Są muzycy, którzy po czterech dekadach na scenie najchętniej pilnują własnego pomnika, regularnie polerując te same patenty i upewniając się, że przypadkiem nic nie zabrzmi zbyt inaczej. Kai Hansen najwyraźniej do tej grupy nie należy. „Born With a Hammer”, pierwszy solowy materiał od czasu „XXX – Three Decades in Metal” z 2016 roku, łatwo mógł stać się zbiorem bezpiecznych wariacji na temat Helloween i Gamma Ray. Tymczasem jego autor robi coś znacznie ciekawszego: bierze wszystko, z czego jest znany, po czym z wyraźną przyjemnością zaczyna to rozmontowywać. Power metal spotyka się tu z punkiem, hard rockiem, elektroniką i reggae, a nad całością unosi się charakterystyczny hansenowski uśmiech, sugerujący, że twórca doskonale wie, kiedy przesadza. Dziesięć utworów i niespełna czterdzieści sześć minut składa się na płytę osobliwą, chwilami wręcz bezczelną, ale bardzo trudno pomylić ją z produktem muzyka nagrywającego tylko dlatego, że wypada.
Ostatnia dekada Hansena była zresztą wszystkim, tylko nie okresem bezczynności. Rozpoczęta w 2017 roku era Pumpkins United przywróciła jego i Michaela Kiske do Helloween, a reunion z czasem przestał być jedynie nostalgicznym tournée. Najpierw przyniósł album „Helloween” z 2021 roku, później „Giants & Monsters” z 2025, a następnie rozbudowaną trasę z okazji czterdziestolecia grupy, kontynuowaną również w 2026 roku. W praktyce Hansen ponownie funkcjonuje więc wewnątrz ogromnej koncertowej machiny. Cenę płaci za to przede wszystkim Gamma Ray – „Empire of the Undead” z 2014 roku wciąż pozostaje ostatnim studyjnym albumem zespołu – jednak powrót do Helloween najwyraźniej uruchomił kolejną falę twórczej energii. Co istotne, „Born With a Hammer” ani przez chwilę nie brzmi jak zbiór odrzutów z sesji macierzystej formacji. Jeśli już, przypomina boczne wyjście z bardzo dużego budynku: za drzwiami wciąż słychać znajome melodie, ale można pójść w dowolnym kierunku.
Co ciekawe, sam Hansen przyznaje, że drugiego solowego albumu w ogóle nie planował. Materiał zaczął powstawać podczas pandemii, kiedy z nudów pisał utwory bez zastanawiania się, do którego projektu kiedyś trafią. Dopiero z czasem okazało się, że część pomysłów pasuje do Helloween – właśnie z tego okresu pochodzi „We Can Be Gods” z „Giants & Monsters”, a dwa kolejne numery mają według Hansena znaleźć się na następnym albumie grupy – podczas gdy reszta zaczęła układać się w osobną całość. Do studia wrócili Eike Freese, Alexander Dietz i Dan Wilding, a skład uzupełnił syn Kaia, Tim Hansen. Tym razem zabrakło natomiast korowodu zaproszonych wokalistów. Hansen bierze mikrofon dla siebie, dzięki czemu całość zyskuje bardziej osobisty charakter. Ciekawym rodzinnym akcentem jest także „Triple Trouble”, skomponowane przez Tima. „Born With a Hammer” staje się więc płytą pokazującą swobodny przepływ pomysłów pomiędzy trzema muzycznymi światami Kaia: Helloween, Gamma Ray i projektem sygnowanym własnym nazwiskiem.

Najważniejsze jest jednak to, że tę swobodę naprawdę słychać. „Feeding the Beast” rozpoczyna się spokojnie, niemal melancholijnie, by po chwili wkroczyć na znajomy, mocno gitarowy teren. Gdy tylko słuchacz uzna, że już wie, dokąd zmierza płyta, „Welcome to Life” rozsadza schemat punkową energią i niespodziewanym reggae’owym środkiem. Jeszcze bardziej przewrotne „Don’t Care” wpuszcza do metalu elektronikę i niemal eurodance’owy puls, a „Wait and See” przyciemnia obraz nisko strojonymi gitarami, poszarpanym rytmem oraz industrialnym chłodem. Na papierze wygląda to trochę jak playlista człowieka, który nie może zdecydować, czego właściwie chce słuchać, ale Hansen najczęściej spina wszystkie te pomysły charakterystycznym wyczuciem melodii i własnym, lekko zachrypniętym wokalem. Właśnie dlatego „Born With a Hammer” działa najlepiej nie jako następny album jednego z ojców europejskiego power metalu, lecz jako katalog jego muzycznych odruchów. Bywa nieporządnie i absurdalnie, ale zamiast chłodnej kalkulacji niemal cały czas czuć autentyczną frajdę z grania.
Najmocniej przekonują momenty, w których ta swoboda spotyka się z klasycznym wyczuciem dramaturgii. Ośmiominutowe „Born With a Hammer” wyrasta z fortepianu, przechodzi przez kolejne kontrastujące sekcje i bez skrępowania kłania się Queen – teatralnymi chórami, zmianami dynamiki oraz gitarowym rozmachem przywołującym Briana Maya. Nie jest to zresztą fascynacja nowa. Podobny pierwiastek można było odnaleźć już w monumentalnym „Heading for Tomorrow” Gamma Ray, tutaj jednak Hansen przesuwa go niemal do granicy pastiszu. Świetnie wypada również „End of the Road”, którego ciężar równoważą klawisze, a „Triple Trouble” wnosi punkowy kop i wyraźnie młodszą energię Tima. „Invaders” niemal ostentacyjnie wraca do metalowych lat osiemdziesiątych i bez trudu mógłby odnaleźć się gdzieś pomiędzy wczesnym Helloween a Gamma Ray, natomiast finałowe „Wonderland” zamyka całość potężnym riffem i bardziej klasyczną heavymetalową dyscypliną. Pod wszystkimi stylistycznymi przebierankami wciąż kryje się więc muzyk, który od dekad doskonale wie, jak napisać riff i refren zostające w głowie.
Największe wątpliwości pojawiają się właściwie wtedy, gdy Hansen korzysta z tej wolności bez większych ograniczeń. „Born With a Hammer” nie zawsze płynie jak jednolity album – momentami bardziej przypomina serię dziesięciu bardzo różnych pomysłów spiętych przede wszystkim osobą autora. Przejście od reggae przez elektronikę do industrialu potrafi bawić, choć czasem również wybija z rytmu, a część nowocześniejszych rozwiązań w „Wait and See” brzmi raczej jak świadome spojrzenie na estetykę sprzed kilkunastu lat niż próba ścigania współczesnych trendów. Najbardziej dyskusyjne pozostaje „I.D.G.A.F.”: rock’n’rollowy pęd i motörheadowy brud sprawdzają się dobrze, choć tekstowa dosadność po pewnym czasie zaczyna tracić swoją siłę. Zwłaszcza że obok mamy już „Don’t Care”, więc oba utwory w pewnym stopniu wykorzystują podobną postawę lekkiego „mam to gdzieś”. Także tytułowe osiem minut może podzielić słuchaczy – mnie ten queenowski rozmach zwyczajnie bawi, nawet jeśli chwilami inspiracja staje się wyjątkowo czytelna. Nie są to jednak elementy psujące odbiór całości. Raczej naturalna cena za album, którego największym atutem pozostaje właśnie brak stylistycznego kagańca.
I chyba właśnie dlatego „Born With a Hammer” tak dobrze pasuje do Hansena na obecnym etapie kariery. To nie jest nowy „Keeper of the Seven Keys”, nie jest też zastępczym albumem Gamma Ray – i bardzo dobrze, bo próba odtworzenia któregoś z tych światów skończyłaby się zapewne znacznie mniej interesująco. Zamiast tego dostajemy muzyka, który po czterdziestu latach nadal potrafi brzmieć jak on sam, nawet kiedy flirtuje z reggae, punkiem, industrialem czy eurodancem. Nie wszystkie eksperymenty trafiają w dziesiątkę, kolejność utworów chwilami przypomina jazdę bez mapy, a kilka pomysłów mogłoby przejść przez nieco ostrzejszą selekcję. Jednocześnie trudno odmówić tej płycie energii, melodii i – przede wszystkim – osobowości. Hansen nie próbuje pisać własnej legendy od początku. Po prostu korzysta z prawa człowieka, który współtworzył język europejskiego power metalu, by teraz trochę się nim pobawić. I nawet jeśli młotek nie zawsze trafia idealnie w gwóźdź, huk najczęściej okazuje się wystarczająco satysfakcjonujący, by czekać na kolejne uderzenie.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.