Są płyty, które najlepiej działają wtedy, gdy potraktuje się je jak zamkniętą przestrzeń i pozwoli prowadzić od jednego pomieszczenia do drugiego. „Dark Asylum” należy właśnie do takich albumów. Kamelot nie zaprasza tym razem słuchacza wyłącznie na kolejny zestaw symfoniczno-metalowych kompozycji, lecz zabiera go do RavenHill Asylum – dawnej katedry przekształconej w miejsce, gdzie religijny mistycyzm, eksperyment, trauma i szaleństwo zaczynają się wzajemnie przenikać. Już krótkie „Sanctorium” otwiera drzwi do tego świata, a kolejne utwory coraz skuteczniej podważają pewność, czy obserwujemy rzeczywistość, wspomnienie, wizję, czy może próbę ucieczki z własnego umysłu. Wydany 28 sierpnia 2026 roku nakładem Napalm Records „Dark Asylum” został więc skonstruowany bardziej jak muzyczny spektakl niż zwyczajna kolekcja piosenek. Nie oznacza to oczywiście, że Kamelot porzucił swój charakterystyczny język – monumentalne refreny, orkiestracje, ciężkie gitary i teatralny śpiew Tommy’ego Karevika nadal stanowią fundament całości. Tym razem jednak ważniejsze od samego rozmachu okazują się narastający niepokój oraz świadomość, że tytułowy azyl może być jednocześnie więzieniem i drogą do ocalenia.
Ostatnie lata były dla Kamelot przede wszystkim okresem odzyskiwania rozpędu po wyjątkowo długiej przerwie wydawniczej. „The Shadow Theory” ukazał się w 2018 roku, natomiast na jego następcę trzeba było czekać aż pięć lat. „The Awakening” z marca 2023 roku nie tylko przerwał tę ciszę, lecz także był pierwszym albumem z nowym materiałem nagranym z perkusistą Alexem Landenburgiem. Wyniki sprzedażowe i pozycje na listach potwierdziły przy okazji, że era Karevika już dawno przestała być postrzegana jako etap przejściowy – album dotarł do drugiego miejsca zestawienia US Current Hard Music Albums, a w Niemczech po raz pierwszy w historii grupy znalazł się w Top 10. Później Kamelot ponownie skoncentrował się na działalności koncertowej. Trasy „Awaken the World” objęły Europę i Amerykę Północną, a w 2025 roku zespół wrócił również do swoich początków, świętując trzydziestolecie debiutanckiego „Eternity” wydawnictwem „Ascension 1995–1998”, zbierającym pierwsze trzy płyty grupy. Obecny skład – Karevik, Thomas Youngblood, Oliver Palotai, Sean Tibbetts i Landenburg – nie jest już więc żadnym „nowym wcieleniem” zespołu. To po prostu współczesny Kamelot.
„Dark Asylum” wyrasta z tego okresu, ale zamiast kontynuować bardziej podnoszący na duchu ton „The Awakening”, kieruje się ku mroczniejszej, wyraźniej gotyckiej stronie twórczości grupy. Thomas Youngblood przyznawał, że jednym z założeń było odzyskanie części atmosfery „Ghost Opera” i „Silverthorn”, przy jednoczesnym wprowadzeniu elementów folkowych i new age, sięgających jeszcze czasów „Eternity”. Tym razem prace rozpoczęły się nie od pojedynczych utworów, lecz od świata i fabuły. RavenHill jest dawnym kościołem zamienionym w azyl, a poszczególne kompozycje otwierają kolejne pomieszczenia oraz odsłaniają następne stany psychiczne głównej postaci. Krótkie „Sanctorium”, „Nocte Veritas” oraz finałowe „Sanctum Requiem” funkcjonują niczym teatralne ramy, pomiędzy którymi powracają motywy masek, rozbitej pamięci, prawdy, iluzji i poszukiwania schronienia. Szczególnie dobrze wpisuje się w tę konstrukcję „Cassandra’s Disease”, odwołujące się do Kasandry – postaci skazanej na znajomość prawdy, w którą nikt nie chce uwierzyć. W świecie, w którym granica między objawieniem a obłędem stopniowo się zaciera, trudno o bardziej trafny symbol. Za produkcję ponownie odpowiadali Sascha Paeth i Kamelot, natomiast miks oraz mastering przygotował Jacob Hansen.

Muzycznie „Dark Asylum” przede wszystkim rozwija język Kamelot, zamiast próbować pisać go od początku. Po krótkim „Sanctorium” znakomicie wchodzi „Ashen World” – z galopującym rytmem, wyrazistym prowadzeniem gitary Youngblooda i refrenem natychmiast przypominającym, dlaczego ten zespół tak dobrze odnajduje się na dużych scenach. Jeszcze lepiej wypada dla mnie kompozycja tytułowa: bardziej posępna, filmowa i teatralna, lecz przy tym pozbawiona aranżacyjnej przesady. „The Sleeping Mind (Orphic Paradigm)” przypomina natomiast, że pod wszystkimi orkiestracjami nadal kryje się pełnokrwisty heavymetalowy zespół i chwilami przywołuje ciężar znany z czasów „Karma” czy „The Black Halo”. „Godlike Alchemy” pozwala Karevikowi częściej sięgać po wyższe rejestry, „Cassandra’s Disease” należy do najbardziej złowieszczych momentów albumu, a „Kaleidoscope” umiejętnie wykorzystuje chóry i kontrast pomiędzy intymnością a bombastycznym rozmachem. Całość brzmi niezwykle spójnie, choć zarazem bardzo znajomo: spokojniejsza zwrotka, stopniowe dokładanie kolejnych warstw, monumentalny refren, ornament klawiszowy i gitarowa odpowiedź. Nie stanowi to dla mnie większego problemu, bo materiał jest zwyczajnie dobrze napisany, choć miejscami trudno oprzeć się wrażeniu, że odrobina większego ryzyka mogłaby wynieść go jeszcze wyżej.
