IKS

Maciej Meller (Zenith / Riverside / ex-Quidam) [Rozmowa]

maciej-meller-rozmowa

..Quidam, Riverside oraz Zenith łączy jedna osoba – Maciej Meller. Nietuzinkowy gitarzysta z bujną fryzurą od ćwierćwiecza czaruje słuchaczy dźwiękami, malując nimi niezwykle klimatyczne obrazy. Jednym z nich jest omawiany we wcześniejszej recenzji Zenith w wersji akustycznej, wokół którego w dużej mierze skupiła się nasza wieczorna rozmowa.. Nie zabrakło jednak również innych tematów, także zahaczających o bardziej zamierzchłe czasy.

 

Błażej Obiała: Na wstępie chciałbym Ci serdecznie podziękować, że znalazłeś trochę czasu na rozmowę, mimo że jesteś pewnie mocno zabiegany przed wielkim wydarzeniem, jakim jest trasa koncertowa Riverside w Stanach Zjednoczonych.

Maciej Meller: Wiesz, teraz tak naprawdę jest idealny moment na promocję albumu i nie nie widzę powodu, dla którego miałbym uciekać od możliwości rozmowy na jego temat. Do USA wylatujemy trzydziestego marca, zatem mam jeszcze półtora miesiąca.
 

BO: Zanim zacznę wyciągać z notatek pytania, chciałem tylko zaznaczyć, że są dwie rzeczy, które nas w jakimś stopniu łączą. Jedna z nich to fakt, że urodziłem się w Inowrocławiu, a druga – Gitariada w Aleksandrowie Kujawskim, o której porozmawiamy nieco później.

MM: Małe sprostowanie z mojej strony, ja pochodzę ze Żnina, chociaż faktycznie dużą część mojego prywatnego, jak i artystycznego życia wiążę z Inowrocławiem.
 

BO: Kiedy pierwszy raz poczułeś, że chcesz zostać muzykiem? Czy był jakiś jeden szczególny epizod, który cały ten proces uruchomił?

MM: Zdecydowanie nie! W latach wczesnoszkolnych chciałem wyłącznie grać w koszykówkę. To była moja pasja, zamierzałem w dużej mierze się temu poświęcić, jednak pod pewnym przymusem ze strony nauczyciela muzyki, Marka Nowaka, zacząłem zapoznawać się z gitarą. Tocząc wewnętrzną walkę, wchodziłem w ten muzyczny świat bardzo powoli, nie myśląc absolutnie, że w przyszłości może stać się to sposobem na życie, na zarabianie pieniędzy; w ogóle nie wyobrażałem sobie tego jako ścieżki, którą bym chciał podążać.
 

BO: Czy z Markiem Nowakiem nadal masz jakiś kontakt?

MM: Tak, bardzo sporadyczny, ale mam. Dostał ostatnio ode mnie w prezencie dwa Zenithy i myślę, że jest ze mnie dumny. Raz na jakiś czas wymieniamy kilka zdań w formie pisemnej i to w zasadzie tyle, co nie zmienia faktu, że bardzo dobrze go wspominam. Mamy do siebie wzajemny szacunek i z sentymentem wspominamy minione historie. Marek został w Żninie, nieprzerwanie wykonuje pedagogiczną pracę w szkole i z tego co wiem, dalej prowadzi też zajęcia z nauki śpiewu wśród młodzieży, za co ma moje pełne uznanie.
 

BO: Twój nauczyciel musiał więc zauważyć u Ciebie potencjał, skoro muzycznymi zajęciami odciągał Cię od boiska??

MM: Myślę, że wtedy ani on, ani nikt inny nie rozpatrywał tego w kategoriach talentu. Powiedziałbym raczej, że po prostu miał muzycznego nosa i zauważał wśród uczniów pewne predyspozycje. Szkolny zespół był stworzony trochę z łapanki i z różnych źródeł wiem, że w zasadzie tylko ja z tamtej ekipy tak mocno osiadłem w muzyce aż po dziś dzień.
 

BO: Kończąc ten wątek, chciałbym jeszcze zapytać o jedną zabawną dla mnie rzecz. Czym mianowicie był zespół Paszczurki i czy możesz w dwóch zdaniach o nim opowiedzieć?

