Magnolia Park nie chcą stać w miejscu. Kiedy ktoś próbuje nazwać ich zespołem pop-punkowym, emo albo nu-metalowym, oni traktują to jak sygnał, że czas zrobić coś innego. W ich muzyce spotykają się ciężkie riffy, popowa melodyjność, R&B, hip-hop i wyobraźnia zespołu, który myśli nie tylko piosenkami, ale całym światem. Już 9 czerwca amerykańska formacja wystąpi w warszawskiej Hydrozagadce na koncercie organizowanym przez Winiary Bookings.
O tym świecie, nazwanym VAMP, o dorastaniu z Linkin Park, Michaelem Jacksonem i Skillet, o TikToku jako narzędziu przetrwania w pandemii oraz o tym, dlaczego współczesny zespół rockowy musi być jednocześnie twórcą, przedsiębiorcą i własnym działem marketingu, opowiada Joshua Roberts.
Kasia Krótki: Przed wami ponad 40 koncertów. To będzie naprawdę szalone lato.
Joshua Roberts: Tak, bardzo szalone, ale jesteśmy gotowi.
KK: Zaczynacie od dwóch ogromnych festiwali. Graliście już w Wielkiej Brytanii i byliście wcześniej w Europie, ale czy to będzie wasz pierwszy raz w Niemczech? I pewnie największy festiwal w tej części Europy, nie licząc Wielkiej Brytanii?
JR: Tak, to będzie nasz pierwszy raz w Europie kontynentalnej. Wszyscy bardzo się tym ekscytujemy. Na pewno zrobimy mnóstwo zdjęć i będziemy się świetnie bawić. Nie mogę się doczekać.

KK: Trafiacie idealnie z pogodą. Ludzie są w nastroju na muzykę, lato i zabawę. Mam nadzieję, że będziecie się świetnie bawić. A przy okazji, jestem bardzo ciekawa tła za tobą. Czyj to pokój?
JR: Mój. To są rzeczy, które przez lata dostałem od fanów. Trzymam je tutaj.
KK: Nigdy nie byłam na Rock am Ring, ale gra tam mnóstwo świetnych artystów. Jest ktoś, kogo szczególnie chcesz zobaczyć?
JR: Zdecydowanie Linkin Park. Przez praktycznie całe moje muzyczne życie byli dla mnie ogromną inspiracją. Możliwość zagrania z nimi będzie niesamowita.
KK: Czytałam gdzieś, że wymieniałeś Linkin Park jako jedną ze swoich inspiracji. Na mojej lodówce jest bilet z koncertu Linkin Park w Polsce z 2007 roku. Grali wtedy z Pearl Jam. Widziałam ich znowu w zeszłym roku i pomyślałam, że mam ogromne szczęście, mogąc śledzić takich artystów przez prawie 20 lat. Czy masz zespół albo artystę, który w podobny sposób pozostaje dla ciebie stałym punktem odniesienia?
JR: Zdecydowanie. Poza Linkin Park także Slipknot, System of a Down, Korn, Mayday Parade. Jest wiele zespołów, które miałem szczęście poznać albo z którymi mogłem grać koncerty, a które wcześniej były dla mnie ogromną inspiracją. To właśnie one sprawiły, że w ogóle chciałem grać taki rodzaj muzyki. Dlatego możliwość zagrania z Linkin Park, jedną z moich największych inspiracji, jest czymś niesamowitym.
KK: Chciałabym porozmawiać o warszawskim koncercie, o VAMP, o świecie, który budujecie wokół muzyki, i o tym, co dziś znaczy być zespołem rockowym. Brzmi dobrze?
JR: Jasne. Idealnie.
KK: To będzie pierwsza okazja dla polskich fanów, żeby zobaczyć was na żywo, o ile wcześniej nie podróżowali za wami za granicę. Jaką wersję Magnolia Park dostaną w Warszawie? Czego mogą się spodziewać?
JR: Dużo energii. Dużo pracy z publicznością, jeśli mogę to tak nazwać. Historia VAMP będzie rozgrywać się na scenie poprzez kolejne utwory. Można się spodziewać tego wszystkiego, ale przede wszystkim dobrej zabawy i poczucia, że wszyscy stają się częścią jednej rodziny. Tak traktujemy naszych fanów – jak rodzinę. Kiedy ktoś przychodzi na nasz koncert, staje się częścią rodziny Magnolia Park.

KK: Czy czujesz, że europejska publiczność odbiera waszą muzykę inaczej niż publiczność w Stanach?
