Już 23 listopada 2026 roku amerykańska formacja Portugal. The Man wystąpi na jedynym koncercie w Polsce, organizowanym w warszawskiej Stodole przez Winiary Bookings. Przy okazji promocji najnowszego krążka – przesiąkniętego cięższymi brzmieniami i surową energią – John Gourley opowiada o ewolucji swojego zespołu, o tym, czym dla niego jest granie koncertów na żywo, o roli chaosu w procesie twórczym i o tym, jak ważne jest wspólne przeżywanie emocji.
Kuba Ryszkiewicz: 23 listopada zagracie w Warszawie koncert.
John Gourley: Tak, będziemy w Polsce po raz drugi. Bardzo podobało mi się, kiedy byliśmy tu pierwszy raz. Muszę przyznać, że takie doświadczenia są dla mnie najlepsze. W dzisiejszych czasach to naprawdę rzadkość, żeby trafić w miejsce, w którym nigdy się nie było albo było się tylko raz. Więc tak, nie mogę się doczekać powrotu. Bardzo chętnie przyjmę wszelkie polecajki – jeśli ktoś chce do nas napisać na Instagramie w wiadomości prywatnej i polecić restauracje albo miejsca, gdzie warto wyskoczyć po koncercie, będę zachwycony. Naprawdę nie mogę się doczekać.
KR: A jaka kuchnia cię kręci?
JG: Kiedy przyjeżdżam w nowe miejsce, zazwyczaj chcę zjeść coś istotnego kulturowo. Znasz tradycyjne potrawy, w które powinienem się wgłębić? Masz jakieś propozycje?
KR: Wyprowadziłem się z Warszawy jakieś 10 lat temu, więc nie jestem na bieżąco z obecną sceną kulinarną.
JG: A z tradycyjnych dań, co tam jest takiego, co mogłoby mi posmakować? Lubię w zasadzie wszystko.
KR: Tak myślę – bo przyjeżdżacie w listopadzie – więc będzie zimniej i jesień będzie w pełni mocy. Pogoda prawdopodobnie będzie taka sobie, więc przydałoby się coś rozgrzewającego. Mamy dobrą tradycję polskich zup. Jest jedna, może nie bardzo wyszukana, ale ja ją uwielbiam. Nazywa się żurek. To zupa na zakwasie. Używa się zakwasu chlebowego, podsmaża różne rodzaje mięs, dodaje przyprawy i tak dalej. Potem miesza się to wszystko razem w tę naprawdę gęstą, mocno specyficzną polską zupę.
JG: Lubię to określenie – „specyficzna”.
KR: Jest specyficzna.
JG: I brzmi wręcz niesamowicie. Zakwas chlebowy to coś, co mieszkańcy Alaski bardzo dobrze znają. To podstawowy produkt w dzikich, wiejskich rejonach Alaski.
KR: Wspomniałeś o Alasce – założyliście tam zespół. Jeśli dobrze rozumiem, wyprowadziłeś się stamtąd albo przynajmniej mieszkasz teraz gdzie indziej?
JG: Tak, jestem teraz w Oregonie. Podejmowałem temat muzyki w taki sposób, w jaki mieszkańcy Alaski podchodzą do wszystkiego – czyli jak do fachu. Traktuję ją jak fach rzemieślniczy. Zacząłem koncertować z zespołami hardcore’owymi. To była scena, na której zaczynaliśmy grać trasy. Zawsze byliśmy tym odstającym zespołem na trasach hardcore’owych.
KR: Czyli standardem był hardcore, a wy byliście dziwakami?
JG: Tak. Wszyscy inni to były zespoły hardcore’owe, a my byliśmy tym jednym zespołem indie, czymś dziwnym, czymkolwiek wtedy byliśmy, bo to był nasz początek. Koncertowaliśmy na potęgę. Ciągła trasa bez przerwy, bo kapela hardcore’owa koncertuje bez przerwy. Są bardzo skupieni na pracy, mają etykę pracy klasy robotniczej, typowe „niebieskie kołnierzyki”.
KR: Trudno było znaleźć ludzi do założenia zespołu?