MM: Paszczurki tak naprawdę to był zespół ośmiu dziewczyn prowadzony przez Marka Nowaka, wykonujący różnego rodzaju piosenki turystyczne. W pewnym momencie moje drogi się z nim skrzyżowały i w formie uzupełnienia grałem tam na gitarze basowej. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że naprawdę sporo się dzięki temu nauczyłem. W tamtym okresie traktowałem to granie dość poważnie i przez to również twierdzę, że warto otworzyć głowę na różne gatunki muzyczne, bo w naprawdę przeważającej większości są inspirujące momenty. Na przykład w Paszczurkach wspomniany wcześniej Marek aranżował piosenki na cztery głosy w harmoniach i to było coś wykwintnego. Jeden z utworów powstałych pod szyldem Paszczurki nazywał się Blues rzeka. Może nawet mam gdzieś w kartonach płytę z tą piosenką (śmiech). Widzisz, mistyczna rzeka została ze mną do dziś, tylko w innych formach.
 

BO: Przeskakując w nieco bardziej dojrzałe lata, pojawia się zespół Deep River. Skąd pomysł na nazwę? Czy to Ty byłeś jej autorem? I dlaczego po niespełna sześciu latach została zmieniona na Quidam?

MM: Zespół Deep River wzniósł się na fundamentach innego, który powstał podczas mojej edukacji w inowrocławskim technikum. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kto wymyślił tę nazwę, ale zaraz przed wydaniem debiutu w 1996 roku Mietek Stoch (założyciel wytwórni Ars Mundi) zaproponował zmianę na Quidam. Deep River mogło brzmieć nieco pretensjonalnie ze względu na skojarzenia z Deep Purple czy Deep Forest. Co więcej, byliśmy tak zaaferowani perspektywą wydania pierwszego poważnego albumu, że zgodziliśmy się na tę propozycję i tak już zostało. Później stwierdziliśmy, że pasowała ona do muzycznej tożsamości, której w tamtym czasie szukaliśmy. Z perspektywy czasu myślę, że ta decyzja była bardzo trafiona, choćby z powodu małej liczby zespołów na literę Q, co nadaje dozę unikatowości.
 

BO: Wrócę teraz do tematu, który wspomniałem na początku, mianowicie przeglądów piosenek o wdzięcznej nazwie Gitariada w Aleksandrowie Kujawskim. W 2007 roku, będąc osiemnastolatkiem, próbowałem z zespołem Alchemik swoich sił na tym właśnie konkursie. Pamiętam to doskonale, ponieważ gościem specjalnym po ogłoszeniu werdyktu był słynny Easy Rider z Andrzejem Wodzińskim przy mikrofonie. Legenda, wówczas dwadzieścia siedem lat na scenie, dodatkowo podbiła atmosferę i emocje panujące podczas tego dnia. A jak Ty wspominasz ten czas? Czym dla Ciebie była Gitariada?

MM: Wspominam niezwykle dobrze. Był to bardzo intensywny, twórczy czas poszukiwań, rozwoju i obcowania z muzyką, a jednocześnie niesamowita możliwość poznania ciekawych i zdolnych ludzi. Na jednej z Gitariad pojawił się zespół Rivendell z Włocławka i zaprezentował piosenkę o znanym dobrze wszystkim fanom Quidam tytule – “Sanktuarium”. To było dość maidenowe granie, ale tak nam przypadło do gustu, że postanowiliśmy na pierwszym albumie zrobić swoją wersję, oczywiście za zgodą między innymi Jarka Szajerskiego i pozostałych muzyków.
Na kolejnej edycji przeglądu piosenek poznałem Mariusza Dudę i jego węgorzewskie Xanadu. Od razu złapaliśmy bardzo fajny kontakt, personalnie jak i muzycznie, gdyż jako nieliczni graliśmy rzeczy z pogranicza prog-rocka. Nadawaliśmy na tych samych falach. Poza tym czas spędzony tam był pełen rozmów o muzyce, dowiadywaliśmy się o różnych zespołach z kaseciaków i te kilka nieprzespanych nocy zdecydowanie było tego warte.
 

BO: Czyli z Mariuszem Dudą znasz się prawie trzydzieści lat! Historia tak zakręciła koło i zobacz, teraz gracie razem w Riverside. Niesamowite, prawda?

MM: (śmiech) Ale mnie teraz zastrzeliłeś, kurczę, faktycznie, muszę Mariuszowi powiedzieć przy okazji. Masakra, ile to już czasu.
 