JR: Tak. W innych krajach miłość do nas i do naszej muzyki jest okazywana znacznie bardziej otwarcie. W Stanach ludzie bywają trochę bardziej powściągliwi. Uwielbiam grać w Wielkiej Brytanii i Australii, i już wiem, że Europa kontynentalna pójdzie w tym samym kierunku. Ludzie po prostu chcą się bawić. Mam wrażenie, że w Ameryce trochę tracimy tę umiejętność zwykłej zabawy, więc kiedy widzimy ją w innych krajach, zawsze jest to dla nas wspaniałe.
KK: Dlaczego tak jest?
JR: Myślę, że nastąpiła pewna zmiana społeczna. Dużo się dzieje, jest wiele napięć i podziałów w codziennym życiu w Ameryce. Ludziom łatwo się w tym pogubić i przestać być tu i teraz. W Europie wciąż widzę ludzi, którzy mówią: „Chcemy tu być i pokażemy wam, jak bardzo chcemy tu być”. To jest coś, co wszyscy bardzo kochamy i doceniamy.
KK: Pamiętam, że kiedy dorastałam w Polsce, przez długi czas nie mieliśmy zbyt wielu koncertów amerykańskich zespołów. Kiedy ktoś przyjeżdżał, to było jak wcześniejsza Gwiazdka. Potem pojechałam na koncert do Niemiec, gdzie ludzie byli rozpieszczeni wyborem. Ktoś odwracał się plecami do sceny, żeby zjeść hot doga, a ja myślałam: „Co ty robisz? To jest rockowe święto!”. Więc chyba rozumiem, o czym mówisz. Jest też pewnie poziom napięcia społecznego, lęku i rozproszenia, który wpływa na zabawę. Magnolia Park powstali w Orlando w 2018 roku. Jaki był pierwotny pomysł na zespół i jak bardzo różni się od tego, czym jesteście dzisiaj?
JR: Na początku chcieliśmy być stricte pop-punkowym zespołem. Bardzo inspirowaliśmy się Movements i chcieliśmy iść w podobnym kierunku. Ale kiedy wydaliśmy naszą pierwszą EP-kę, Vacant, pomyśleliśmy: „To jest dobre, ale nie chcemy zostać tylko w tej jednej przestrzeni”. Chcieliśmy dalej się rozwijać. Każdy z nas i tak słuchał różnych gatunków muzyki, więc zaczęliśmy się zastanawiać, jak wziąć wpływy z tych wszystkich stylów i zrobić z nich coś własnego. Tak uformowała się nowsza wersja Magnolia Park – zespół, który nie chce stać w miejscu, tylko stale się rozwijać i uczyć od najlepszych z różnych gatunków.
KK: Czyli ciągła ewolucja i muzyczny growth mindset. Wyobrażam sobie, że cały czas karmicie się nowymi inspiracjami. Często opisuje się was jako pop punk, alternative rock, emo, metalcore, nu metal. Czy te gatunkowe etykiety w ogóle mają jeszcze dla was znaczenie?
JR: Nie, wcale. Mamy nawet taki żart, że kiedy ludzie zaczynają nazywać nas jednym konkretnym gatunkiem, mówimy: „Dobra, czas to zmienić. Czas zrobić coś innego”. Nie lubimy siedzieć w jednym miejscu. Nie lubimy być zamykani w pudełku. Kiedy wszyscy mówią: „To jest nowy nu metal”, my odpowiadamy: „Dobra, teraz musimy zrobić coś innego”.
KK: Jedną z rzeczy, które wyróżniają waszą muzykę na tle wielu punkowych zespołów, są wpływy R&B i hip-hopu, szczególnie w melodii. Skąd to się bierze?
JR: Jeśli chodzi o melodie, często myślę o piosenkach Michaela Jacksona. Myślę też o Justinie Bieberze, Dan + Shay i innych artystach, którzy mają różne barwy i sposoby prowadzenia głosu. Zastanawiam się, jak mogę wziąć coś z tego i przenieść to do muzyki rockowej po swojemu.
KK: Czy zawsze byłeś tak otwarty muzycznie?
JR: Miałem szczęście dorastać w rodzinie, która po prostu kochała muzykę. Słuchałem muzyki karaibskiej, R&B, hip-hopu, popu, muzyki z lat 70. i 80. A w piątej klasie odkryłem Linkin Park, Papa Roach i inne zespoły. Wtedy zacząłem sam szukać muzyki, której moja rodzina nie słuchała. Myślę więc, że od początku byłem otwarty na różne brzmienia.
KK: Pamiętasz swój pierwszy koncert?
JR: Pierwszy koncert, na którym byłem, odbył się w Orlando podczas Night of Joy. Nie pamiętam dokładnie roku, chyba 2010 albo 2011. Widziałem wtedy Disciple, Flyleaf i Skillet w Disneyu. Pomyślałem, że to najfajniejsza rzecz na świecie.
