IKS

Grzegorz Kupczyk – „Aperitif” [Recenzja], wyd. Mystic Production

„Aperitif” kojarzy się raczej z czymś podawanym na rozgrzewkę. Ma pobudzić apetyt i przygotować na to, co dopiero nadejdzie, ale sam niekoniecznie musi być główną atrakcją wieczoru. Grzegorz Kupczyk przewrotnie zatytułował więc swoją nową płytę, bo dziesięć premierowych kompozycji trudno traktować jedynie jako muzyczną przystawkę. Zwłaszcza że wokalista nie zamierza oglądać się wyłącznie na własną historię, choć absolutnie się jej nie wypiera. „Aperitif” jest mocno zakorzeniony w muzyce, na której wychowało się kilka pokoleń fanów rocka. Whitesnake, Black Sabbath, Ozzy Osbourne, Bon Jovi, Skid Row, a na krajowym podwórku IRA – duch lat 80. i początku 90. unosi się nad tym materiałem od pierwszych minut. Nie oznacza to jednak nostalgicznej wycieczki dla tych, którzy najchętniej zatrzymaliby muzyczny kalendarz trzydzieści czy czterdzieści lat temu. „Aperitif” brzmi współcześnie, ale jego serce bije zdecydowanie w rytmie klasycznego hard rocka i heavy metalu. To zdecydowanie więcej niż muzyczna przystawka.

Kupczyk w ostatnich latach nie musiał zresztą przypominać, że nadal znakomicie odnajduje się w cięższym graniu. Wydany w 2024 roku album „Grzegorz Kupczyk” został nominowany do Fryderyka 2025 w kategorii Album Roku Metal, potwierdzając, że solowej działalności wokalisty nie należy traktować wyłącznie jako dodatku do jego historii z Turbo i CETI. Dobrym przykładem stylistycznego otwarcia pozostaje współpraca z Blues Fighters, do których dołączył jesienią 2024 roku. Jej efektem stał się „Firebird” – materiał osadzony przede wszystkim w blues rocku, choć niepozbawiony hardrockowego pazura. Kupczyk wszedł więc do nieco innego świata i wykorzystał głos, który nadal trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Na „Aperitif” wahadło wychyla się jednak zdecydowanie w przeciwną stronę. Kupczyk wraca do hardrockowo-metalowego języka, korzystając przy tym z doświadczeń zbieranych przez ostatnie lata.

REKLAMA

 

Towarzyszą mu gitarzysta Paweł „Gunsess” Oziabło, basista Grzegorz „Ornette” Stępień i perkusista Łukasz Marek, a ważną rolę odegrał również na instrumentach klawiszowych Mariusz Piętka Mariusz Piętka, odpowiedzialny za realizację, miks, mastering i część aranżacji. Gościnnie pojawiają się Ania Rusowicz („Dach”) i Kasia Bieńkowska („Aperitif”, „Party Doll”). Ten skład nie próbuje wymyślać hard rocka na nowo – i chyba całe szczęście. To płyta nagrana przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, dlaczego gitarowy riff powinien czasem po prostu uderzyć w słuchacza, refren zostać w głowie już po pierwszym odsłuchu, a solówka nie musi wstydzić się tego, że jest solówką. Co ważne, całość brzmi jak efekt pracy prawdziwego zespołu, a nie muzyków ustawionych wokół nazwiska frontmana. Otwierający „Aperitif”, z akustycznymi gitarami, lekko balladowym charakterem i bardzo nośnym refrenem, przywołuje ducha Whitesnake. Chwilę później „Ostatni most” wciska gaz niemal do podłogi. Jest w nim coś z polskiego hard rocka lat 90., może nawet odrobina dawnej IRY, ale przede wszystkim kapitalnie wypada sam Kupczyk – zadziorny, mocny i brzmiący tak, jakby upływ czasu był dla jego głosu pojęciem mocno względnym.

 

Fot. materiały promocyjne

 

„Aperitif” udowadnia, że klasyczny hard rock nadal może brzmieć świeżo, jeśli stoją za nim wyczucie melodii, mocny warsztat i własna tożsamość. Kupczyk i jego muzycy korzystają z doskonale znanego języka gatunku, ale za każdym razem nieco inaczej rozkładają akcenty. Dzięki temu materiał pozostaje spójny, a jednocześnie nie zlewa się w ciąg podobnych kompozycji. Dużo daje też chemia między muzykami – żadna partia nie walczy tu o uwagę na siłę, wszystkie pracują na wspólny efekt. Co ważne, świeżość tej płyty nie bierze się z potrzeby udziwniania sprawdzonych patentów, lecz z energii, z jaką zostały podane. Inspiracje klasyką są oczywiste, lecz zamiast bezrefleksyjnego kopiowania słychać tu zespół, który potrafi przepuścić je przez własną wrażliwość.

