Mystic Festival to największy festiwal metalowy w Polsce i myślę, że ktokolwiek, kto zna więcej niż dziesięć zespołów metalowych – słyszał o nim. Zatem bez zbędnego rozpisywania – to jego piąta edycja w nowym formacie w Gdańsku, i – niestety – ostatnia w Stoczni. Mystic to marka na tyle silna, że mnóstwo ludzi kupuje bilety w ciemno, zanim cokolwiek zostanie ogłoszone, a dodatkowo festiwal przyciąga mnóstwo obcokrajowców.
——–DZIEŃ 0———
Standardowo edycja rozpoczęła się dniem rozgrzewkowym, dostępnym tylko dla posiadaczy karnetów czterodniowych. Główna scena jest tego dnia wyłączona z użytku. Skoro już zacząłem pisać o scenach, to w tym roku nastąpiły pewne zmiany. Mianowicie najmniejsza scena, Sabbath Stage, została przeniesiona na Shrine Stage, a w zamian weszła nowa piąta scena, tam gdzie było stare Desert Stage, ale nie to sprzed roku, a sprzed dwóch lat, tylko teraz nazywa się The Void, a Desert Stage połączyło siły z Shrine Stage i nazywa się teraz Monster Energy Desert Shrine Stage. Pogubieni? Z takim nazewnictwem byli chyba wszyscy, ale na miejscu już wszystko zrobiło się jasne. Ważne jest to, że nie było już koncertów na najmniejszej scenie, która funkcjonuje podczas roku jako klub o nazwie Drizzly Grizzly. I dobrze, lubiłem ją na początku festiwalu, kiedy było trochę mniej ludzi, a organizatorzy wrzucali tam mniej znane nazwy. Natomiast rok temu umieścili tam całkiem znanego w metalowym światku Hellrippera. Tak dla skali – sala mogła (oficjalnie) zmieścić zaledwie 2% wszystkich uczestników. Zatem nie tęskniłem za bardzo, mimo że lubiłem tamtejsze niszowe koncerty.
Skład warm-upa niestety nie był pisany pode mnie, a już zdecydowanie nie była pode mnie rozpisywana czasówka – bardziej interesujące rzeczy kolidowały ze sobą. Ale chociaż na papierze nie wyglądało to najlepiej, tak jednak artyści, którzy mieli dowieźć, dowieźli, więc ostatecznie dobrze się bawiłem.

Moje serce skradła A.A. Williams – artystka, której karierę śledzę od samego początku, gdy miała tylko jedną EPkę na koncie. Gra ona wolną, atmosferyczną muzykę na pograniczu post-rocka/metalu. Mimo że widziałem ją już kilka razy, koncert w Stoczni był zdecydowanie najlepszy – nie wiem, co zadecydowało. Setlista, w której połowa utworów pochodziła z albumu, który wyszedł zaledwie dwa dni później? Nieskazitelny dźwięk oraz atmosfera nocnego koncertu na świeżym powietrzu? Być może połączenie tych rzeczy? W każdym razie – zarówno ja, jak i publiczność była oczarowana. A zebrała całkiem spory tłum.

Równie dobrze bawiłem się na Priest, choć to zupełnie inna bajka. Synthpopowe trio, w którym śpiewa były członek Ghost, a gra tam też jego ojciec – również były członek Ghost. Chyba, bo wszyscy noszą maski (widać to polubili…). Znam ich od debiutu, aczkolwiek nie widziałem wcześniej na żywo, więc zaskoczyli mnie tym, jaki show zrobili. Postawmy sprawę jasno – jest to synthpop z rodzaju bardzo kiczowatych i over-the-top, więc albo ktoś to w pełni kupuje i będzie się świetnie bawił, albo mu się nie spodoba. Tego potrzebowałem na sam koniec długiego dnia (w końcu trzeba było rano wstać na pociąg), a refren kończącego set „Vaudeville” do dziś chodzi mi po głowie.
Świetny koncert dała również nasza rodzima Dola. Tu bez zaskoczeń, oni zawsze mi się podobali – i na żywo, i studyjnie. A to, że wysiadł im prąd na kilka minut w połowie kawałka, nie zmieniło ogólnego odbioru.
Bardzo dobre były również Neptunian Maximalism oraz znowu rodzima Extensa, która zresztą otwierała festiwal. Pierwszy zespół swego czasu zrobił w mojej bańce furorę swoim albumem „Éons”, na którym mieszają mnóstwo gatunków, głównie ocierając się o jazz i drone. I tak zaczęli koncert od 10 minut drone’ów, które odstraszyły część osób, ale ci, co to przetrwali, zostawali już raczej do końca. I tak, cały występ był repetytywny, jedna melodia mogła się powtarzać przez wiele minut, co łatwo wprowadzało w trans. Mimo że oryginalnie planowałem opuścić końcówkę tego występu, by obejrzeć chwilę Kanonenfieber, zostałem jednak do końca.

