chodzi tylko o to, by ich produkt się sprzedawał. Sztuka jest dla nich tylko towarem. Nic innego ich nie obchodzi. Chcą tylko zarabiać. Kiedy byłem młody, wszystko o czym marzyłem, to robienie muzyki. To była moja obsesja. I tak to powinno działać. Mi się udało, jestem w stanie się z tego utrzymać. Ale gdybyśmy teraz zaczynali, chyba by się nie udało. Boję się, że młodzi ludzie będą pozbawieni tej szansy z powodu AI i firm, które wykorzystają ją by tworzyć coś, co brzmi jak muzyka. Trochę to przerażające. Jedyna nadzieja w tym, że ludzie jednak robią to lepiej. I tylko nadzieja w tym, że, jak mówisz, ludzie nie będą chcieli słuchać czegoś sztucznego.

 

 

KR: Nie pamiętam dokładnych danych, ale gdzieś czytałem, że około 90% materiałów wrzucanych do sieci jest generowane przez sztuczną inteligencję, ale z tego tylko 5% jest słuchanych. Ludzie świadomie wybierają, nie chcą słuchać, oglądać, ani czytać treści AI.

 

 

NB: Może jest nadzieja. Ale jest jedna rzecz, która mnie niepokoi. Rośnie pokolenie, które będzie całkowicie pochodzić ze świata, w którym jest AI. To się staje codziennością. Dla nich to będzie coś oczywistego, że maszyna robi muzykę i tej muzyki się słucha. Mam nadzieję, że tak nie będzie.

 

 

KR: To może wróćmy do ludzi. W jednym z utworów na płycie pojawia się wokalista, Daudi Matsiko.

 

 

NB: Właściwie mieliśmy ten utwór całkowicie napisany, miał być instrumentalny. Ale jakoś od początku czuliśmy, że potrzebuje jeszcze czegoś. A ponieważ ten album jest trochę bardziej eksperymentalny, więc właściwie rozważaliśmy bardzo różne rozwiązania. Rozmawialiśmy o nagraniu czegoś poza studiem, jakieś wspomnienia, które coś dla nas znaczyły. Potem znaleźliśmy coś na YouTube i wkleiliśmy to do utworu. Jest taki gość, Alan Watts, próbowaliśmy użyć, tego co mówił, i to nam się nawet podobało. Było mocne. Więc rozważaliśmy właśnie tekst mówiony. I tak krążyliśmy wokół tematu. Był piątek wieczór, byliśmy w studio, mieliśmy mieć wolny weekend. I Chris zaproponował, że może zapytamy Daudiego. Od jakiegoś czasu rozważaliśmy współpracę z nim. Znamy się z dziesięć lat. Mieliśmy pomyśleć o tym przez weekend. A w weekend Daudi zadzwonił do mnie i mówi, że jest w Manchesterze. No i pojechałem odebrać go z lotniska. Usiedliśmy w ogrodzie, wypiliśmy kilka piw. I to było, jakby świat dawał mi znaki, że powinniśmy to zrobić razem. Pokazałem mu piosenkę i zapytałem, czy chciałby spróbować. Zapytał, o czym jest ten album. Chwilę gadaliśmy, o książce, którą czytam, o rzeczach, które mi się w głowie kotłowały. I potem usiadł i napisał słowa do „Forgive the Damages”. Dopieściliśmy to tu i tam, ale to wszystko było bardzo naturalne, łatwe. A jak coś jest naturalne i łatwe, to jest to dobry znak. I to nie tak, że ktoś z wytwórni na nas naciskał, że piosenka z wokalem się lepiej sprzeda. To była naturalna kolej wydarzeń.

 

 

KR: Zauważyłem, że słowa bardzo dobrze pasują do tytułów piosenek na albumie. Daudi znał je przed pisaniem?

 

 

NB: Nie, nie znał. Ale zapytał, czy mamy jakieś przemyślenia związane z albumem.

 

 

KR: Chyba nadajecie na tych samych falach, bo w tekście jest bardzo dużo tego, o czym mówiłeś wcześniej.

 

 

NB: Tak, dobrze się rozumiemy. Chcieliśmy opowiedzieć o wchodzeniu w wiek średni, spojrzeć wstecz. Być szczerym, jeśli chodzi o to, kim jesteśmy. Kiedy album jest instrumentalny, ta treść często ucieka słuchaczom, ale kiedy jest piosenka, kiedy są słowa, kontakt ze słuchaczem jest bardziej bezpośredni.

 

 

KR: Może to moje ADHD, może to, że też się starzeję i mój poziom skupienia trochę już szwankuje, ale słuchając waszej muzyki często odpływałem, zaczynałem myśleć o różnych rzeczach. Ale kiedy mam przed oczami słowa, łatwiej mi się na nich skupić, na łapaniu znaczenia. A do instrumentalnej muzyki nie ma takiego klucza, ciężej ją zinterpretować.

