IKS

Mothertomb – „Dying to Live” [Recenzja], wyd. własne

Pośród lasów północnego Michigan narodził się kwartet o wyjątkowo smutnej nazwie: Mothertomb. Inspiracją do niej nie była jednak żałoba lub śmierć bliskiej osoby, a śnieżyca stulecia, która przydarzyła się w kwietniu 2025 roku w Michigan, pozostawiając wiele osób (w tym samych muzyków) na wiele tygodni bez prądu w niezwykłym mrozie. Obserwując destrukcję spowodowaną żywiołem nie tylko w ludzkich osadach, ale też w dziczy, muzycy stwierdzili, iż ta cała sytuacja wygląda jakby Matka Natura przygotowała sobie własny grób. Kolejnym ponurym aspektem nazewnictwa jest tytuł debiutanckiego albumu: „Dying to Live” nie brzmi jak nazwa z natury optymistyczna. Kojarzy się z nieumarłymi czy innymi wampirami.

Na samym nazewnictwie ponurość się nie kończy. „Dying to Live” to ponura i przepełniona smutkiem oraz goryczą mieszanka stoner/doomu z klimatami progresywnymi, psychodelicznymi oraz gotyckimi. Częściami składowymi muzyki są: potężny kobiecy wokal w najróżniejszych odsłonach: od hipnotycznego rzucania uroków, przez majestatyczny i silny śpiew, po krzyk i growling; gitara, która zarówno gruzuje, jak i pobudza wyobraźnię; sekcja rytmiczna, która potrafi pobudzić słuchacza niesamowitym groovem oraz opętać połamanymi dźwiękami. Znajdziecie tutaj zarówno potężne, mamucie riffy, jak i eskapady progresywno-psychodeliczne, a to wszystko z pewną dozą bardziej gotyckich klimatów. Album sam w sobie kojarzy mi się ze zjawiskiem atmosferycznym, jakim jest mgła: jest tajemniczo, sprawia że należy zwolnić i uważnie lustrować swoje otoczenie. Tego typu podejście w odsłuchu wynagradza słuchacza dużą liczbą dźwiękowych smaczków, jakie znajdują się na albumie.

REKLAMA

 

zdj. materiały promocyjne

 

Muzyka, którą usłyszycie na debiucie, została w całości stworzona przez zespół, z uwzględnieniem miksu, masteringu oraz wydania. Za część graficzną odpowiada z kolei wokalistka, zatem mamy tutaj do czynienia z wydawnictwem DIY w pełnym tego słowa znaczeniu. Czuć tutaj dużo radości z grania oraz miłości do tworzenia, co sprawia, iż „Dying to Live” od pierwszej nuty po ostatnie dźwięki niezwykle mocno wkręca się w ucho. I nie chce go opuścić. Brzmienie jest jednocześnie gęste i selektywne, idealnie wkomponowując się w światło i mrok, jakimi zdają się operować tutaj muzycy.

Na album składa się 5 rozbudowanych kompozycji trwających łącznie niecałe 40 minut. Otwierające album „The Summoning” ma w sobie masę ponurego dźwięku. Nietrudno jest mi sobie wyobrazić ten wstęp jako ścieżkę dźwiękową do sytuacji, w której duch przebudził się gdzieś w krypcie. Intrygujące kontrastowanie powtarzalnej, niespiesznej melodii z płynną sekcją rytmiczną i wokalizami buduje tajemniczy, rytualny klimat. To poczucie się nasila, gdy muzyka stopniowo gęstnieje, przechodząc w buczący, potężny riff i rozbudowane partie sekcji rytmicznej.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Kiedy wydaje się już, że dźwięki pierwszego utworu odchodzą w niebyt, z mroku wyłania się „Cythraul”. Wyłania się w sensie dosłownym. Powoli i bez żadnego pośpiechu wokal i instrumentarium tkają dźwiękiem mroczny i niepokojący arras. Utwór jest początkowo melodyjny i niemalże mistyczny, aby z czasem rozkręcić się w konkretne gruzowisko, a następnie hipnotyzować słuchacza motywami kojarzącymi się z Orientem, aby na nowo gęstnieć. Liczba motywów oraz przejść ze światła w mrok i zmian, jakie muzycy zmieścili w te niecałe dziesięć minut, jest wprost imponująca. Na dodatek wciąż odczuwam, iż słucham jednego utworu. Samo słowo „cythraul” oznacza w języku walijskim diabła lub nieczystego ducha.

REKLAMA

Beware” ma w sobie z jednej strony spokój i namaszczony rytualizm, z drugiej – jest pełen niesamowitych groove’ów, porywających riffów oraz ciężaru. Kontrastowanie tych dwóch różnych odcieni gruzu wodzi mnie, słuchacza, za ucho i sprawia, że myślami przenoszę się gdzieś hen daleko w inny wymiar. Jest psychodelicznie, jest badtripowo, jest mrocznie. Absolutny majstersztyk.

 

 

Mountain Hag” faktycznie wybrzmiewa niczym opowieść o czarownicy mieszkającej w górach. Zaczyna się psychodeliczną, powolną melodią i wokalami z takim pogłosem, iż można odnieść wrażenie, że inaczej postrzega się rzeczywistość. Jest to też prawdopodobnie najbardziej progresywny utwór na płycie, w którym ciągle słychać większe lub mniejsze zmiany i połamane dźwięki. Nie zaburza to jednak całego flow utworu: wręcz przeciwnie, płynie sobie ponuro naprzód, raz wolno, raz nieco szybciej, raz bardziej ekstatycznie, raz bardziej transowo. Znajdzie się też tutaj nieco wytchnienia oraz ukojenia skołatanych nerwów.

Debiut wieńczy utwór tytułowy, który jest najpewniej najbardziej bujającym kawałkiem na albumie. Formacja postanowiła skumulować tutaj gęste riffy oraz melancholijny klimat, tworząc niezwykle ciężki i klepiący utwór, od którego ciało pozostaje w ciągłym ruchu, a dusza gdzieś sobie ulatuje. Zwrotki to wspaniały gruz, refren ma w sobie potężną dawkę transcendencji, a pod koniec trzęsie się ziemia. Coś mi się zdaje, że ta kompozycja może być niezłym bangerem do usłyszenia na żywo: mam nadzieję, iż kiedyś uda mi się przekonać, czy tak jest w rzeczywistości.

 

Nie mam pojęcia, jak wiele razy ten album leciał od momentu swojej premiery. Wyczekiwałem go z niecierpliwością, mając przeczucie, iż będzie to dzieło godne i sprawiedliwe, sugerując się singlami, i absolutnie się nie zawiodłem. Jeśli macie wolne 40 minut i chcecie przenieść się poprzez riff w inne wymiary: nie zwlekajcie, tylko odpalajcie „Dying to Live”. Z takim debiutem nic tylko czekać na więcej płyt!

 

Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Album „Dying to Live” możecie nabyć na Bandcampie zespołu (tutaj)

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020