Extensa z kolei gra prostszą muzykę – to dość standardowy instrumentalny post-metal. Zajęli drugie miejsce w corocznym konkursie Mystica, stąd też dostali zaproszenie. Nic odkrywczego, ale było fajnie. I piszę to nie tylko dlatego, że złapałem pałeczkę.
Tego dnia było też sporo death metalu. Na ogół death metal nie jest moim ulubionym gatunkiem, chociaż jest dużo zespołów, które autentycznie cenię. Natomiast tutaj, cóż… Najbardziej poważanym zespołem był Grave. Wynudzili mnie. Poprawnie zagrany death, ale jedyne, co zapamiętałem, to reakcja wokalisty na ludzi skandujących „napierdalać”, a mianowicie „Sorry, I don’t speak stupid”. Set skupiał się na starych kawałkach, więc ultrasi powinni być zadowoleni. No, przynajmniej pierwsza połowa koncertu na tym się skupiała, na drugą uciekłem obejrzeć dokument o Blood Incantation. Ten swoją drogą też super ciekawy nie był, ale musiałem się wyłączyć, a czasem oglądanie jak nerdy z Blood Incantation przez 10 minut podniecają się białymi krukami w berlińskim sklepie z winylami jest tym, czego człowiekowi potrzeba.
Disharmonic Orchestra to kolejny bardzo stary skład – zaczynali wtedy, gdy Death wydało „Scream Bloody Gore”. Ich podejście do deathu jest z kolei bardziej techniczne i awangardowe – i zapewne wyprzedzające swoje czasy. Zagrali nieźle, choć niczego mi nie skopali. Ot, dobry koncert.
Neckbreakker to bardzo młoda duńska kapela, która już grała na Mysticu parę lat temu pod inną nazwą, zanim cokolwiek wydali. Tym razem zagościli już po debiucie, który mi się całkiem podobał – niestety, koncert trochę mniej. Było w porządku, ale czegoś mi brakowało. Może trochę zbyt ziomalska maniera zespołu nie pasowała mi do muzyki.
Unleashed z kolei przez clashe widziałem zaledwie przez kwadrans. Wiadomo, trochę za mało, by przyzwoity człowiek wypowiadał się o koncercie, ale że ja nie mam wstydu, to powiem, że było całkiem dobrze, mimo że set zaczęli z utworów z tych mniej lubianych przeze mnie płyt. Zobaczyłbym ich chętnie w całości, gdyby nie clash.
Tego dnia obejrzałem jeszcze fragment Kublai Khan TX. Nie przepadam za metalcorem, ale nie było to złe. Nie poszedłbym na ich klubowy koncert, ale na festiwalu dało się obejrzeć. Czego nie mogę powiedzieć o innym metalcorze – headlinerach tego dnia, Ice Nine Kills. Jak wspomniałem na początku sekcji, czasówka mi się nie podobała – organizatorzy wreszcie w pozostałe dni festiwalu zaczęli wrzucać inne zespoły wtedy, kiedy gra headliner, ale przez większość koncertu INK nie było alternatywy. Choć ten zespół ma ciekawą prezencję sceniczną, to ich muzyka, którą bardzo dobrze było słychać z daleka, skutecznie mnie odstraszała od bliższego kontaktu. Bardzo słaby head.
——-DZIEŃ 1———
Mystic postanowił dwóm dniom nadać motywy przewodnie. I tak cały Main Stage został poświęcony amerykańskim thrashowym zespołom.
Megadeth, headliner dnia, to mój ulubiony zespól thrashowy w ogóle, więc ciężko mi tu podejść obiektywniej do koncertu. Dobrze było ich znów zobaczyć na pożegnalnej trasie (acz strzelam, że jeszcze będzie koncert w Polsce, inaczej Mystic poinformowałby, że to „last show in Poland”, a niczego takiego nie było). Dave prezentował się tym razem wyraźnie gorzej niż dwa lata temu, gdy również headlinowali Mystica. Setlista skupiała się głównie na utworach z płyt „Countdown to Extinction”, „Rust in Peace” oraz najnowszej – kawałków z tych krążków było aż 13 na 16 zagranych. Jedynym zaskoczeniem było dla mnie dość rzadko grane „This Was My Life” – niestety, głos Dave’a tutaj niedomagał, co jest o tyle dziwne, że nie jest to kawałek szczególnie wymagający wokalnie, a do tego był zagrany na początku koncertu. Może oszczędzał siły na większe szlagiery, bo później śpiewał już w niektórych partiach trochę lepiej. Oczywiście, instrumentalnie cały zespół to pierwsza klasa.

