Nie potrzebowałem wielu odsłuchów, żeby przekonać się do „Nothing Is Promised”. Już pierwsze spotkanie z najnowszym dziełem LYRRE pokazało, że zespół nie zamierza odcinać kuponów od własnej rozpoznawalności. Zamiast tego otrzymujemy siedem dopracowanych kompozycji, które łączą folkowe korzenie, atmosferyczny metal i wyjątkową umiejętność pisania melodii pozostających w głowie na długo.
Zespół prowadzony przez Michalinę Malisz i Piotra Martusia ponownie zabiera słuchacza do świata, w którym organiczne brzmienie liry korbowej spotyka się z metalową energią, a eteryczne melodie prowadzą przez historie pełne niepewności, nadziei i refleksji nad przemijaniem. Dużą rolę odgrywa tutaj również wokal Michaliny. Jest niezwykle lekki i subtelny, ale zamiast ginąć wśród gitar, staje się jednym z najmocniejszych punktów albumu. Delikatność śpiewu świetnie kontrastuje z ciężarem riffów i sprawia, że całość nabiera własnego, bardzo charakterystycznego klimatu. Brzmi znajomo? Być może. Problem w tym, że LYRRE robi to po swojemu i właśnie dlatego ten album działa tak dobrze.

Już otwierający całość utwór tytułowy wyznacza kierunek podróży. To muzyka pełna przestrzeni i emocji, ale jednocześnie niezwykle przystępna. Kolejne kompozycje tylko potwierdzają, że siłą zespołu jest umiejętność pisania utworów, które mają atmosferę, a przy tym wpadają w ucho bez najmniejszego wysiłku ze strony słuchacza.
Warto też zwrócić uwagę na gitarową stronę albumu. Riffy są tu naprawdę dobrze napisane – często proste w formie, ale bardzo skuteczne, nośne i świetnie podbijające klimat całości. Nie dominują nad resztą instrumentów, ale kiedy trzeba, potrafią nadać kompozycjom ciężaru i wyrazistości, dzięki czemu materiał ma solidny metalowy kręgosłup. Prawdziwym klejnotem albumu jest dla mnie „Orchard”. To jeden z tych utworów, które od pierwszego odsłuchu przyklejają się do pamięci i nie chcą jej opuścić. Melodie płyną tu naturalnie, klimat wciąga bez reszty, a całość pokazuje, jak wielką siłą LYRRE jest umiejętność pisania utworów chwytliwych, ale dalekich od banału.
Bardzo dobrze wypada również „Still Human”, niosący jedno z najmocniejszych przesłań na płycie, oraz zamykający album „Oracle”. Ten ostatni wnosi nieco więcej mroku i energii, a kapitalna praca perkusji dodaje mu momentami niemal blackmetalowego charakteru, dzięki czemu finał pozostawia po sobie naprawdę mocne wrażenie.
Na osobne wyróżnienie zasługuje produkcja. Album brzmi potężnie, ale jednocześnie zachowuje naturalność i przestrzeń. Żaden instrument nie dominuje niepotrzebnie nad resztą, a charakterystyczna lira korbowa nie jest tu egzotycznym dodatkiem, lecz integralnym elementem budującym tożsamość zespołu. Największym zarzutem wobec Nothing Is Promised może być… jego długość. Siedem utworów i nieco ponad trzydzieści trzy minuty mijają błyskawicznie. Z drugiej strony trudno mówić o wadzie, skoro po zakończeniu albumu pierwszą reakcją jest chęć natychmiastowego ponownego wciśnięcia przycisku „play”.
LYRRE nagrali album dojrzały, chwytliwy i pełen emocji. Taki, który nie musi krzyczeć, żeby zostać usłyszanym. Jeśli cenicie folkowe akcenty, atmosferyczny metal i świetnie napisane kompozycje, Nothing Is Promised zdecydowanie zasługuje na uwagę.
Marek Pruszczyński (Dezarbuzator)
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.