IKS

Laibach – „MUSICK” [Recenzja], dystr. PIAS Poland

Laibach od dawna funkcjonuje już poza kategorią zwykłego zespołu. To raczej artystyczny mechanizm, który od ponad czterdziestu lat mieli symbole polityczne, popkulturowe klisze i społeczne lęki, by następnie podać je słuchaczowi w formie chłodnego industrialnego spektaklu. „MUSICK” pojawia się jednak w momencie szczególnym – nie tylko po latach coraz bardziej konceptualnych projektów, ale również w epoce, w której kultura cyfrowa zaczęła pożerać własną ironię. Już sam tytuł albumu wydaje się przewrotny: archaicznie zapisane słowo „music” brzmi niczym relikt dawnej kultury wrzucony w sam środek algorytmicznej rzeczywistości.

Ostatnie lata działalności Laibach były drogą coraz bardziej oddalającą zespół od klasycznej formy piosenkowej. „Alamut” zamienił się w monumentalny teatr idei, „Love Is Still Alive” dryfowało ku futurystycznej melancholii, a kolejne projekty przypominały bardziej audiowizualne manifesty niż tradycyjne albumy. „MUSICK” miało być więc potencjalnym powrotem do bardziej bezpośredniej formy. I rzeczywiście – pod warstwą ironii oraz estetycznej prowokacji kryje się materiał chwilami wręcz zaskakująco przebojowy. Problem w tym, że Laibach momentami tak mocno flirtuje tutaj ze współczesnym popem, iż satyra zaczyna niebezpiecznie przypominać to, co sama próbuje komentować.

 

To zresztą największy paradoks albumu. Już na „Opus Dei” popowe melodie były przez Słoweńców rozkładane na części pierwsze i zamieniane w monumentalne hymny o niepokojącej sile oddziaływania. Tam ironia miała w sobie ciężar i napięcie. „MUSICK” rozwija tę filozofię, ale zamiast marszowego industrialu wybiera syntetyczny puls współczesnego electro-popu. „Allgorhythm” z Wiyaalą brzmi niczym hymn ery TikToka i sztucznej inteligencji, jednak chwilami bardziej przypomina eurowizyjny manifest przyszłości niż chłodną dekonstrukcję cyfrowej kultury. Podobnie „Love Machine” – choć teoretycznie opowiada o emocjonalnej pustce współczesnych relacji, muzycznie ociera się momentami o estetykę futurystycznego radiowego hitu. I właśnie tutaj pojawia się największy problem „MUSICK”: granica między satyrą a uczestnictwem w popowym spektaklu bywa zaskakująco cienka.

 

fot. materiały promocyjne

 

Sama płyta przypomina chwilami transmisję z futurystycznego klubu, w którym DJ zamiast playlisty puszcza filozoficzny manifest. „Musick” otwiera album lekkim rytmem, ale szybko okazuje się, że taneczność pełni tutaj rolę dominującą. „Fluid Emancipation” zanurza się w chłodnym industrial-popie, podczas gdy „Resistencia” przywołuje ducha dawnych politycznych prowokacji zespołu. Najciekawiej wypada jednak „Luigi Mangione” – utwór balansujący między groteską a niepokojem, jakby Laibach próbował stworzyć patrona współczesnej medialnej farsy. Z kolei zamykające całość „Das göttliche Kind” przynosi potrzebne wyciszenie i jako jedno z niewielu nagrań naprawdę przypomina, że pod warstwą cyfrowego chaosu grupa nadal szuka czegoś więcej niż tylko efektownej stylizacji.

Największą siłą „MUSICK” pozostaje konsekwencja wizji. Laibach nadal potrafi dostosować własny język do nowych czasów bez całkowitej utraty tożsamości. Problem polega jednak na tym, że tym razem zespół miejscami zbyt dobrze odnajduje się w estetyce, którą próbuje krytykować. Klubowe beaty, syntetyczne refreny i błyszcząca produkcja często dominują nad charakterystycznym ciężarem znanym z wcześniejszych wydawnictw. Album imponuje produkcyjnie – jest gęsty, wielowarstwowy i pełen drobnych detali – ale jednocześnie bywa zadziwiająco wygładzony. Chwilami bardziej przypomina świadomie przerysowaną wersję alternatywnego synth-popu niż bezkompromisowy industrialowy manifest.

 

 

Nie oznacza to jednak, że „MUSICK” jest albumem nieudanym. Wręcz przeciwnie – to wciąż jedna z ciekawszych i bardziej inteligentnych prób zmierzenia się z estetyką współczesnej popkultury. Problem w tym, że Laibach balansuje tutaj na granicy autoparodii. Bywają momenty, gdy koncept zaczyna dominować nad samą muzyką, a część kompozycji sprawia bardziej wrażenie stylizowanego eksperymentu niż w pełni rozwiniętych utworów. Dla słuchaczy oczekujących dusznego industrialu pokroju „Kapital” czy monumentalnej agresji „Jesus Christ Superstars” „MUSICK” może okazać się wręcz zbyt lekkie i zbyt przystępne. Pewna jednorodność brzmienia dodatkowo potęguje wrażenie uczestnictwa w jednym długim, neonowym spektaklu.

 

Mimo tych zastrzeżeń „MUSICK” pozostaje intrygującym rozdziałem w późnej historii Laibach. To album świadomie balansujący między ironią a fascynacją współczesnym popem; między krytyką cyfrowej rzeczywistości a pełnym zanurzeniem się w niej. Problem polega na tym, że momentami trudno już rozpoznać, gdzie kończy się prowokacja, a zaczyna zwykła estetyczna fascynacja nowoczesnym efektownym popem. „MUSICK” nie ma ciężaru „Opus Dei” ani mroku „Kapital”, a jego satyryczny charakter chwilami rozmywa się pod naporem eurowizyjnej przebojowości. To nadal inteligentna i dobrze przemyślana płyta, ale jedna z tych, na których Laibach wydaje się bardziej komentować własny mit niż naprawdę go redefiniować.

 

 

Szymon Pęczalski

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

 

30 maja Laibach wystąpi w warszawskim klubie Progresja. Organizatorem koncertu jest Knock Out Productions

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020