Niestety, Rudy przegrał walkę ze swoim kompleksem na punkcie Metalliki. Co było wiadome, skoro ostatnim utworem na nowej płycie Megadeth jest „Ride the Lightning”. I tak, teraz też poleciało. Znamienne, że Dave kilka kawałków wcześniej zagrał utwór „I Don’t Care”, w którym to śpiewa, jak bardzo go wszystko nie obchodzi, a następnie gra „Ride…”, po czym nieśmiało dodaje „You know I wrote the song, right?”. Te pozostałe trzy kawałki spoza wspomnianych już płyt to „Peace Sells”, „She-Wolf” (jak zawsze oba świetne na żywo) oraz „Mechanix” (ech – dla nieświadomych – to też jego przypomnienie, że to on napisał „The Four Horsemen” Metalliki). Na szczęście po „coverze” Metalliki Dawid zakończył koncert godnie ze świetnym, choć niedocenianym „Countdown to Extinction”, a także z „Tornado of Souls” (trochę za dużo zostawił do śpiewania publiczności, ale może to i dobrze), wcześniej wspomnianym „Peace Sells”, no i nieśmiertelnymi „Symphony of Destruction” oraz „Holy Wars… The Punishment Due” na sam koniec. Do tego frontman zdawał się być w dobrym humorze, może dlatego, że jego najnowszy album dostał tego dnia status Złotej Płyty w Polsce – Dave pochwalił się odznaczeniem. Nie był to najlepszy koncert Megadeth, na jakim byłem, ale nie był on też najgorszym. Fajnie było ich znów zobaczyć, choć absolutnie rozumiem, czemu komuś mogło się to nie podobać, nawet jeśli lubi Megadeth z płyt.

Anthrax był kolejnym reprezentantem Big Four. Ich też bardzo lubię i dawno nie widziałem. Mimo 10 lat przerwy, setlisty były niemalże identyczne. Jedyną nowością dla mnie było „Keep It in the Family” oraz najnowszy kawałek (całkiem niezły). A tak to same old, same old. Co nie znaczy, że było źle, bo oczywiście są to bardzo dobre utwory, ale jednak mam wrażenie, że te 10 lat temu się na nich lepiej bawiłem. Dobry koncert, może nawet bardzo, ale mimo wszystko.
Overkill z kolei złapałem tylko połowę, ale było fajnie. Jak ktoś lubi skrzeczące wokale Bobbyego oczywiście, ale tak się składa, że ja lubię. Zespół był w bardzo dobrej formie, lepszej niż parę lat wcześniej na Summer Dying Loud, a kurczę, oni są starsi wiekiem niż np. Mustaine – Bobby zażartował, że jesteśmy tak świetną publicznością, że sprawiamy, że czuje się, jakby znowu miał 65 lat (sprawdziłem, ma 67). Niewiarygodne, że ludzie, którym już jest blisko do siedemdziesiątki, potrafią grać z taką energią.
Heathen z kolei przez clashe miałem opuścić, ale dzięki „uprzejmości” Noctem (o tym później) udało się wpaść na trzy kawałki. Zespół już widziałem parę razy, trzymali poziom wtedy i teraz też. Było spoko.

Z thrashu tego dnia ważnym zespołem był headliner Park Stage – Cavalera. Bracia tym razem oparli swój set o płytę „Chaos A.D.”, którą zagrali w całości, choć nie po kolei, dodając do tego cover Black Sabbath – „Symptom of the Universe”. Dobrze, że nikt im nie powiedział, że rok temu Sepultura była jednym z headlinerów festiwalu, bo Max kazałby publice skandować „No Cavelera, no Sepultura”, jak to robił parę lat temu w krakowskim Studiu. Na szczęście obyło się bez tej dawki krindżu, a muzycznie nie mam zarzutów – trochę inne aranżacje niż na płycie, ale to absolutnie nie jest wada. Choć ten koncert w Krakowie trochę bardziej mi się podobał, mimo że mniej lubię grany wtedy starszy materiał Sepultury, ale podejrzewam, że to tylko kwestia różnic między koncertami klubowymi a plenerowymi.

Najbardziej tego dnia podobał mi się Psychonaut, belgijski post-metal z elementami proga. Świetne granie, świetny klimat, można było się zatracić w tej muzyce. Acz jako fanboy Ciśnienia nieśmiało dodam, że gdybym ich nie odpuścił tego dnia (bo widziane mnóstwo razy), to sądząc po relacjach znajomych, miałbym innego faworyta…
Bardzo dobre i powyżej oczekiwań było też Winterfylleth. Atmosferyczny black, na płytach dobry, na żywo – lepszy. Niestety, z kolei trochę poniżej oczekiwań było Truckfighters, na które czekałem. Szwedzki stoner rock istniejący już ćwierć wieku nie miał najlepszego nagłośnienia – przez większość czasu brzmienie było dość płaskie. Nadrabiali to m.in. niesamowitą energią gitarzysty, który był podejrzanie radosny przez cały występ (zaczął zresztą od ściągnięcia koszulki i rzucenia jej w tłum). Ostatni kwadrans był super – tam już wszystko zagrało, nawet jeśli dźwięk za bardzo się nie poprawił. Całościowo było okej, ale mam nadzieję, że uda się ich jeszcze złapać w lepszych warunkach.