JG: Tak, myślę, że to zawsze jest w pewnym sensie trudne. Znalezienie odpowiednich ludzi bywa skomplikowane. Kiedy to zaczynałem, nagrałem… cztery piosenki. Mówię zupełnie poważnie, to był chyba 2000 rok. Nagrałem cztery utwory. Trafiły one do zespołu Anatomy of a Ghost w Portland. Ściągnęli mnie do siebie, nauczyli się tych piosenek, chcieli grać pod tą nazwą, i chcieli, żebym śpiewał. Poleciałem tam i dołączyłem do nich. Ten zespół szybko się rozpadł. Nagrałem kolejne osiem demówek, może nawet dziesięć. Już jako Portugal. The Man – to był rok 2003 i 2004. Otaczałem się ludźmi z Alaski. Nigdy tak naprawdę nie grałem z prawdziwymi „muzykami” – no, powiedzmy, że do niedawna. Cudzysłów przy „muzykach” bierze się stąd, że ja też nim nie jestem. Nie pochodzę z tego świata, nigdy się nie uczyłem, nie znam teorii. Jestem gitarzystą – takim typowym gitarzystą, który nie zna teorii i nie ma pojęcia, co robi. Zazwyczaj gram z ludźmi, z którymi chcę przebywać. Choć na tym etapie życia myślę sobie: „Jasne, muzycy to prawdopodobnie odpowiedni ludzie do grania i pchania rzeczy do przodu”. Ale szczerze mówiąc, chodziło głównie o to, by być w drodze z ludźmi, którzy też wytrzymają tak długo w trasie. I na początku to byli sami ludzie z Alaski.
KR: Czyli surowe warunki przygotowują na trudy koncertowania.
JG: Tak, zdecydowanie. Nie ma to jak brak alternatyw. I wiesz co? I tak spałbym w vanie. Taka była mentalność wielu z nas. Jeśli chodzi o trasy – spędziłem w nich większość mojego życia. Tam czuję się najbezpieczniej. Tam i z moją córką. Uwielbiam się z nią śmiać. Super, że ma już 15 lat. Mam takie dwa szczęśliwe miejsca: Frances i trasy koncertowe. Mógłbym być w trasie bez przerwy. Mógłbym grać koncert codziennie w innym miejscu i czuć się z tym całkowicie komfortowo.
KR: Przygotowując się do tego wywiadu, wszedłem na Spotify i zacząłem słuchać waszej muzyki. Najpierw od najpopularniejszych kawałków, a potem włączyłem najnowszy album. Muszę powiedzieć, że byłem w lekkim szoku z powodu zupełnie innego brzmienia, które można znaleźć na nowej płycie. Jaki będzie ten koncert? Cięższy?
JG: A co ty lubisz oglądać na koncertach?
KR: Lubię mocniejszą muzykę i ten album naprawdę mi podszedł. Strasznie podoba mi się w nim, że poza cięższymi brzmieniami, słyszę w nim sporo z The Beatles. Ale wiesz, widziałem, że najpopularniejsze utwory są bardziej… nazwijmy to popowe.
JG: Oczywiście. Kiedy idę na koncert, chcę zobaczyć energię. Lubię widzieć autentyczną, szczerą energię. Tym właśnie jest dla mnie ten nowy album. Jest bardzo szczery, niesie ze sobą czystą energię. Brzmieniowo ma w sobie coś, co po prostu chcesz poczuć na żywo, niezależnie od tego, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie. Mogę pójść na koncert Charli XCX czy kogokolwiek innego – jeśli w sali jest energia, jeśli wrzucą przesterowany beat house’owy albo ciężki beat trapikowy, od razu to czujesz. Lubię to, jak dziwną karierę wypracowałem wokół tego zespołu. Fajnie jest móc zrobić numer z – na przykład – Marshmello. Czuję silne połączenie z muzyką pop. To muzyka, która dotarła do mnie na wiejskiej Alasce. Pop sam cię tam znajduje. The Beatles sami cię znajdują. Cała ta klasyka cię tam odnajduje, a potem odkrywasz Panterę, Slayera, Cannibal Corpse, Minor Threat i całą resztę. To jest ekscytujące, świeże i nowe. I w warunkach koncertowych też chcę to usłyszeć. Chcę poczuć nowy materiał, ale chcę też przekazać tę energię mamom, które przychodzą na koncert i chcą bawić się przy popowych piosenkach. Nasze setlisty działają jak rollercoaster – są piosenki radiowe, do śpiewania, a zaraz potem przestery i czysta energia. Nie jestem specjalnie showmanem ani rozrywkowym typem. Pojawiam się tam dla muzyki – to chcę usłyszeć i zobaczyć. I myślę, że dobrze nam wychodzi przeplatanie tych rzeczy, i każdy wychodzi z poczuciem, że o niego zadbano.