BO: W tematyce około-Quidamowej chciałbym jeszcze zapytać o koncerty u boku holenderskiego Focus. Jakie masz wrażenia z tej trasy, może pamiętasz jakieś ciekawe historie?

MM: Pewnie Cię lekko rozczaruję, ale nie mieliśmy jakiegoś bardzo mocnego kontaktu, nie prowadziliśmy też nie wiadomo jakich rozmów. Zagraliśmy z Holendrami dwa koncerty w ramach minitrasy w Brazylii, później była Belgia, a na końcu zaprosiliśmy ich do Polski na pierwszą edycję Ino-Rock festiwalu w 2008 roku. Uważam osobiście, że koncertowo Focus wypada rewelacyjnie. Koncertowo to dla mnie jeden z lepszych zespołów prog-rockowych na świecie. Oprócz doświadczenia i wirtuozerii dochodzi jeszcze charakterystyczna zabawa dźwiękami i nietuzinkowa postać Thijsa van Leera.
 

BO: A co myślisz o ekscentrycznej osobie Thijsa?

MM: Z trasy w Brazylii pamiętam, że zawsze i wszędzie chodził ze swoim ulubionym instrumentem – fletem. Nie rozstawał się z nim na krok. Gdy czekaliśmy na busa, na obiad, gdziekolwiek, zawsze miał go ze sobą. Raz pamiętam, że usiadł na kamieniu i zaczął grać muzykę klasyczną. Niezwykle muzykalny, sympatyczny gość.
 

BO: Przejdźmy do głównego tematu: płyty, którą niedawno recenzowaliśmy na naszych łamach.. Zapytam może odrobinę filozoficznie, czym dla Ciebie osobiście jest tytułowy Zenit?

MM: Podczas tworzenia elektrycznej wersji Zenithu, wiedziałem, że Krzysiek Borek będzie idealną osobą do wypełnienia miejsca wokalisty. Jesteśmy w bardzo podobnym wieku, bo wówczas były to okolice przekroczonej o kilka lat czterdziestki; stwierdziłem, że zapytam, co go obecnie zajmuje, o czym chciałby teraz pisać i śpiewać. Rozmowa zeszła na temat kryzysu wieku średniego i dylematów z tym związanych; obaj stwierdziliśmy, że to wspólny mianownik. Wiesz, przekraczając czterdziestkę, człowiek powoli zaczyna myśleć o tej drugiej połowie życia, zaczyna doskwierać coraz więcej rzeczy, o których wcześniej byś nie pomyślał, częściej włącza się refleksyjny nastrój. A zenit jako wyraz bardzo mi się spodobał, gdy myślałem o życiu jako o wędrówce. Półmetek mojej drogi, tak samo jak półmetek drogi słońca po widnokręgu, ta symbolika i metaforyka bardzo skleiła się z treścią tego, co chciałem zawrzeć na płycie.
 

BO: Warstwa muzyczna płyty to jedno, nie sposób jednak nie zatrzymać się przez chwilę nad okładką, która moim zdaniem idealnie komponuje się z estetyką całego materiału. Skąd pomysł na taką formę?

MM: Jeśli spojrzysz w książeczkę klasycznego Zenithu, to zobaczysz, że połowa jest w barwach zielonych symbolizujących wiosnę czy rozkwit lata, druga część zaś ma o wiele ciemniejszą i bardziej depresyjną kolorystykę, przywodzi na myśl schyłek roku. Mój zamysł był taki, by rozciągnąć Zenit na cały rok, nie tylko jeden dzień czy jeden moment. Przy okazji dodam, że ilustracje do tej wkładki zrobiły Kaja Sosnowska oraz Ania Gancarczyk, za co mają moje dozgonne uznanie. W przypadku wersji Zenith Acoustic sytuacja wyglądała podobnie. Biorąc pod uwagę fakt, że kompozycje są te same, tylko w całkowicie zmienionej aranżacji, chciałem, by okładka też była taka sama, ale jednak trochę inna. Wybraliśmy z Anią jedno ze zdjęć z jej wędrówek po lesie, które idealnie pasowało do tej akustycznej interpretacji. Gdy zerkniesz na tę z mojego solowego debiutu, to zobaczysz postać w otoczeniu miejskim, kierującą swoje kroki w mgłę. Tamta wersja była oczywiście cięższa, elektryczna i stąd takie skojarzenie. W drugiej, delikatniejszej odsłonie na froncie również jest człowiek, ale będący już bliżej przyrody, w lesie, gdzie wszystko nabiera bardziej intymnego wydźwięku.
 