Noctem to hiszpański black, a ich wspomniana uprzejmość polegała na tym, że zagrali ledwie 35 minut z 45-minutowego slota. No sorry, ale zespołowi, który ma 6 płyt na koncie po prostu nie wypada aż tak skracać, przecież wiedzieli od miesięcy, że spokojnie mogą upchnąć jeszcze jeden czy dwa kawałki. A grali nieźle – choć nie wyróżniali się też niczym.
Podobnie jak Return to Dust – amerykański grunge. Jest to nepo band, w końcu na perkusji gra tam syn Slasha, ale bronią się muzyką. A zbiegiem okoliczności, akurat tego dnia jego tata grał ze swoim zespołem w innej części Polski.
Na social mediach najwięcej peanów zebrał koncert Blood Incantation, na którym przez clash byłem tylko przez kwadrans. Widziałem ich niedawno z tym samym setem, ale i tak żałowałem tak szybkiej ewakuacji, bo na Park Stage prezentowali się potężnie – i nie mówię tylko o pięknej scenicznej oprawie. No trudno, na Seth też się dobrze bawiłem. Już dość stary francuski black metal, czy raczej „le metal noir”, jak to mówił wokalista, zagrał bardzo dobry koncert. Może trochę przaśny i teatralny, ale czasem trzeba i takie rzeczy obejrzeć.

——-DZIEŃ 2———
Tym razem główną scenę podbiły zespoły z klimatów południowego USA. Kojarzy mi się to raczej ze słońcem, a tu proszę, 6 godzin deszczu praktycznie bez przerwy – od początku festiwalu do wieczora. Brzmi gorzej niż było, bo deszcz tylko na początku był trochę mocniejszy, a potem po prostu już lekko padało, tylko że bez przerwy. Tu od razu dodam, że był to jedyny deszczowy dzień na festiwalu, tak więc pogoda całościowo była całkiem udana. Bez burz, bez nagłych anulowań czy obsuw przez pogodę, jak to miało miejsce w poprzednich latach. I bez 5 stopni w nocy, jak to było 4 lata temu.
Z Eyehategod była trochę śmieszna sytuacja. Zespół ogłosił na swoich socialach, że zagrają „Take as Needed for Pain” w całości, a festiwal tego nigdzie nie reklamował, przebąkiwał tylko coś o specjalnym secie (co miało sens, bo zespół grał w stoczni zaledwie rok temu). Przyznam, że nie znam tego albumu na tyle, by powiedzieć dokładnie, co i jak było grane, ale wydawało mi się, że coś tam pominęli. I chyba słusznie, bo Mike na końcu powiedział: „Tak, wiem, że mieliśmy zagrać album w całości, i trochę zjebaliśmy, ale nic się nie stało! Dacie sobie radę!”. Wprost cudowne, i piszę to bez grama ironii. Do samego zespołu nigdy się bardziej nie przekonałem, ale taki czysty, czy raczej brudny, sludge nie miał prawa się nie podobać. Mnie kupili.

Corrosion of Conformity opuściłem (dobra ekipa, ale było coś lepszego w tym czasie), natomiast Down jak najbardziej dał radę. Niemniej, daleko mi do zachwytów, jakie widziałem na socjalach. Black Label Society chciałem złapać ostatnie pół godziny (clashe), ale zakończyli koncert ponad 10 minut przed czasem, więc załapałem się tylko na ostatnie 3 kawałki, i to niecałe. No, dobrze to brzmiało, nie powiem, ale na płytach na dłuższą metę są zbyt monotonni dla mnie, i obawiam się, że gdybym został przez całe 90 minut (o, przepraszam, 79), to myślami odpływałbym gdzie indziej.
Z trochę podobnych klimatów, ale jednak innych, Park Stage headlinował Electric Wizard. Nie ma co owijać w bawełnę – niesamowity koncert. Każdy, kto ich zna, wie czego się spodziewać, i dokładnie to otrzymaliśmy – no, poza niespodziankami w setliście, jak mój ulubiony „Dunwich”. Wspaniała dawka gruzu w psychodelicznych oparach.