Tę różnorodność najlepiej słychać w samych kompozycjach. „Dach” rozpoczyna się akustycznie, by po chwili ustąpić dynamicznemu gitarowemu motywowi i efektownemu unisono gitar z klawiszami. W „Przez mrok” Oziabło ponownie wyciąga z rękawa świetny riff, a balladowy środek daje kompozycji potrzebny oddech. „Gracz” zanurza się w hard rocku lat 80., natomiast „Drugi brzeg”, z ciężkim, ale melodyjnym riffem i wyraźnymi echami solowego Ozzy’ego Osbourne’a, należy do najmocniejszych punktów materiału. Singlowy „Party Doll” łączy staccatowy riff z wielogłosowymi partiami wokalnymi i lekkim tekstem Grzegorza Stępnia, a „Znak” ponownie kieruje skojarzenia w stronę Ozzy’ego. „Szczur” należy do najbardziej metalowych momentów albumu, choć na tle mocnej konkurencji wypada nieco mniej efektownie. Najlepsze zostaje niemal na koniec: „Naznaczony” nie bierze jeńców. Potężny riff, świetna sekcja rytmiczna i agresywniejszy Kupczyk przywołują najmocniejsze skojarzenia z Turbo i CETI. Trudno o lepszą klamrę dla płyty, która zaczyna się stosunkowo łagodnie, a kończy jednym z najmocniejszych uderzeń.

REKLAMA

 

 

 

Jeżeli gdzieś można szukać drobnych zastrzeżeń, to przede wszystkim w technicznej stronie wydawnictwa. Produkcja jest bardzo dobra, choć momentami aż nazbyt uporządkowana. Przy muzyce tak mocno zakorzenionej w hard rocku lat 80. odrobina dodatkowego brudu czy studyjnej niedoskonałości mogłaby nadać całości jeszcze więcej charakteru. Nie zmienia to faktu, że zespół instrumentalnie prezentuje się znakomicie. Oziabło niemal co chwilę podrzuca kolejny udany riff, Stępień z Markiem tworzą bardzo solidny fundament, a klawisze Piętki są dodatkiem używanym ze smakiem. Nad wszystkim góruje jednak Kupczyk. Forma wokalna prezentowana na „Aperitif” jest znakomita: charakterystyczna chrypka, wysoko prowadzone partie, agresja i umiejętność płynnego przejścia do bardziej melodyjnego śpiewania sprawiają, że nawet po 45 latach działalności pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych rockowo-metalowych głosów w Polsce. Najciekawsze jest chyba to, że doświadczenie nie brzmi tutaj jak ostrożność. Wręcz przeciwnie – pozwala muzykom grać prościej, mocniej i bez potrzeby udowadniania komukolwiek czegokolwiek.

 

Ostatecznie „Aperitif” okazuje się płytą bardzo równą i zwyczajnie dającą sporo frajdy ze słuchania. Nie próbuje udowadniać, że klasyczny hard rock w 2026 roku potrzebuje rewolucji – zamiast tego pokazuje, że dobrze napisany riff, mocny refren i charakterystyczny głos nadal mogą wystarczyć, jeśli stoją za nimi doświadczenie i autentyczność. Po ostatnich solowych poszukiwaniach oraz bluesrockowej przygodzie z Blues Fighters Kupczyk przypomina, że może swobodnie wychodzić poza własny kanon, ale jego metalowa dusza nadal odzywa się wyjątkowo głośno. Co ważne, nie ma tu też poczucia odcinania kuponów od dawnej historii. „Aperitif” brzmi jak materiał człowieka, który zna swoje najmocniejsze strony, ale nadal ma ochotę sprawdzać, ile jeszcze można z nich wycisnąć. I chyba właśnie dlatego ta płyta przekonuje najbardziej. Nie brzmi jak próba dogonienia własnej przeszłości, lecz jak głos kogoś, kto doskonale pamięta, skąd przyszedł, ale nadal patrzy przed siebie.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020