Największym atutem płyty są właśnie te momenty, w których do znajomej konstrukcji ktoś wpuszcza nieco świeższego powietrza. Ignacia Fernández z chilijskiego Decessus pojawia się w „Ashen World” oraz „Sanctuary”; szczególnie w drugim z tych utworów jej ostrzejszy wokal bardzo dobrze kontrastuje z czystymi partiami Karevika i Clémentine Delauney z Visions of Atlantis. Jeszcze bardziej naturalnie wypada Tobias Sammet w „One Last Masquerade”. Youngblood przyznawał, że kompozycja była już właściwie ukończona, gdy pojawił się pomysł zaproszenia lidera Avantasii i Edguy, ponieważ sam numer miał wyraźnie avantasiowo-kamelotowy charakter. Jest w tym zresztą sympatyczna wymiana ról – rok wcześniej Karevik wystąpił u Sammeta w „The Witch” z albumu „Here Be Dragons”. Najciekawsze spojrzenie w przeszłość zespołu przynosi jednak kameralne „Beneath the Moon (Tunglið)”. Skrzypce Lei-Sophie Fischer z Eluveitie oraz głosy Sólveig Sary Leupold i Rannveig Sif Sigurðardóttir przenoszą muzykę niemal w folkowo-nordycki pejzaż, wyraźnie odmienny od reszty materiału. Ta ostatnia wokalistka powraca przy tym do świata Kamelot po dwudziestu siedmiu latach – można ją było usłyszeć już w „A Sailorman’s Hymn” na „The Fourth Legacy” z 1999 roku. Goście nie tworzą więc listy znanych nazwisk doklejonych do materiałów promocyjnych, lecz rzeczywiście wzbogacają paletę albumu i nadają poszczególnym kompozycjom własny charakter.
Nie wszystko działa jednak równie dobrze. „Dark Asylum” liczy piętnaście ścieżek, choć trzy z nich pełnią przede wszystkim funkcję krótkich łączników, a w kilku właściwych utworach zwyczajnie brakuje melodii dorównujących najlepszym momentom płyty. „Enigma (Think of Me)” jest solidną balladą, ale przy bardziej charakterystycznych fragmentach albumu wypada zbyt przewidywalnie. „The Puppet King” dobrze spełnia swoją funkcję w obrębie fabuły, lecz nie pozostawia tak mocnego śladu, jakiego można byłoby oczekiwać po kompozycji umieszczonej tuż przed finałem. Mieszane odczucia budzą również interludia. Znakomicie wspierają teatralną konstrukcję i podczas pierwszych odsłuchów skutecznie wzmacniają narrację, jednak z czasem coraz wyraźniej okazują się elementami spektaklu, najlepiej funkcjonując wyłącznie w kontekście całej historii. Największym problemem pozostaje natomiast niezwykle wypolerowana produkcja. Orkiestracje, chóry i klawisze brzmią imponująco, lecz rytmiczne gitary miejscami zostają przesunięte zbyt daleko w głąb miksu, przez co muzyka traci nieco fizycznego ciężaru. Chciałoby się również, aby zespół częściej podejmował ryzyko podobne do tego z „Beneath the Moon (Tunglið)”, zamiast tak chętnie wracać do sprawdzonego schematu wielkiego refrenu i piętrzących się orkiestracji. Są to jednak zastrzeżenia dotyczące przede wszystkim zachowawczości, a nie rzeczywistych kompozytorskich wpadek.
Ostatecznie „Dark Asylum” nie próbuje wywracać formuły Kamelot do góry nogami i być może właśnie dlatego sprawdza się tak dobrze. To album świadomy własnej historii, a jednocześnie wystarczająco konsekwentny w budowaniu odrębnego klimatu, by nie sprawiać wrażenia kolejnej próby odgrzewania dawnych pomysłów. Mroczniejszy od „The Awakening”, bardziej teatralny i znacznie mocniej podporządkowany jednemu konceptowi pokazuje zespół, który nadal doskonale wie, jak łączyć ciężar, melodyjność i symfoniczny rozmach. Nie każda kompozycja pozostaje w pamięci równie długo, a momentami grupa zbyt chętnie sięga po rozwiązania używane już wielokrotnie, jednak całość broni się atmosferą, aranżacyjną dbałością i przede wszystkim spójnością narracji. Najważniejsze, że RavenHill Asylum nie pozostaje jedynie efektowną dekoracją dla kolejnej płyty, lecz faktycznie nadaje jej własną tożsamość. „Dark Asylum” nie jest więc przełomem w historii Kamelot, ale stanowi bardzo mocny dowód na to, że po ponad trzech dekadach działalności zespół wciąż potrafi stworzyć album, do którego chce się wracać nie tylko dla kilku wielkich refrenów, lecz także dla całego świata zbudowanego wokół muzyki.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.