Aż głupio mi się przyznać – i publicznie, i przed sobą – że tak dobry koncert opuściłem przed końcem, ale jednak często priorytetem u mnie są zespoły, które znam, a których nie widziałem, a takim był Today Is the Day. Nie spodziewałem się, że w dniu, w którym organizatorzy sprzedali zdecydowanie za dużo biletów, będę mógł bez większych problemów wbić pod scenę w B90 (Sabbath Stage), ale najwidoczniej wszyscy byli na Czarodzieju, a potem BLS. A może po prostu ich zespół nie interesował, bo jednak noise rock / post-hardcore z elementami awangardy to nie jest główny target publiki Mystica. Ich strata, świetny show (…który też opuściłem przed samym końcem, nie bijcie). A raczej – przed prawie samym końcem, bo dziewczyna powiedziała mi, że skończyli 10 minut po czasie, a na koniec Steve Austin, lider zespołu, zszedł ze sceny i zaczął przytulać się do ludzi. Płyty po ich ikonicznym „Sadness Will Prevail” są moim zdaniem gorsze od ich wcześniejszych dokonań, ale na żywo brzmiały równie dobrze, co starsze utwory. Proszę Mystica o więcej takich zespołów.

Tak jak proszę ich też o więcej doomu, bo jedyne dwa doomowe zespoły na festiwalu zagrały fenomenalne koncerty. Pierwszy to wspomniany wcześniej Elektryczny Czarodziej, a drugi to Arð. Jest to projekt Marka Deeksa, klawiszowca Winterfylleth. Tu poza śpiewaniem grał na gitarze, a towarzyszyło mu na scenie dwóch gitarzystów z Winterfylleth, ich były basista oraz obecny perkusista Paradise Lost. Trochę ironicznie, klawisze leciały z taśmy, choć Metal-Archives podpowiada, że przeważnie jednak mają kogoś na żywo. Mogło to przeszkadzać, ale nie mnie. Oczywiście, mimo że ich zaszufladkowałem do tego gatunku, co Electric Wizard, jest to zupełnie inny doom – nie stonerowy, bardziej epicki, melodyjny, w średniowiecznym klimacie. Udało im się stworzyć piękną, melancholijną atmosferę, a mimo że ludzi nie było przesadnie dużo, Mark i tak był wzruszony, że wybraliśmy jego zamiast Zakka Wylde’a. Mystic, ja was błagam, więcej doomu, a mniej zespołów, które „łączą rock z metalem” (autentyczny cytat opisu jednego z wykonawców tej edycji).

W największym, ale wciąż akceptowalnym tego dnia deszczu dzień rozpoczęło polskie Species. Techniczny thrash, którego najnowsza płyta sprawiła, że są już rozpoznawalni za granicą. I fajnie, należy się chłopakom, porządnie grają i na koncercie mimo pogody uzbierali niemałą publikę, która się dobrze bawiła, a ja byłem jedną z tych osób. Nie tak długo po nich grali zaś prawdziwi mistrzowie tego gatunku, Coroner. Zespół, który zaliczył jeden z najlepszych comebacków w metalu w ostatnim czasie, wydając świetną płytę po ponad 20 latach przerwy. I koncert, jak się można spodziewać, był na równie wysokim poziomie.

Wysoki priorytet tego dnia miało też dla mnie Der Weg einer Freiheit, niemiecki atmosferyczny black. I co prawda podobało mi się i o rozczarowaniu nie ma co mówić, tak liczyłem, że trochę bardziej mi skopią tyłek. Cieszę się, że ich odhaczyłem, ale miałem drobną zagwozdkę, czy jesienią wybrać ich, czy grające tego samego dnia Oranssi Pazuzu – i jednak skuszę się na Finów. I to wcale nie dlatego, że wokalista pomylił Kraków z Wrocławiem, aż taki małostkowy nie jestem (poza tym się poprawił)…

Death to All zgromadziło ogromną publikę, ciężko mi było znaleźć miejsce, z którego będę mieć przyzwoity widok, mimo że grali na drugiej największej scenie. Rozumiem, że Mystic chciał mieć ten swój tematyczny dzień, ale z całym szacunkiem do Corrosion of Conformity, powinni ich byli zamienić miejscami. Sami organizatorzy przyznają w książeczce, że na Park Stage bywa zbyt tłoczno, a potem mamy takie coś… Sam koncert miał się skupić na kawałkach ze „Spiritual Healing” oraz „Symbolic”, choć reklamowanie tego z tym szyldem uważam trochę za nadużycie – z tego pierwszego albumu poleciały 2 utwory, z tego drugiego 3. Poza tym zagrali po 1 kawałku z każdego innego albumu Death. Tak, jest to de facto coverband, ale mimo wszystko – z ludźmi, którzy w Death grali, więc z kim, jak nie z nimi? Ja nie narzekam i mi się bardzo podobało, choć wolę ten późniejszy okres Death, więc druga połowa setu zdecydowanie bardziej niż pierwsza wbiła się w moje gusta.

