Są koncertowe hołdy, które już w chwili ogłoszenia pachną muzeum: poprawnie odegrane klasyki, kilka wzruszających słów i publiczność doskonale wiedząca, w którym momencie należy zaklaskać. W przypadku „The Spirit of Rory: Live From Cork” ryzyko było jeszcze większe, bo Joe Bonamassa postanowił wejść na teren niemal święty. Rory Gallagher nie był przecież tylko znakomitym gitarzystą blues-rockowym, lecz jednym z tych muzyków, których legenda w znacznej mierze narodziła się właśnie na scenie. „Live! In Europe”, a przede wszystkim „Irish Tour ’74..”, należą do najważniejszych koncertowych dokumentów gatunku, a ich siła bierze się między innymi z poczucia, że za chwilę wszystko może wymknąć się spod kontroli. Bonamassa reprezentuje niemal przeciwną estetykę: jest perfekcyjnie przygotowany i zwykle panuje nad każdym elementem występu. Tym ciekawsze staje się więc pytanie, czy artysta kojarzony z pełną kontrolą może wiarygodnie oddać ducha muzyka, którego największym sprzymierzeńcem był sceniczny żywioł. Wydane 19 czerwca 2026 roku nakładem J&R Adventures „The Spirit of Rory: Live From Cork” pokazuje, że może – pod warunkiem, że nie próbuje zostać Rorym Gallagherem.
Historia projektu rozpoczęła się od zaproszenia ze strony rodziny Gallaghera i pomysłu, by w Cork uczcić trzydziestą rocznicę jego śmierci. Punktem odniesienia był legendarny repertuar „Irish Tour ’74..”, ale przedsięwzięcie szybko rozrosło się w znacznie szersze spojrzenie na solową twórczość Irlandczyka. Jeden planowany koncert zamienił się ostatecznie w trzy wyprzedane wieczory podczas Live at the Marquee w lipcu 2025 roku. Sam Bonamassa przyznawał, że perspektywa wykonywania tych utworów w mieście Gallaghera zwyczajnie go przerażała. Cork nie było bowiem przypadkową lokalizacją, lecz miejscem, w którym pamięć o Rorym wciąż pozostaje częścią lokalnej tożsamości. Dochodził do tego ciężar samego „Irish Tour ’74..” – albumu nagrywanego w Cork, Dublinie i Belfaście w czasie The Troubles, gdy Gallagher należał do nielicznych dużych artystów konsekwentnie koncertujących również w pogrążonej w przemocy Irlandii Północnej. Bonamassa nie dostał więc do odegrania zwykłego katalogu piosenek, lecz repertuar obciążony historią, miejscem i pamięcią słuchaczy.
Najważniejsze jest jednak to, że fascynacja Gallagherem nie została u Bonamassy wymyślona na potrzeby jednego projektu. Jako dziecko poznawał jego płyty dzięki ojcu, a „Live! In Europe” i „Irish Tour ’74..” należały do nagrań kształtujących jego sposób myślenia o gitarze. Po latach przyznał nawet, że dopiero podczas przygotowań do koncertów w Cork uświadomił sobie, jak głęboki był ten wpływ – być może większy, niż wcześniej sądził, i porównywalny z oddziaływaniem Erica Claptona. Ślady tej fascynacji widać zresztą od początku jego kariery: debiutancki „A New Day Yesterday” otwierała wersja „Cradle Rock”. W 2011 roku Bonamassa miał również okazję zagrać na słynnym Stratocasterze Gallaghera z 1961 roku i rozpoczął wówczas występ od tego samego utworu. W Cork nie chciał jednak budować kostiumowego przedstawienia. Wybrał własny zespół – z Jeremym Staceyem, Aongusem Ralstonem, Conorem Bradym i Lachym Doleyem – oraz własny sposób budowania dynamiki. Dzięki temu „The Spirit of Rory” wyrasta z wieloletniej relacji z muzyką Gallaghera, a nie z potrzeby jednego sezonu.

I właśnie w tej różnicy charakterów kryje się dla mnie największa wartość albumu. Bonamassa nie ma w sobie nerwowej, nieprzewidywalnej dzikości Rory’ego; jego brzmienie jest potężniejsze, gładsze i bardziej współczesne, a zespół gra z precyzją świetnie naoliwionej maszyny. Paradoksalnie płyta działa najlepiej właśnie wtedy, gdy tej odmienności nie próbuje ukrywać. „Cradle Rock” otwiera całość z ogromną siłą i symbolicznie domyka pewną klamrę w karierze Amerykanina, „Walk on Hot Coals” nabiera ciężaru charakterystycznego dla jego własnych koncertów, a „Calling Card” dobrze pokazuje, jak wiele jazzu i rytmicznej finezji kryło się pod blues-rockową powierzchnią muzyki Gallaghera. Jeszcze ciekawiej wypadają kompozycje pozostawiające wykonawcom więcej przestrzeni. „I Fall Apart” zostaje rozbudowane i stopniowo przechodzi od niemal kruchego początku do szerokiej kulminacji, natomiast „A Million Miles Away”, z bardzo dobrym udziałem Jade MacRae, staje się emocjonalnym centrum całego występu. To nie jest nowy „Irish Tour ’74..” – i całe szczęście. To muzyka Gallaghera przepuszczona przez wrażliwość człowieka, który bardzo wiele się od niego nauczył, ale od dawna mówi własnym głosem.