KK: I wtedy pomyślałeś: „Dobra, chcę być na tej scenie. To będę ja”?
JR: Tak. Kiedy grał Skillet, pamiętam to bardzo wyraźnie, mieli kontrolę nad fajerwerkami w Disneyu. Kiedy wykonywali „Awake and Alive” i wszedł pierwszy refren, zobaczyłem fajerwerki i pirotechnikę. Pomyślałem: „Chcę to robić. Muszę to robić. To jest niesamowite”. Myślę, że właśnie wtedy narodziła się duża część tej pasji. A do tego dochodziło oglądanie w domu koncertów Michaela Jacksona.
KK: Przeszliście od dość klasycznego, nostalgicznego pop punka do czegoś bardziej ambitnego – filmowego, cięższego, różnorodnego, teatralnego i gatunkowo płynnego. Skąd ta ewolucja i skąd wziął się cały mityczny świat VAMP?
JR: Bardzo inspirowaliśmy się Gorillaz. Oni stworzyli świat, który jest niezwykle wielowymiarowy. My też chcieliśmy stworzyć coś, w czym nasi fani mogą się zanurzyć – nie tylko w muzyce, ale też w postaciach. Tak naprawdę od początku mieliśmy postacie, ale teraz zaczęliśmy mocniej skupiać się na ich historiach. Chciałbym też wspomnieć Crown The Empire, którzy zrobili to w serii „Johnny”, a także Coheed and Cambria i My Chemical Romance. To są zespoły i artyści, którzy tworzą światy większe niż życie, światy, do których ludzie się przywiązują. VAMP jest dopiero pierwszą częścią tego, co chcemy zrobić z naszym światem.
KK: Czy możesz w prosty sposób wyjaśnić świat Nocturne Nexus komuś, kto dopiero do niego wchodzi?
JR: Nocturne Nexus to futurystyczny, renesansowy świat wampirów. Powiedziałbym, że przypomina trochę Vampire Hunter D albo Cyberpunk, dla tych, którzy grają w gry.

KK: Możesz opowiedzieć trochę więcej o postaciach, historiach i świecie, który za tym stoi?
JR: Ophelia jest siostrą Aurory. Aurora jest teraz naszą główną bohaterką. To córka Obsidiana, przywódcy Shadow Cult. To ciekawe, bo kiedy się nad tym zastanowić, brzmi to bardzo jak Star Wars. Wcale nie planowaliśmy, żeby tak wyszło. Po prostu zaczęliśmy pisać i nagle pomyśleliśmy: „O wow, to jest bardzo podobne”. Ale to historia o walce z niesprawiedliwością, o odnajdywaniu siebie i o odnajdywaniu się w obietnicach, które ci złożono. Chcieliśmy stworzyć postacie, które będą w stanie opowiedzieć te historie lepiej, niż my moglibyśmy zrobić to bezpośrednio.
KK: Jak wygląda proces twórczy? Czy wszyscy jesteście zaangażowani? Bo z jednej strony tworzycie muzykę i teksty, a z drugiej cały świat, który wymaga postaci, wątków, obrazów i historii.
JR: Teraz Freddie i Tristan są naprawdę u steru, jeśli chodzi o pisanie. Potem wszyscy wchodzimy w ten proces. Wskazujemy rzeczy, o których chcemy mówić, dopracowujemy szczegóły i pilnujemy, żeby wszystko było naprawdę dobre. Z mojej strony bardzo chciałbym przenieść to poza słowa na stronie. Chciałbym robić z tym filmy. Jestem trochę w tle i zastanawiam się, jak sprawić, żeby ten świat stał się bardziej wizualny. Tak jak Twenty One Pilots robili krótkie filmy między albumami – chciałbym zacząć robić coś podobnego z naszym światem.
KK: Josh, czy Ty w ogóle śpisz?
JR: Nie. Mój mózg cały czas pracuje. Zawsze myślę o tym, co jeszcze mogę zrobić. Jeśli nie robię muzyki, robię fotografię. Jeśli nie robię fotografii, zajmuję się reżyserią albo zdjęciami filmowymi.
KK: To prowadzi mnie do kolejnego pytania. Jesteście częścią pokolenia zespołów rockowych, które rosną dzięki internetowi, TikTokowi, tworzeniu treści, trasom, albumom, budowaniu społeczności i kontaktowi z fanami na wiele różnych sposobów. Co było najtrudniejsze w budowaniu zespołu w tej erze?