Na koniec dnia znowu połówki koncertów – no, w przypadku Primordial, dzięki Zakkowi, więcej niż połowa. Bardzo lubię ten celtycki black z Irlandii. Choć widziałem ich już kilkakrotnie, a setlist prawie nie zmieniają, więc jednak było uczucie déjà vu. Wciąż, był to ich kolejny bardzo dobry koncert do kolekcji. Mam nadzieję, że zyskali trochę fanów, bo na to zasługują.
A po nich udałem się na imprezę na Park Stage, której gospodarzem był Carpenter Brut. Jest to synthwave, więc oczywiście trzeba lubić te retro klimaty lat 80. Fajna potańcówka na koniec dnia, wizualnie scena też robiła wrażenie, aczkolwiek nie aż tak duże jak Perturbator rok temu. Całościowo był to naprawdę udany dzień. Zdecydowanie najlepszy z tej edycji.

——-DZIEŃ 3———
Ostatni dzień w Stoczni. Będzie nostalgicznie. Tym razem pozwolę sobie opisać wszystko chronologicznie. Od razu zaznaczam, że nie byłem ani razu na Main Stage. Caskets mnie w ogóle nie interesowało, Mastodon i Turbo lubię, ale widziałem kilka razy, w tym oba dość niedawno, a na Behemotha po prostu nie miałem ochoty.

Dzień rozpocząłem od The Hebridean Sheep, które zostało dodane na ostatniej prostej jako zastępstwo za Knife Bride. Poszedłem w ciemno, gdyż podczas ogłoszenia nie mieli dosłownie nic wydanego, choć tydzień przed festiwalem opublikowali dwa utwory, które przegapiłem. Nie jestem pewien, czemu Mystic to reklamował słowami „czegoś takiego jeszcze nie słyszeliście”, gdyż w gruncie rzeczy było to dość proste granie. Bas, perkusja, momentami saksofon, coś tam z taśmy też leciało, wokale w paru kawałkach – i tyle. Natomiast sam koncert był całkiem przyjemny, w sam raz na otwarcie. Jak już wydadzą płytę, to na pewno wysłucham.
Potem z braku laku poszedłem na Yoth Iria. Grecki black metal na modłę Rotting Christ, które zresztą też grało na tym festiwalu; zresztą, założony przez byłych członków tego zespołu. Set pomijał debiut, rozkładając po równo kawałki z pozostałych dwóch krążków. Nie porwali mnie, ale było całkiem przyzwoicie.
Acid King ogrywa teraz swój najbardziej znany album, „Busse Woods”, w całości i tak też podpisany był gdański koncert. Jako że widziałem ich zaledwie tydzień wcześniej w Krakowie na dłuższym koncercie, tym razem obejrzałem tylko trzy pierwsze kawałki przed udaniem się na coś innego. Ten ich nieco doomowy stoner brzmiał mocarnie – o czym, rzecz jasna, wiedziałem.

Evergrey w teorii śledzę od czasów gimnazjum, kiedy to wydali „Torn”, ale tak się złożyło, że dopiero przed festiwalem sięgnąłem po starsze płyty. I są one lepsze, nowsze nigdy mnie bardziej nie porwały, a to na nich kapela opiera swoje koncerty. Najnowszy swoją drogą został wydany dzień przed ich koncertem. Na żywo jednak – o dziwo – się nie nudziłem, było nawet fajnie. Choć brzmieli bardziej jak power metal, a nie prog. I z całym szacunkiem do fanów power metalu, mam jednak nadzieję, że Mystic w nowej lokacji nie wróci do składu z 2019, gdzie Sabaton był jednym z headlinerów…
Martyrdöd złapałem jedynie ostatnie parę kawałków, ale podobało mi się – solidne crustpunkowe łojenie z blackowym tłem.

Youth Code to electro-industrialowy duet. Zaskoczył mnie mocno – głównie energią wokalistki, Sary Taylor. Takiego poziomu autentycznego wkurwu, jaki ona prezentowała przez cały występ, to nie widziałem… chyba nigdy. Sara krzyczała na ludzi, śpiewała w tłumie, czy nawet na kontenerze obok sceny, na który się wdrapała. Bardzo dobry show. Choć mimo wszystko – szkoda, że nie wrzucili go w slot w nocy, w którym na tej scenie grał francuski deathcore. Decyzja o tyle kuriozalna, że oryginalnie YC miało clashować z anulowanym Static-X, które przecież też o industrial się ociera, nawet jeśli z zupełnie innej strony.
Harakiri for the Sky lubię studyjnie, ale lubiłem ich też w 2018 roku, a ich koncert jednak wtedy mnie trochę wynudził. Na szczęście, teraz było lepiej. Był to kolejny koncert, na którym zespół grał starszą płytę w całości – no, prawie w całości, bo „III: Trauma” trwa ponad 75 minut, a to dość dużo jak na festiwalowe warunki. Mystic i tak dał im trochę więcej niż innym artystom w tym slocie, więc pominęli tylko ostatni kawałek. Tym razem widziałem i słyszałem tu więcej pasji niż 8 lat wcześniej, więc koncert mnie nie nużył, pomimo tego, że ich post-black metalowe kompozycje nie schodzą poniżej ośmiu minut.

