Czy to jakiś odrzut z katalogu Led Zeppelin? Co to, kurde, jest? Pomyślałem, gdy pierwszy raz usłyszałem Gretę Van Fleet. Gość brzmi jak Robert Plant, riffy i solówki do złudzenia przypominają te Page’a, a całość sprawia wrażenie, jakby ktoś odkopał taśmy zaginionej sesji nagraniowej Zeppelinów. Jak się miało okazać, za tym całym zamieszaniem nie stoi żadna kapela z lat 70., a czterech małolatów z Michigan. To musiał być 2017 albo 2018 rok. Czasy przed pandemią, na długo przed rewolucją AI. Dzisiaj pewnie pomyślałbym, że ktoś wpadł na zajebisty pomysł zarobienia łatwej kasy: „Wygeneruj zespół brzmiący jak Led Zeppelin, ale w odświeżonej wersji, żeby można go było opchnąć młodzieży”. Klik i gotowe… I tu dochodzimy do jednej z fundamentalnych zalet Grety Van Fleet – przynajmniej nie zostali stworzeni przez sztuczną inteligencję… przynajmniej mam taką nadzieję. Problem w tym, że przez lata coś mi z ich muzyką po prostu nie grało. Bo o ile można docenić sprawność, z jaką bracia Kiszka wygrzebują hardrockowe trupy rodem z lat siedemdziesiątych, o tyle trudno nie zadać sobie pytania: czy granica nie została przekroczona? Jeśli mam ochotę na Led Zeppelin, odpalam Led Zeppelin. Proste. A jednak Greta Van Fleet nie zniknęła po jednym sezonie. Mimo że nie ma w ich muzyce nic szczególnie odkrywczego, jest jakaś nisza na ich twórczość. Przez kolejne lata tylko rośli w siłę, fanów przybywało, a ci, którzy od początku wieszali na nich psy, raczej zdania nie zmienili. Jedni widzą w nich zbawców klasycznego rocka, drudzy muzyczny cosplay czy nawet tanią imitację. Kto ma rację? Jak to się mówi – są gusta i guściki. A o gustach się nie dyskutuje, w szczególności w Internecie. I tak docieramy do 2026 roku, w którym na półki trafia czwarty album formacji, zatytułowany „Palace for the People”. No dobra… Czas sprawdzić, czy w tym pałacu faktycznie ktoś mieszka, czy to tylko kolejna imponująca fasada zbudowana na fundamentach Led Zeppelin.
Nic dziwnego, że Grecie Van Fleet zaczęły w końcu ciążyć nieustanne porównywania. Trudno przez dekadę funkcjonować jako „ten zespół brzmiący jak Led Zeppelin”, nawet jeśli dla wielu fanów była to początkowo najlepsza możliwa rekomendacja. Już od dłuższego czasu Amerykanie próbują znaleźć własną drogę. Po przekombinowanym „Starcatcherze”, który momentami, o zgrozo, zapuszczał się niebezpiecznie daleko w progresywne rejony, przyszedł czas na kolejny krok w poszukiwaniu własnej tożsamości. Tym razem za konsoletą stanął Mike Elizondo, producent, którego kariera jest najlepszym dowodem na to, że ograniczenia gatunkowe są tylko iluzją. W jego CV obok siebie znajdziemy takie albumy jak „Glow On” Turnstile czy „The Hunter” Mastodona, ale także „Extraordinary Machine” Fiony Apple. Do tego dochodzą współprace z Eminemem, Rag’n’Bone Manem, Sheryl Crow i dziesiątkami innych artystów z kompletnie różnych muzycznych światów. Jeśli więc ktoś miał pomóc Grecie Van Fleet wyrwać się z własnych schematów, trudno było znaleźć lepszy wybór.