JR: Najtrudniejsze jest to, że wciąż mamy wiele zespołów z poprzedniej ery, które krytykują nas za sposób używania mediów społecznościowych. Ale jednocześnie to błogosławieństwo w przebraniu, bo jakaś forma mediów społecznościowych zawsze była obecna w tej scenie, od lat dwutysięcznych. Był MySpace, na którym zaczynało wiele zespołów, których dziś słuchamy. Był Instagram, był Tumblr i inne platformy, na których zespoły rosły. TikTok jest po prostu kolejną gałęzią tego samego drzewa. Różnica polega na tym, że my sami staliśmy się marketingiem. Sami zaczęliśmy być własną promocją. Zaczęliśmy robić wszystko samodzielnie. Kiedy przyszła pandemia, TikTok był wszystkim, co mieliśmy. Nie można było wychodzić z domu, nie mogliśmy nic robić, nie mogliśmy się spotykać, ale mogliśmy korzystać z internetu. Chcieliśmy więc wziąć to, co mieliśmy przed sobą, i zrobić z tego coś fajnego. Mieliśmy grać koncert dokładnie w dniu, w którym zaczęła się pandemia. To było okropne. Ale potem powiedzieliśmy sobie: „Dobra, wrzucajmy nasze filmy na TikToka i zobaczmy, co się stanie”. I faktycznie zaczęły łapać zasięgi. Powiedzieliśmy więc: „Jeśli mamy to robić, to potraktujemy to jak pracę od dziewiątej do piątej i naprawdę zawalczymy o to, czego chcemy, czyli o muzykę na pełen etat”. A dziś, żeby to osiągnąć, trzeba być ludziom cały czas przed oczami.
KK: Robicie to sami, zamiast oddawać to agencjom marketingowym, reklamowym czy PR-owym. Bierzecie odpowiedzialność, macie kontrolę, budujecie to i tworzycie tak, jak chcecie. To daje większą autentyczność. Sprawia też, że jesteście bardziej przystępni, ludzcy, bo fani widzą was w wielu różnych sytuacjach, a nie tylko raz na kilka lat podczas trasy albo przy okazji promocji nowego albumu. To stała relacja i społeczność.Czy czujesz czasem presję, żeby nieustannie publikować nowe treści?
JR: Presję czuję chyba tylko wtedy, kiedy jesteśmy bardzo dużo w trasie. Gramy dużo koncertów i nagle myślimy: „O nie, nic nie wrzuciliśmy” albo „Nie zrobiliśmy tego”. Ale Tristan – wielki szacunek dla niego – bierze dużą część tego na siebie. Mówi: „Dobra, jesteśmy w innym kraju, mamy sześć godzin różnicy, nasza normalna godzina publikacji jest taka, więc musimy to ogarnąć”. On nadal bardzo to prowadzi i to jest naprawdę fajne.
KK: Wygląda na to, że jesteście częścią innego pokolenia muzyków – nie tylko twórców i artystów, ale też ludzi przedsiębiorczych, kreatywnie podchodzących do angażowania publiczności, budowania kariery i obecności. Kto cię inspiruje w tej przestrzeni?
JR: W przestrzeni mediów społecznościowych?
KK: Tak, ale nie chcę ograniczać tego tylko do social mediów. Chodzi mi o to multidyscyplinarne podejście do budowania zespołu i obecności, którego social media są częścią.
JR: Wow. Jeśli chodzi o moje osobiste inspiracje, to wielu z nich to operatorzy i twórcy filmowi. Na przykład RackaRacka – przeszli drogę od youtuberów do reżyserów o globalnym zasięgu, co uważam za naprawdę fajne. Jordan Peele przeszedł od aktorstwa do reżyserii, ale kiedy był aktorem, pisał scenariusze i uczył się rzemiosła. To też było dla mnie bardzo inspirujące. Wziąłem tę mentalność dla siebie: tak, robię muzykę, ale muszę też uczyć się rzemiosła, które chcę rozwijać, czyli reżyserii i zdjęć filmowych. Jest też wielu fotografów, których podziwiam, jak El Macias czy Jessica Kobeissi. Jest mnóstwo ludzi na świecie, którzy nie są muzykami, a mimo to nieustannie się promują i wystawiają na widok publiczny. Nawet jeśli robią coś najnudniejszego, potrafią zrobić z tego coś interesującego, bo to są oni. Dużo inspiracji czerpię właśnie z tego. Inspiruje mnie też wielu Australijczyków, na przykład North Borders, Hayden Pedersen, 7th Era. To ludzie, którzy mówią: „Nie mamy nic, ale mamy samochody, mamy kamery i mamy przyjaciół. Wyjdźmy i zróbmy coś”. Tworzenie czegokolwiek z niczego zawsze jest dla mnie inspirujące.