Monkey3 to jeden z moich ulubionych instrumentalnych zespołów. Grają miks space rocka ze stonerem, acz ostatnio bardziej zahaczają o prog – najnowszy album dosłownie cytuje Floydów w muzyce, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę jego nazwę („Welcome to the Machine”). Na koncertach zawsze wypadali świetnie i tak też było tym razem – mocny trans, mimo rozciągniętych kawałków, ale ani sekundy nudy. Szkoda, że skrócony set pominął ich największe bangery, które jednak dość często grają na żywo, jak fenomenalny „Jack”. Zauroczył mnie natomiast detektyw stojący blisko sceny, który po pół godziny koncertu zorientował się, że zespół nie ma wokalisty…
Bölzer (do niedawna znany jako Bølzer, ale wrócili do pierwotnej nazwy) w teorii zaczął o czasie, ale w praktyce puścił ośmiominutowe intro przed wejściem na scenę. Skończyli też pięć minut przed czasem, znowu – puszczając długie outro z taśmy. A zatem jak nietrudno policzyć, zespół był na scenie zaledwie 32 minuty. Mało. Potem doczytałem w internecie, że ponoć grali bez swojego sprzętu, bo im linia lotnicza zgubiła, więc może to tłumaczy tak krótki koncert, ale wciąż – niedosyt pozostał. Na scenę z kolei puścili tyle dymu, że zespół było ledwo widać, a momentami nawet w ogóle. Normalnie gorzej niż na Fields of the Nephilim w Łodzi. Natomiast, mimo przeciętnego nagłośnienia, jak już zaczęli grać, to spuścili solidny łomot. To moim zdaniem jeden z lepszych obecnie zespołów black/deathmetalowych, więc mimo wszystkich zastrzeżeń opuściłem koncert zadowolony.
Septicflesh studyjnie bardzo lubię – poszczególne kawałki wręcz uwielbiam. Ale wiecie, orkiestralny death, gdzie na żywo orkiestra leci z taśmy, zawsze będzie brzmiał gorzej niż na płytach. Wciąż, widziałem ich kilka występów i za każdym razem, jak przymykałem na to oko, to dowozili. Nie tym razem. Nagłośnienie było okropne – brzmiało trochę jakby głośnik się popsuł. Do tego ja wiele mogę zrozumieć, ale że orkiestra z taśmy brzmiała, jakby była puszczona w jakości 96kbps? Do tego dodajmy absolutnie standardową setlistę i mamy przepis na najgorszy koncert Septiców, na jakim byłem. Rozczarowanie.

Za to na Park Stage pięknie brzmiał Saxon. Grali na pierwszej edycji Mystica w Gdańsku, ale wtedy jakoś nie przekonał mnie ten koncert. Natomiast sam Saxon lubię i w międzyczasie widziałem ich na dużo lepszym klubowym występie, więc absolutnie ich nie skreślałem. 75-letni (!) Biff Byford był w świetnej wokalnej formie, podobnie jak i sam zespół. Set może bez zaskoczeń, bo poleciały ich największe hity, ale tutaj jakoś mi to nie przeszkadzało.

Udało mi się zobaczyć pół koncertu Gaahls Wyrd. Mimo że nie jestem fanem studyjnie, a już zwłaszcza Gorgorotha (którego grali przy mnie co najmniej jeden kawałek), tak na żywo przyznaję, że jak najbardziej daje to radę. Dobre brzmienie, dobry koncert.

Po przerwie wróciliśmy z ekipą na The Gathering. Kompletnie mnie ominęła wiadomość, że Anneke van Giersbergen do nich wróciła, więc gdy zostali ogłoszeni na Mystica z setem bazującym na „Mandylion”, to aż musiałem to dwa razy przeczytać, by upewnić się, że się nie przewidziałem. Zespół co prawda zmieniał gatunki muzyczne dość sprawnie, odchodząc od metalu jeszcze z końcem poprzedniego stulecia, tak „Mandylion” to jedno z ważniejszych dzieł gothicmetalowych – aranżacje były podobne jak na płycie, czyli bez zmiany stylistyki na trip hop. Płytę zagrali nie po kolei i nie w całości (pominęli „In Motion #2”, a z tytułowego zagrali tylko fragment), natomiast set uzupełnili utworami „On Most Surfaces (Inuit)” oraz ostatnim utworem zagranym kiedykolwiek na stoczniowym Park Stage – „Saturnine”. Anneke była zjawiskowa, a koncert był piękny. Raczej nikogo, kto nie lubi płyt, do siebie nie przekonał, ale czy musiał? Widziałem ludzi marudzących w necie, że tak późno, ale nie wyobrażam sobie, by mogło to być wcześniej – noc idealnie pasowała do muzyki i znacząco zadbała o odpowiedni klimat koncertu. Wspaniałe zakończenie festiwalu i piękne pożegnanie ze Stocznią.