BO: Za warstwę tekstową odpowiedzialny był Krzysiek Borek. Gdy otrzymałeś wszystkie teksty, zatwierdziłeś je bez zmiany, czy jednak nastąpiły jakieś ingerencje z Twojej strony?

MM: Przyznam szczerze, że byłem nieco zdziwiony reakcją Krzyśka, bo odniósł chyba wrażenie, że ingeruję trochę za bardzo. Ja uważam przeciwnie, nie były to poważne modyfikacje, raczej naprostowanie pewnych zawiłości w przekazie czy w metaforyce. Problem leżał w innym miejscu. Teksty od samego początku powstawały w naszym ojczystym języku i musiały zostać przetłumaczone na język Szekspira, przy czym nieocenionej pomocy udzieliła Ania Gancarczyk (tak, ta od okładek i zdjęć), która z wykształcenia jest lektorem. Mimo wszystkich tych zmian czy sugestii absolutnie nie powiedziałbym, że mogę się podpisać jako współautor pod którymś z tekstów. Są one wyłącznie wynikiem pracy i zaangażowania Krzyśka i uważam, że włożył w nie całe serce.
 

BO: Gdy słuchałem akustycznego Zenithu i zerkałem na skład muzyków, zastanawiałem się, czy chociaż przez moment nie miałeś poczucia, że zapraszając część macierzystego Quidam, odbiorcy mogą dostrzec w tym powrót dawnych dziejów, tylko w nieco innej formie? Zaprosiłeś wszak do tego materiału Zbyszka Florka i Jacka Zasadę.

MM: Pomysł na tę płytę był wyłącznie mój i to ja podejmowałem od początku do końca decyzje w jej kwestii. Tym samym to po prostu nie mógł być Quidam, bo w tamtym przypadku nie byłem jedynym „dyrygentem”. Odnosząc się do Twojego pytania, absolutnie nie miałem takiej refleksji, tego typu stwierdzenia docierały do mnie raczej podczas pracy nad wydaniem winylowej wersji debiutu z 1996 roku, gdy zebraliśmy się prawie całym składem w studiu w celu nagrania odświeżonej wersji „Sanktuarium”. Spotkanie dobrych znajomych po dwudziestu pięciu latach było czymś niezwykle miłym i przyjemnym, jednak wiedziałem, że o reaktywacji nie będzie mowy.
 

BO: Inowrocławski skład świetnie sprawdził się w realizacji Twojej wizji. Jak dużo w jej ramach dałeś swobody?

MM: Wizję, jak ma wyglądać ten album, miałem w zasadzie od samego początku właściwej pracy nad płytą w studio i podczas rozmów z chłopakami nakreśliłem po prostu jej kontury. Oprócz kilku momentów, na których bardzo mi zależało, by były zagrane w zdefiniowany wcześniej sposób, cała reszta to ekspresja i charakter pozostałych muzyków. I szczerze mówiąc bardzo się cieszę, że tak było, ponieważ materiał został wypełniony emocjami różnych ludzi, czego sam pewnie nigdy bym nie odtworzył.
 

BO: Czy możesz zdradzić, skąd pomysł na obecność Łukasza Oliwkowskiego z projektu HiPoKaMP na stanowisku bębniarza?

MM: Znam Łukasza już od dłuższego czasu, śledzę regularnie jego aktywność na scenie muzycznej i śmiało mogę powiedzieć, że to człowiek renesansu. Prowadzi w Inowrocławiu Dyskusyjny Klub Filmowy, pracuje z młodzieżą w szkole i przede wszystkim jest bardzo otwartym na inspiracje i ciekawym muzycznego świata perkusistą. Kiedy kompletowałem skład, pomyślałem sobie, że nie chcę podróżować od studia do studia po całej Polsce w poszukiwaniu czegoś, co tak naprawdę mam pod bokiem. Tworząc tak intymny muzyczny obraz naturalnym wyborem było inowrocławskie środowisko. Lubię współpracować z ludźmi, którzy nieustannie poszukują, bo gdy to robią, są w stanie odkryć nieznane dotąd lądy, a to dodaje niesamowitego uroku. Podłączę pod wątek Łukasza osobę Jacka Mazurkiewicza, który swoim kontrabasem świetnie wypełnił przestrzeń. Znam go od czasów Deep River i wreszcie nasze drogi się skrzyżowały, z czego bardzo się cieszę.
 