KK: Matthew Syed pisał, że kreatywność nie polega koniecznie na wymyślaniu czegoś od zera, tylko na wzięciu inspiracji z jednej dziedziny i zastosowaniu jej w zupełnie innej. Brzmi, jakbyście właśnie to robili – karmili kreatywność artystami z kompletnie różnych przestrzeni. Czytałam gdzieś, że powiedziałeś kiedyś, że chcecie osiągnąć poziom Bring Me The Horizon, a potem go przekroczyć. Co to znaczy? Chodzi o skalę, wolność twórczą, wizualne budowanie świata, ciężar muzyki czy coś jeszcze?
JR: Chodzi o wolność twórczą i samą siłę, jaką ma Bring Me The Horizon. Kochamy Bring Me The Horizon. To jeden z naszych ulubionych zespołów jako całość. Kiedy usłyszałem That’s the Spirit, pomyślałem: „O mój Boże, to jest niesamowite”. Ten album pokazał mi, że rock and roll może ewoluować w coś innego i fajnego. Jednocześnie wiem, że oni nie będą tego robić wiecznie. Zawsze musi pojawić się ktoś następny. Zawsze musi być ktoś, komu my sami kiedyś przekażemy pałeczkę. Chcemy po prostu pracować tak ciężko, jak to możliwe, żeby choć zbliżyć się do poziomu Bring Me The Horizon.
KK: Pewnie masz teraz mnóstwo takich rozmów jak nasza. Czy jest jakieś pytanie, którego ludzie rzadko ci zadają, a chciałbyś, żeby pytali częściej?
JR: To zabawne, bo ktoś niedawno zadał mi pytanie, które chyba usłyszałem pierwszy raz: „Gdybyś mógł wybrać soundtrack do swojego życia, co by się na nim znalazło i kto zagrałby twoją postać?”. Kiedy to usłyszałem, pomyślałem: „O mój Boże, nigdy się nad tym nie zastanawiałem”. Jaka byłaby ścieżka dźwiękowa? Jaki byłby utwór otwierający? Kto by mnie zagrał? To było naprawdę ciekawe pytanie.
KK: Świetne pytanie. I co, przemyślałeś to? Masz odpowiedź?
JR: Jeśli wyobrażam sobie swoje życie jako stary film Disney Channel z początku lat dwutysięcznych, to utworem otwierającym byłoby chyba „Follow You” Bring Me The Horizon. Jest coś w tym, jak ten utwór wchodzi. Coś w nim po prostu pasuje. A kto by mnie zagrał? To bardzo trudne. Jest wielu świetnych aktorów. Ale chciałbym, żeby zagrał mnie Damson Idris. Myślę, że Damson… Nie jestem nawet blisko jego atrakcyjności, ale to zdecydowanie świetny aktor.
KK: Przed tobą bardzo intensywne lato. Twój mózg jest cały czas w ruchu. Co będzie następnym projektem po powrocie?
JR: Wydaję solowy album. To będzie naprawdę fajne. Pierwszy singiel ukaże się 26 czerwca i będę tam ja, chłopaki z zespołu oraz jeszcze jedna artystka. To będzie pierwszy singiel z tej płyty.
KK: Możesz trochę uchylić rąbka tajemnicy? Jak bardzo to będzie inne? Sięgasz po inne inspiracje?
JR: To będzie bardziej mroczny pop i R&B. Pierwszy utwór, mogę to powiedzieć, nazywa się „Good Girl”. To piosenka, która pierwotnie miała trafić na album Magnolia Park, ale nigdzie nam nie pasowała. Pomyślałem więc: „Dobra, zmienię kilka rzeczy i wypuszczę ją na swoim solowym albumie”. Artystka, która się tam pojawia, jest naprawdę świetna. To będzie super.
KK: To niespodzianka?
JR: Tak, niespodzianka. Ale jest naprawdę świetna. Jestem jej wdzięczny, że w ogóle zgodziła się to zrobić. Cały album mam nadzieję wydać w tym roku albo na początku przyszłego. Nie ustaliliśmy jeszcze dokładnej daty. Po powrocie wracamy też do studia, żeby pracować nad drugą odsłoną VAMP.
KK: 26 czerwca. Idealnie na wakacje. Trzymam kciuki, żebyście mieli niesamowite lato w Europie. Dziękuję za czas, który dziś dla mnie znalazłeś, i bezpiecznej podróży. Mam nadzieję, że jet lag nie da wam za bardzo w kość.
JR: Dziękuję.
Rozmawiała Kasia Krótki