 

 

NB: Tak jak mówisz, kiedy są słowa, łatwiej opowiedzieć treść. Tak było w przypadku „Everything Is Going to Be OK”, bo sam tytuł brzmi jak totalnie naiwne stwierdzenie. Ale kontekstem dla tego było wszystko, co działo się w tamtym czasie w moim życiu. Założyłem, że ludzie będą wiedzieć, że to był straszny czas i że tytuł jest ironiczny. Więc tak, piosenka ze słowami ułatwia komunikację.

 

 

KR: Oglądałem na waszym YouTubie wywiady, w których ty i pozostali członkowie zespołu opowiadacie o swoich instrumentach. I pamiętam, jak pianista opowiadał o pedale do pianina, który miał dawać efekt palm mute. To, w jaki sposób opowiadał o dźwięku, skojarzyło mi się z tym, jak Jóhann Jóhannsson, kompozytor muzyki do „The Arrival”, opowiadał o tym, jak używał zapętlonego dźwięku pianina, bo pasowało to do tematyki filmu. Ciekaw jestem jak wy, komponując muzykę, podchodzicie do pisania tematów…

 

 

NB: Piszemy muzykę od dość długiego czasu. Z początku, na pierwszych pięciu czy sześciu albumach, po prostu używaliśmy naszych instrumentów akustycznie, testowaliśmy, co możemy z nich wycisnąć. Chcieliśmy emulować przy ich pomocy muzykę elektroniczną, czuliśmy, że możemy w ten sposób bardzo dużo osiągnąć. Próbowaliśmy bardzo wielu rzeczy. Ten pedał do palm mute to było coś, co Chris chciał przetestować. To był taki właściwie prototyp. Nie bardzo działał, bo można go było używać tylko z jednym instrumentem, nie dało się go zabrać ze sobą. Ale nagraliśmy z nim utwór. A teraz zupełnie z niego nie korzystamy. Teraz używamy taśmy gafferowej na strunach. Ludzie nie mogą w to uwierzyć. Wydaje im się, ze robimy nie wiem jakie cuda na kiju, magii, czy co. A to po prostu trochę taśmy na strunach. Natomiast z moim kontrabasem problem bardziej polega na tym, że jego bardzo ciężko jest wzmocnić. Bo staramy się mieć to niemalże rockowe brzmienie, a wszystko jest bardzo precyzyjnie nagłośnione – a z tymi akustycznymi instrumentami tutaj zaczynają się problemy.

 

zdj. Mark Gregson

 

KR: Kiedy opowiadasz na filmie o swoim kontrabasie, pokazujesz, że gryf jest składany. Odkręcasz śrubę i możesz go złożyć na pół. Trochę przypomniał się „Kontrabasista” Suskinda. Ty też tak masz, że jednocześnie kochasz i nienawidzisz swój instrument?

 

 

NB: Trochę tak, bo jest taki wielki. Z tym zawsze jest kłopot. No i z tym, żeby go dobrze nagłośnić. Czasem naprawdę ciężko zagrać coś tak, żeby było cię słychać. Ciężko się z nim ruszyć, ciężko nagłośnić, ale tak naprawdę to jesteśmy w zdrowej relacji. Ale to prawda, z gitarą basową jest dużo łatwiej. Podłączasz i działa. Ale też granie na niej nie jest tak satysfakcjonujące. Nie zrozum mnie źle, kocham mój bas. Syntezatory też, ale kontrabas jest moim ulubionym instrumentem.

 

 

KR: Jedna rzecz, która mnie zaintrygowała w twoim video, to taki skórzany jakby kołczan na smyczek. Wyglądasz z nim jak rewolwerowiec. Robicie czasem pojedynki na scenie?

 

 

NB: Poza sceną, owszem, zdarza się. Na scenie jesteśmy raczej poważni. Ostatnio nawet ktoś nam powiedział, że wyglądamy strasznie poważnie, kiedy gramy. Ale to, co gramy, jest trudne, wymaga skupienia. Za wiele mam rzeczy na głowie, kiedy gram na syntezatorze stopą podczas grania na kontrabasie, a potem jeszcze wchodzą partie wokalu. Za dużo tego wszystkiego na raz.

 

 

KR: Czego możemy spodziewać się po koncertach?

 

 

NB: Skupiamy się na graniu nowego albumu. Nowa EP-ka pokazuje kierunek, w którym chcemy się udać, ale na koncertach skupiamy się na graniu płyty. Wciąż jesteśmy nią podekscytowani. Ale oczywiście będziemy też grać starsze rzeczy.