No, prawie. Bo gdy pełen melancholii wychodziłem z festiwalu, kolega chciał jeszcze zahaczyć o W4, które jest blisko B90. Stwierdziłem, że teraz to muszę sprawdzić, czy Master Boot Record jeszcze gra, choć szanse były nikłe, bo już było kilka minut po ich czasie… ale jednak, cuda się zdarzają i wszedłem do klubu, gdy akurat zapowiadali ostatni kawałek. Ich cyber metal ze sceną wyglądającą jak LAN party był dla mnie doskonałym niezapowiedzianym afterparty. I co, że trwało to tylko 3 minuty? Dokładnie tego potrzebowałem, by opuścić Stocznię z uśmiechem na twarzy.
Ludzie trochę sceptycznie podchodzą do nowego miejsca i nie dziwię im się, sam mam pewne obawy. Na pewno nie będzie aż tak klimatycznie. Ale nie ma co udawać – tutaj było zdecydowanie za ciasno, nawet na drugiej największej scenie było po prostu za dużo ludzi. Nie licząc soboty, która jako jedyny dzień się nie wyprzedała. Ludzi wtedy dalej było sporo, ale było na tyle komfortowo, że na Saxon, na który przyszedłem po kilku kawałkach, bez problemu mogłem zająć dobre miejsce. Nie do pomyślenia na Death to All. Skoro organizatorzy widzieli problem – nawet sami konkretnie o Park Stage wspomnieli w rozdawanej książeczce – to jednak mogli trochę mniej tych biletów sprzedać. Ja rozumiem, że finanse itp., ale jednak z punktu widzenia zwykłego uczestnika – tłok przeszkadzał. Mam wrażenie, że co roku powiększają maksymalny limit i zapewne jakieś powody są (np. zastąpienie najmniejszej sceny większą), ale wzrost wydaje się nieproporcjonalny.
Nowa edycja również ma mieć pięć scen, wszystkie odpowiednio większe, więc liczę, że będzie pod tym względem lepiej. Wspominali też coś o zespołach, które są za małe na stocznię, ale akurat dla mnie to minus. Z tych, co rzeczywiście by się na głównej scenie nie pomieściły, a pasują do festiwalu, lubię tylko kilka, plus nie jestem fanem dużych festiwali. No, ale zobaczymy. Z drobnym sceptycyzmem, ale kupuję bilet w ciemno.

Organizacyjnie było generalnie w porządku, choć bez paru głupotek się nie obyło. Kwestionowalne clashe w bookingach, gdzie zespoły grające bardzo podobną muzykę się pokrywają ze sobą. O paru już wspomniałem w tekście, a do tego były jeszcze np. Grave clashujące z Damnation (…i filmem o Blood Incantation, choć ok, trochę to inna bajka), Benediction z Death to All czy Eyehategod z Black Tuskiem. Zdaję sobie sprawę, że ciężko te zespoły logicznie porozstawiać na scenach i w grę wchodzi tu wiele czynników, jednak nie kojarzę innych festiwali, gdzie jest to aż tak nachalne. Struktura czasówki została zmieniona – raczej na plus, bo pojawiły się alternatywy do headlinerów (w końcu!), a sety wróciły do normalnych długości (rok temu sporo poskracali z godziny do jakichś dziwnych 55 minut np.), mimo że festiwal zaczynał się jeszcze później niż w poprzednich latach.
Dziwną decyzją było też, żeby Monster Energy Desert Shrine grało w tym samym czasie co Park Stage. To sceny na świeżym powietrzu, dość blisko siebie. Rok temu nie kolidowały ze sobą, by dźwięki z nich się nie nakładały, a w tym roku chyba uznali, że jakoś to będzie. Nawet bardzo mi to nie przeszkadzało, ale rozumiem, że komuś mogło. Prowadziło to do zabawnych sytuacji – wokalista Primordial w jego starym stroju patrzący się w oddali na światła ze sceny, z której było słychać elektronikę Carpenter Brut, przypominał jaskiniowca, któremu ktoś pokazał zapalniczkę.
Jak się domyśliliście, tegoroczną edycję uważam za jak najbardziej udaną. Były roczniki, które mi się bardziej podobały, ale teraz też się świetnie bawiłem, a to najważniejsze. Świetny klimat, mili ludzie, dobre zespoły. Do zobaczenia za rok w Stocz… no, w każdym razie w Gdańsku.
Mateusz Jugowiec