KR: Może się mylę, ale wyczuwam na tym albumie także specyficzne poczucie humoru. Mówię o momentach, gdy meandrujecie przez dziwne tony i przeskakujecie z jednego klimatu w drugi. Zastanawiam się, czy ta wrażliwość jest obecna również na koncertach?
JG: Zdecydowanie jest w tym humor. Jest w tym myśl: „To po prostu życie. Możesz robić, co chcesz, nie musisz robić tego, co powinieneś”. Jedną z moich ulubionych rzeczy w studio jest moment, gdy grasz z ludźmi i mówisz: „Wiesz, chciałbym tutaj wejść w zwolnienie z efektami Whammy”. Wszyscy patrzą na ciebie dziwnie, przekrzywiają głowy jak zmieszany szczeniak, a potem to robisz i myślisz: „To właściwie działa i brzmi całkiem naturalnie”. Myślę, że to bardzo mocno oddaje świat, w którym żyjemy. Ten algorytmiczny chaos – tak właśnie widzę ten album. To tak, jak otwierasz telefon… Drugi utwór na płycie jest przecież hardcore’owy, to jakby utwór thrashowy. Słychać tam Nicka Reinharta z Death Grips, Bygones, Disheveled Cuss czy Tera Melos.
KR: Czy ta piosenka ma to łagodne zakończenie?
JG: Ma. I przechodzi w „Angoon”, prowadzi do następnego utworu. Piszę muzykę – dokładnie tak, jak doświadczam jej na co dzień. Nie słucham ciągle Marshmello ani rzeczy, nad którymi sam pracuję. To trafia do mojego świata inaczej niż przez celowe odkrywanie muzyki – np. kiedy gram w Fortnite’a czy w inne gry wideo. Jeśli sam włączam muzykę, słucham Speed, Key Glocka, Jude Westona albo jeszcze dziwniejszych rzeczy. Słucham cięższej muzyki, słucham rapu. Pop słyszę przy okazji, przez moją córkę. Przeżywam to w ten sposób i tak właśnie brzmi dla mnie ten album. To jak dać przyjacielowi kabel AUX w samochodzie – byłbym zaskoczony, gdybyś słuchał wtedy tylko jednego gatunku.
KR: Zapytałem o to łagodne zakończenie, bo jechałem tu autobusem, słuchałem albumu, czytając tekst piosenki. Zaskoczył mnie moment, w którym wszedł ten spokojny fragment, i chciałem cofnąć się o dwa, trzy wersy, i nagle znalazłem się w zupełnie innym otoczeniu dźwiękowym. To było naprawdę zaskakujące i bardzo mi się podobało. Super sprawa.
JG: Wiesz, myślę, że w dużej mierze wynika to z dwóch moich największych inspiracji, które są nieco ukryte. Choć „The Downward Spiral” [Nine Inch Nails – przyp. KR] nie jest aż tak ukryte. Trent Reznor robi te bardzo surowe, szorstkie przejścia w organiczne, ciepłe tonacje. Uważam, że to jeden z najlepszych albumów konceptualnych wszech czasów – pod względem płynności i tego, jak wszystko się w nim ze sobą łączy i dokąd cię prowadzi. Drugim, dziwniejszym wzorcem jest Ol’ Dirty Bastard i jego „Return to the 36 Chambers”. Rapowa płyta gościa z Wu-Tang Clanu. Jego debiutancki album to czysty chaos. On był chaotyczną energią, chaotyczną osobą. Potrafił rapować, a nagle zaczynał o czymś krzyczeć w tle, po czym wchodził nowy utwór. Sposób, w jaki produkcja RZA to łączyła, był niemożliwy. Nie potrafię sobie wyobrazić, co mieli w głowach w studio – brzmi to tak, jakby dosłownie na kogoś krzyczał, a oni to zostawili. I te dziwne linie basowe.
KR: Brzmi to super ciekawie, muszę to sprawdzić. Przypomina mi to jeden koncert, na którym byłem. Grał polski artysta, który ma silne ADHD. W środku piosenki rozproszył się, przestał grać, zaczął opowiadać o jakichś rzeczach, po czym wracał do grania. Trudno było śledzić jego tok myśli, ale to było fascynujące.
JG: Uwielbiam taką energię, gdy coś jest tak naturalne i autentyczne. Widzisz, jak z kogoś wychodzi czysta energia i po prostu dajesz się ponieść. Akceptacja tego, że to coś wyjątkowego dla danej osoby, jest dla mnie bardzo ważna.
KR: Nawiązując do występów na żywo – rozmawiając z tobą, czuję, że masz w sobie tę chaotyczną energię. Wnosisz ją również na scenę?
JG: Tak, zdecydowanie. Wszystko zależy od momentu, ale nauczyłem się to trochę balansować i na tym etapie życia radzę sobie z tym całkiem dobrze. Miewałem momenty, gdy zespół pytał: „Stary, jaka jest setlista?”, a ja odpowiadałem: „Nie ma, po prostu wyjdźmy i zobaczmy, co się stanie”. Muzycy chyba to uwielbiają (śmiech).
KR: Powiedziałeś kiedyś, że staracie się pisać muzykę, która pomoże ludziom poczuć, że nie są sami, nawet jeśli są wściekli lub zagubieni. Zastanawiam się, czy to odnosi się również do grania na żywo?
JG: Tak, zdecydowanie. To moja ulubiona rzecz w koncertach. Muszę przyznać, że nie kręci mnie granie dla pretensjonalnych, muzycznych snobów. Dla mnie muzyka to wspólnota. Chodzi o fakt, że wszyscy pojawiamy się w tym samym miejscu, aby razem czegoś doświadczyć. Jesteśmy tu w tym samym celu – żeby się dobrze bawić i przeżyć coś razem. W dobie mediów społecznościowych trochę to tracimy, bo czujemy potrzebę szukania we wszystkim głębszego sensu, podczas gdy chodzi po prostu o bycie razem. Lubię to poczucie wspólnoty na koncertach, zwłaszcza w czasach, gdy tak łatwo o podziały. Lubię też obserwować pierwsze doświadczenia z muzyką – jak dziecko tańczące w foteliku samochodowym. Popowe rzeczy przyciągają natychmiast, a potem wszystko staje się bardziej skomplikowane.

KR: Jednym z moich ulubionych filmów z ostatnich lat jest „Midsommar” – dziwny folkowy horror. Byliśmy z żoną na premierze, pełna sala ludzi. I wszyscy reagowali na ten film, który tak naprawdę jest o wspólnotowym przeżywaniu traumy. Słuchanie reakcji całej sali było niesamowite. Na koncertach czuje się tę samą energię. To niezwykle odświeżające w czasach, gdy wszyscy ciągle wpatrują się w telefony.
JG: Świetnie, że o tym wspomniałeś, bo dokładnie wiem, o czym mówisz. Znam ten film i wiem, o którą scenę chodzi. Miałem dokładnie to samo doświadczenie w kinie, gdy wszyscy w tym samym momencie zareagowali: „Wow”.
KR: Ludzie śmiali się, byli przerażeni, nie wiedzieli, co ze sobą zrobić – czuć było w powietrzu tę wspólną energię. Uwielbiam to uczucie, że wszyscy przeżywamy to razem. Z muzyką na żywo jest dokładnie tak samo.
JG: To naprawdę piękna rzecz i łatwo się w tym zatracić. Sam miałem w życiu momenty, gdy byłem zbyt krytyczny i myślałem: „Czy naprawdę muszę tak krytycznie analizować coś, co po prostu sprawia mi przyjemność?”. Mógłbym podać przykład zespołu – nie wymienię nazwy – ale za każdym razem, gdy ich słyszę, myśli przebiegają tak: „O, to jest dobre, co to jest?”, a po chwili: „Zaraz, to podejrzane, nie wiem, czy mi się podoba”. Potem zdaję sobie sprawę, kto to gra i myślę: „Aha, to oni”. Ostatnio zacząłem się zastanawiać, po co mi ten cały proces myślowy, skoro pierwsze odczucie było pozytywne? Jako słuchacz nie muszę być aż tak krytyczny. Rozumiem krytyczne myślenie w kontekście rozwoju muzyki, ale jako odbiorca wolę po prostu doświadczać.