Dużo satysfakcji daje również odkrywanie powiązań wpisanych w samą setlistę. „Cradle Rock”, „Tattoo’d Lady”, „Who’s That Coming” i „A Million Miles Away” pochodzą z „Tattoo” z 1973 roku, natomiast „Walk on Hot Coals” otwierało wydany w tym samym roku „Blueprint”. „Bad Penny” prowadzi do cięższego „Top Priority” z 1979 roku, a „Calling Card” przypomina okres współpracy Gallaghera z Rogerem Gloverem z Deep Purple. Bonamassa nie ogranicza się przy tym do autorskich kompozycji Rory’ego. „I Wonder Who” wywodzi się z repertuaru Muddy’ego Watersa, „Messin’ With the Kid” napisał Mel London i rozsławił Junior Wells, „Bullfrog Blues” sięga bluesowej tradycji związanej z Williamem Harrisem, „Treat Her Right” kojarzone jest z Royem Headem, a „As the Crow Flies” pochodzi od Tony’ego Joe White’a. Ten ostatni moment ma zresztą szczególne znaczenie: Bonamassa wspominał, że była to jedna z pierwszych rzeczy, których uczył się na gitarze akustycznej, a w Cork wykonał ją na Nationalu Triolianie z 1930 roku, należącym wcześniej do Gallaghera i wypożyczonym z Cork Public Museum. Album przypomina tym samym, że Rory sam był znakomitym interpretatorem cudzej muzyki. Najlepszym hołdem nie musi więc być wierna kopia, lecz dalsze przekazywanie tych samych bluesowych historii.
Nie oznacza to oczywiście, że wszystko działa równie mocno. Największy problem wynika dokładnie z tego, co przez lata było jedną z największych zalet Bonamassy – z jego perfekcjonizmu. Gallagher na żywo brzmiał tak, jakby razem z zespołem właśnie odkrywał utwór na nowo: potrafił przyspieszyć, poszarpać frazę, a jego gitara znajdowała się momentami niebezpiecznie blisko granicy kontrolowanego chaosu. Tutaj nawet najbardziej rozgrzane fragmenty pozostają pod pełną kontrolą. Druga gitara Brady’ego, rozbudowane klawisze Doleya oraz współczesna produkcja Kevina Shirleya tworzą większy i bogatszy obraz, ale jednocześnie odbierają części materiału ascetyczną szorstkość oryginałów. Różnicę słychać także w wokalu – Bonamassa śpiewa dobrze, lecz nie ma charakterystycznego pęknięcia i intensywności głosu Gallaghera. Chwilami daje o sobie znać również typowa dla albumów koncertowych skłonność do przedłużania utworów ponad ich naturalny ciężar. Nie są to wady dyskwalifikujące, lecz raczej przypomnienie, że Bonamassa nie przeskoczy ani własnej natury, ani legendy artysty, którego nagrania koncertowe od dekad należą do kanonu. I właśnie dlatego ten album ma swój naturalny sufit.
Ostatecznie „The Spirit of Rory: Live From Cork” okazuje się znacznie ciekawszy jako rozmowa dwóch gitarowych światów niż jako próba odpowiedzi na pytanie, czy Joe Bonamassa potrafi zagrać Rory’ego Gallaghera. Oczywiście, że nie – bo nikt poza Gallagherem nie jest w stanie tego zrobić. Potrafi natomiast pokazać, dlaczego te kompozycje pół wieku później nadal mają tak wielką siłę i jak głęboko wrosły w język współczesnego blues-rocka. Najlepsze momenty – „A Million Miles Away”, „I Fall Apart”, „As the Crow Flies”, „Who’s That Coming” czy zamykające „Back on My Stompin’ Ground” – nie brzmią jak muzealne rekonstrukcje, lecz jak utwory wciąż żywe. Jako koncertówka płyta nie wnosi do dyskografii Bonamassy tyle, ile jego najlepsze albumy studyjne, a stawianie jej obok „Irish Tour ’74..” byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. Ma jednak inną funkcję. Jest podziękowaniem jednego gitarzysty dla drugiego, wykonanym w miejscu, gdzie taki gest waży więcej niż gdziekolwiek indziej. A jeśli po ostatnich dźwiękach zamiast kolejnej płyty Bonamassy ma się ochotę natychmiast włączyć oryginalnego Gallaghera, trudno uznać to za porażkę. Być może właśnie wtedy wiadomo, że hołd spełnił swoje zadanie.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.