 

 

KR: Czy wasza muzyka ewoluuje na koncertach? Czy to jak jest odbierana, zmienia coś?

 

 

NB: Granie nowego materiału jest ciekawe. Zwłaszcza na początku, bo ludzie nie znają jeszcze utworów zbyt dobrze. Ale ten album jest już dostępny od roku, więc zdecydowanie informacja zwrotna będzie bardziej zdecydowana. Mieliśmy przedsmak tego, gdy graliśmy „Fallowfield Loops” we Francji. Była bardzo pozytywna reakcja. Ale odpowiadając na twoje pytanie, to nie reakcja ludzi wpływa na to, jak gramy nasze utwory, ale bardziej fakt, że zaczynamy czuć się w nich coraz pewniej.

 

 

KR: Jak długa będzie ta trasa?

 

 

NB: Pierwszą część mamy już za sobą. Wróciliśmy na trochę do domu, teraz znów wracamy. W tym roku będzie tego sporo. Gramy w Niemczech, w Holandii, w Polsce oczywiście, a potem w lecie wybieramy się do Chin i Japonii.

 

zdj. Natalia Deyna

 

KR: Czy odbiór waszej muzyki jest inny w różnych krajach, innych kulturach?

 

 

NB: Nie jakoś bardzo, ale na pewno są różnice, na przykład pomiędzy graniem w Japonii a w Stanach. Albo w Chinach. Graliśmy tam raz i to było coś nowego. Jak tylko otworzono drzwi, ludzie wbiegli do środka i nasz merch sprzedał się właściwie od razu. Tego się nie spodziewaliśmy. Oni byli strasznie podekscytowani, że tam byliśmy. W Japonii graliśmy sporo. W lecie będziemy tam na Fuji Rock. Japonia jest świetna. Dla nas jest czymś wyjątkowym. Japończycy bardzo chcą okazywać szacunek, są niezwykle uprzejmi, zachowują rezerwę. Ale też dają sobie trochę luzu, w inny sposób niż, dajmy na to – w Stanach, gdzie wszyscy krzyczą i szaleją.

 

 

KR: Rozmawiałem ze Scream Maker, polskim zespołem metalowym – o tym, jak grali trasę w Chinach i byli pod dużym wrażeniem tego, jak publiczność na nich reagowała. Mówili nawet, że chyba za dobrze, bo w pewnym momencie podszedł jakiś przedstawiciel i poprosił, żeby trochę uspokoili nastrój, bo ludzie nie mogą być tak podekscytowani.

 

 

NB: Tak, tam bywa ciekawie. Graliśmy raz w Pekinie, mieliśmy dwa wieczory w Blue Note Club. Pierwszej nocy usłyszeliśmy krzyki, gdy jeszcze byliśmy na backstage’u, nie wiedzieliśmy co się dzieje. Okazało się, że prawie doszło do bójki pomiędzy ludźmi. Ktoś na balkonie gadał przez całe show, a na dole ludzie byli wściekli i grozili sobie podczas koncertu.

 

 

KR: Jak gracie gdzieś, to macie czas przejść się po mieście, doświadczyć trochę miejsca? Czy tylko od koncertu do koncertu?

 

 

NB: Bardzo często nie mamy na nic czasu, gonimy z miejsca w miejsce, i tyle. Przez wiele lat tak było. Mówiłem ludziom, że byłem w Barcelonie, ale tak naprawdę nie byłem. Nic nie widziałem. Przyjeżdżaliśmy na miejsce, hotel, koncert, hotel, koncert. Pierwszy raz, jak byłem w Japonii, nie miałem na nic czasu, nic nie zobaczyłem. Umówiliśmy się, że jak tam wrócimy, mamy mieć pięć dni i obejdziemy wszystko. To jest w końcu strasznie daleko, coś trzeba mieć z tego, że się odwiedza ciekawe miejsce. Było niesamowicie. No, ale różnie bywa.

 

 

KR: Rozmawialiśmy trochę o starzeniu się, o kryzysie wieku średniego. Wydaje mi się, że jesteśmy w podobnym wieku. Coraz bardziej mam świadomość, że czas ucieka i dlatego chcę jak najwięcej doświadczyć, zobaczyć.

 

 

NB: Wiem, co masz na myśli. Ludzie mówią, że to kryzys. Tak na serio, to żaden kryzys. To raczej dobry znak, że ta część ciebie, która była zepchnięta na dalszy plan, stara się wyjść na powierzchnię. Że masz większą pewność, mówiąc, że chcesz coś zrobić. Dzięki temu, co robimy, mamy bardzo wiele okazji, żeby zobaczyć coś niesamowitego, doświadczyć czegoś nowego, odwiedzić fantastyczne miejsca.

 

 

KR: Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

 

NB: Dzięki.

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

 

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020