KR: Czasami mam wrażenie, że bycie krytycznym to nasz sport narodowy. Nawet jeśli coś nam się podoba, nie potrafimy po prostu powiedzieć, że to lubimy, bo zawsze musi być jakieś „ale”.
JG: Podoba mi się to. To dobre ujęcie sprawy.
KR: Wspomniałeś o wspólnocie. Przeglądając waszą stronę internetową, zauważyłem dwie zakładki. Jedna z nich to „Pass the Mic Foundation”.
JG: Tak. Zacznę od moich rodziców. Oni powożą psimi zaprzęgami. Hodowaliśmy psy i podróżowaliśmy zaprzęgami. Niesamowita sprawa. Oczywiście mieliśmy też skutery śnieżne. Wyrosłem z dala od cywilizacji, poza miastami. To nauczyło mnie, jak ważna jest wioska, lokalna społeczność. Mój przyjaciel Quinn Christopherson często powtarza powiedzenie: „Potrzeba całej wioski”. Chodzi o relację między tobą a ziemią oraz o punkt widzenia i wiedzę rdzennej ludności. W wielu miejscach na świecie kolonizacja zatarła te wartości. Nasza fundacja Pass the Mic skupia się na widoczności rdzennych mieszkańców, na ich kulturze, na wiedzy. Pochodzę z miejsca, które dosłownie cię zabije, jeśli nie wiesz, jak przetrwać. Gdy w środku nocy zepsuje ci się sprzęt, utknąłeś – jeśli nie masz tej podstawowej wiedzy, nie przetrwasz. Dlatego zbieramy fundusze i przekazujemy je bezpośrednio społecznościom. Pokrywam 100% kosztów administracyjnych fundacji z własnej kieszeni, więc każda wpłacona złotówka czy dolar trafia bezpośrednio do potrzebujących.
KR: Do społeczności na całym świecie, czy tylko lokalnie?
JG: Na całym świecie. Gdziekolwiek gramy, przekazujemy granty. Będąc w Meksyku, pomogliśmy wpłacić kaucję za rdzennego więźnia politycznego w Monterrey. Dzięki temu, że nasza fundacja przyznaje nieobwarowane restrykcjami środki, pieniądze trafiają bez pośredników tam, gdzie są naprawdę potrzebne.
KR: I każdy może to wesprzeć, wpłacając pieniądze?
JG: Tak. Mamy jeszcze drugą fundację – Frances Changed My Life. Została założona, by wspierać badania nad rzadkimi chorobami genetycznymi oraz testy genetyczne u dzieci. Moja córka Frances ma niezwykle rzadkie schorzenie neurodegeneracyjne – kiedy ją zdiagnozowano, była jednym z zaledwie sześciorga dzieci na świecie z tą wadą. To choroba przypominająca objawy Alzheimera, demencji czy Parkinsona. Frances ma też skoliozę i nosi gorset. Choroba postępuje wraz z wiekiem. Zbieramy środki na rozwój badań medycznych. Czuję się wyróżniony, że Frances pojawiła się w moim życiu i wprowadziła mnie do społeczności osób z niepełnosprawnościami i szczególnymi potrzebami. Naszym celem jest finansowanie badań nad terapiami genetycznymi.
KR: Z tego, co czytałem, te choroby są tak rzadkie, że rządy niechętnie finansują leczenie. Więc część waszych dochodów idzie bezpośrednio na leki?
JG: Dokładnie tak. Ponieważ te zaburzenia są rzadkie, nie są w centrum uwagi koncernów. Jeśli uda nam się udowodnić skuteczność spersonalizowanych terapii genetycznych dla dzieci takich jak Frances czy Rose, łatwiej będzie o ich wdrażanie w systemie opieki zdrowotnej. Chcemy opatentować te metody i uczynić je powszechnie dostępnymi.
KR: Łącząc to wszystko w całość – społeczność jest kluczowa, bo to dzięki niej można osiągnąć te cele.
JG: Dokładnie tak.
KR: Przesyłam dużo miłości dla twojej córki. Mam nadzieję, że jej stan będzie się poprawiał. Do zobaczenia na koncercie w Warszawie! Może spotkamy się przy żurku?
JG: Mam nadzieję, że tak będzie. Dzięki, do zobaczenia!