BO: A jak wygląda dotychczasowa recepcja albumu?

MM: Nie tak dawno, bo prawie trzy tygodnie temu, mieliśmy w Inowrocławiu spotkanie autorskie, na którym Zenith Acoustic został zaprezentowany z test pressu winylowego na sprzęcie audio wysokiej klasy. Powiedziałbym nawet, że audiofilskiej. Po wysłuchaniu ludzie zebrani na sali stwierdzili jednogłośnie, że realizacja jest na naprawdę wysokim poziomie i, co za tym idzie, recenzje otrzymała bardzo, ale to bardzo przychylne.
 

BO: Wyjaśnisz jeszcze, dlaczego w akustycznej formie zabrakło utworów Magic i Plan B?

MM: Odpowiedź jest zaskakująco prosta, one w pierwotnej wersji są akustyczne. Myślę sobie, że nie miałbym nawet pomysłu na ich nową aranżację. Dodatkowo dodanie ich zaburzyłoby strukturę płyty winylowej, a taka pewnie kiedyś się ukaże. Tworząc nowe aranżacje, chciałem stworzyć świeżą opowieść i gdybym dorzucił do niej brakujące dwie piosenki, to efekt byłby zupełnie inny. Gdy zastanowisz się nad kolejnością utworów na liście, biorąc pod uwagę wynikający z nich nastrój i ładunek emocjonalny, sam stwierdzisz, że inaczej to po prostu nie mogło wyglądać. Zamykający płytę dziesięciominutowy TRIP, jest w mojej ocenie piękną klamrą całej tej historii.
 

BO: Ostatnie pytanie i puszczam Cię na zasłużony odpoczynek. Jaką osobą jest Maciej Meller po wydaniu Zenith Acoustic? Czy jest spełniony i zadowolony, czy coś by zmienił, gdyby mógł?

MM: Oj, na pewno jestem zdecydowanie dalej, niż byłem przed wydaniem pierwszego Zenitu. Muzycznie jestem bardzo zadowolony, że podjąłem kroki, aby ten projekt zrealizować i wydać. Debiut otworzył przede mną nowe przestrzenie, dał dużo wiatru w żagle. Poczułem się zdecydowanie pewniej. Wokół akustycznej wersji dzieję się naprawdę sporo; wydaje mi się jednak, że na razie traktuje się ją w formie dodatkowej ciekawostki i w sumie sam na początku nie stroniłem od tego podejścia. Podejrzewam, że mój kolejny muzyczny krok też wprowadzi nieco zamieszania (śmiech). W dwóch słowach powiem Ci, że mam plan jeszcze w tym roku nagrać materiał ambientowo-psychodeliczny. Będzie to prawdziwie solowy pomysł, bez współpracy z nikim, tylko ja i gitara. Jestem potwornie ciekaw końcowego efektu i odbioru. Jest jeszcze jeden bardzo pozytywny efekt uboczny wydania akustycznego Zenitu, a mianowicie pierwsze na inowrocławskich ziemiach wydawnictwo F.A.R.N.A Records. Powstało, by wydać mój album, a niedługo spod jej szyldu wyjdzie na światło dzienne Origin Of Escape Krzyśka Borka. Wierzę, że później przyjdą kolejne realizacje. To niezwykle ważny krok w moim rozwoju, zwłaszcza że dotyczy on drugiej strony medalu: nie jako muzyk, a jako wydawca. Cieszy mnie możliwość dzielenia się doświadczeniem, jakie zdobyłem przez trzy dekady na scenie i chcę to robić nadal.
 

BO: Serdecznie Ci dziękuję za poświęcony czas i za treściwe odpowiedzi, jednocześnie życzę dużo zdrowia, spełnienia planów i powodzenia na niewątpliwie wymagającej trasie Riverside w Stanach i Ameryce Środkowo-Południowej. Do zobaczenia na koncertach w Polsce!

MM: Również dziękuję za fajną rozmowę i za życzenia, cześć!
 

Rozmawiał: Błażej Obiała

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz