Julia Holter już mniej więcej od początku ubiegłej dekady wydaje płyty, które odbijają się szerokim echem wśród krytyków. Przełomem był „Tragedy” z 2011 roku – jej każde kolejne solowe albumy studyjne stały się wysoko oceniane wśród fanów tego bardziej eksperymentalnego art popu. „Materia” to wydawnictwo, które jest ściśle powiązane z poprzednią płytą studyjną Julii. Jest naturalnym rozwinięciem kreatywnej ścieżki, którą artystka sobie wyznaczyła – i to w niektórych fragmentach dosłownie. Właściwie nawet dwa utwory są tu oparte na motywie jednej z kompozycji, która ukazała się na wydanej dwa lata temu „Something in the Room She Moves”. Mamy więc do czynienia z dwoma sequelami, w których Holter zainspirowana własną pracą próbuje zbadać, co jeszcze może powstać z już raz użytego pomysłu, w którą stronę można zawędrować przy tworzeniu kolejnych autoparafraz. Tytuł albumu może tu odnosić się do takiej właśnie taktyki kompozycyjnej – materia dźwiękowa jest tu przemodelowywana i obrabiana ponownie. Coś istniejącego daje tu życie nowym wypowiedziom, nowemu językowi – dalej należącemu do tej samej osoby.
Oczywiście pojawia się tu odstępstwo – Julia Holter doskonale radzi sobie z komponowaniem i wykonywaniem swojej muzyki od lat, ale od dawna też znana jest z licznych współprac i przekazywania swoich pomysłów w cudze ręce. Liczba i jakość muzyków na jej albumach jest imponująca i podobnie jest tym razem. Bo już druga część kompozycji, która stała się ostatecznie tytułową dla tego albumu, to obecność Jessiki Kenney, uzupełniającej utwór wokalnie, by wspólnie z Julią stworzyć nową „materię”. Autorka otrzymuje tu również wsparcie muzyczne, bo swoje partie do tej wersji kompozycji dokładają Chris Speed na klarnecie i Devra Hoff na bezprogowym basie.

Te dwa ostatnie instrumenty można też usłyszeć razem w otwierającym płytę „The Laugh Is in the Eyes”. Szczególnie partie basu są tu wyjątkowo kojące, razem z organiczną perkusją Elizabeth Goodfellow i syntezatorami Julii oraz Tashiego Wady wskazując kierunek samego albumu – oniryczny, a nawet lekko surrealny, ale wciąż przyjazny i potrafiący wciągać w nową opowieść. Duża w tym też zasługa wokalu Holter, te partie refrenu potrafią szybko wejść do głowy.
Trochę dziwniej robi się na początku drugiego utworu. I dużo intymniej, za co odpowiada zmiana techniki wokalnej Julii – jej głos jest tu półszeptany i puszczony na reverbie, dodatkowo dochodzą do tego osobne ścieżki tworzące chóry. „My Lost One” jest baśniową surrealną historyjką, w której za cudaczny akompaniament odpowiada szczególnie partia basu przypominająca jakieś niefrasobliwe brzdąkanie. A gdy wreszcie Julia w refrenie odzyskuje pełną siłę głosu, dołącza do niej Maia z dynamicznymi dźwiękami fletu, które jeszcze bardziej podkreślają nierzeczywistość tej opowieści. W pierwszej połowie ta kompozycja potrafi odrzucać swoją osobliwością, ale przełamująca ją partia Chrisa Speeda, który chwyta tu za saksofon, trochę sprowadza na ziemię i uspokaja. Tylko na chwilę – wszystko kończy się dramatycznym crescendem. To jeden z tych utworów, które są trochę nieprzyjemne, a trochę intrygujące, z każdym odsłuchem przeważając szalę na tę drugą stronę.
Nie ma za to podobnych wątpliwości co do jednego z lepszych na płycie numerów – „Fantasy”, z ciepłą, pulsującą rytmiką automatu perkusyjnego i łagodnymi znów wstawkami dętymi, a w refrenie z euforycznymi bębnami i rozmarzonymi, pastelowymi syntezatorami. Nic dziwnego, że to ten utwór doczekał się teledysku i był pierwszym singlem zapowiadającym cały album. Wokal Julii jest w nim wyjątkowo uroczy, właściwie pod tym względem może tu tylko konkurować najdłuższa na płycie kompozycja – „My Twin”.