I trzeba przyznać, że częściowo ten plan się powiódł. Najbardziej słychać to w samych kompozycjach. Utwory częściej pozostają w głowie, a całość sprawia wrażenie bardziej skoncentrowanej na piosence niż na efekciarskich popisach (chociaż takich też nie zabrakło – o tym za chwilę). Greta nadal brzmi jak Led Zeppelin (ptfu… miałem na myśli oczywiście: Greta dalej brzmi jak Greta), ale są też momenty, gdzie grają po prostu przyjemny rock, w którym nie ma tego niepotrzebnego nadęcia. Singlowe „Tear It Down” może nie jest żadnym przełomem, ale jako muzyka do samochodu sprawdza się idealnie (wiem bo sprawdziłem wożąc dzieci do szkoły). Nawet zagorzali przeciwnicy zespołu być może znajdą w tym trzynastoutworowym zestawie kilka kawałków, które okażą się ich nieoczekiwanym guilty pleasure. Czego nie udało się wyzbyć? Wokal Kiszki dalej potrafi irytować. Momentami zbyt dużo tych wszystkich wysokich rejestrów i ekspresyjnych piskliwych zaśpiewów („Play Your Games”). Niejeden kawałek z „Palace for the People” właśnie z tego powodu zaczyna męczyć. I mam wrażenie, że to Josh jest w tym momencie największym problemem formacji. Nie trzeba szukać daleko, wystarczy odpalić pierwszą ścieżkę na płycie – „Into the Beginning”.

Jeżeli uda Wam się jednak przebrnąć przez to irytujące intro z kuriozalnymi przyśpiewkami i przymkniecie oko na pewne mankamenty, idzie z „Palace for the People” wygrzebać kilka niezłych momentów. „Heart and the Beast” to klasyczny rock’n’rollowy numer, który w większości nie przeszkadza. Jest chwytliwie, jest energicznie i pojawia się naprawdę solidna solówka. Cokolwiek złego można powiedzieć o Grecie Van Fleet, akurat umiejętności Jake’a Kiszki nigdy nie były powodem do wstydu. Zaraz potem dostajemy „Boughten Bliss”, czyli kolejną próbę nagrania podniosłej ballady. Po pierwszym odsłuchu wszystko wydaje się być na swoim miejscu: akustyczna gitara, symfoniczne wstawki i atmosfera budowana z dużym rozmachem. Jednak przez większą część utworu trudno pozbyć się wrażenia, że zespół nieco zbyt mocno naciska na patos, ale nawet mimo to ostatnie dwie minuty potrafią być naprawdę satysfakcjonujące.
Jeszcze dziwniej robi się przy „Fields of Stars”. To utwór utrzymany w średnim tempie, a w wokalach Josha Kiszki momentami przebijają się nawet skojarzenia z Kate Bush. Kawałek dobrze pokazuje niespełnione ambicje Grety Van Fleet do grania rocka progresywnego. Co ciekawe, w środkowej części utworu przez chwilę naprawdę udaje im się ten cel osiągnąć. Jednym z najmocniejszych punktów pierwszej połowy albumu jest dla mnie niepozorny „Dreams You Hold”. Fajnie pracujący bas Sama Kiszki, rozbudowane solówki Jake’a i zaskakująco spójna kompozycja sprawiają, że wszystko układa się tu wyjątkowo dobrze. Do tego stopnia, że nawet wokal Josha, który jak wspomniałem wcześniej bywa na tej płycie problematyczny, tym razem zupełnie nie przeszkadza.
W dalszej części „Palace for the People” słychać również kilka prób wyjścia poza klasyczny hard rock. Greta Van Fleet coraz śmielej zerka w stronę folku, country czy muzyki świata. W „Lost in the Golden”, kolejnym utworze o progresywnych aspiracjach, pojawiają się bliskowschodnie naleciałości. Sam kawałek należy do najbardziej odważnych eksperymentów na płycie i trzeba przyznać że wypada intrygująco. Znacznie mniej przekonująco prezentuje się „Touch Again”. Zespół próbuje zabrać słuchacza w stronę psychodelicznego rocka, ale niepotrzebne orkiestracje przeplatające się z harmonijką sprawiają wrażenie pomysłów wrzuconych do jednego worka bez wyraźnego planu. To jeden z tych momentów, kiedy Greta Van Fleet ewidentnie gubi kierunek i nie potrafi zdecydować, dokąd właściwie chce zmierzać. „Saw You Stand” to z kolei kolejna klasyczna ballada, oparta głównie na wokalnych popisach Josha Kiszki w refrenie.
Najsłabszym punktem końcówki wydaje się „Heya”. Problemem jest przede wszystkim tekst. Powtarzane „Heya, heya I wanna live for you here / Heya, heya, before our time is through” trudno uznać za szczególny pokaz tekściarskich możliwości zespołu (takich kwiatków na płycie jest cała masa!). Dla mnie to zwykły wypełniacz, którego nie ratuje nawet obowiązkowa solówka w drugiej połowie. Na szczęście finał albumu wypada znacznie lepiej. „Call My Own” to lekki, wpadający w ucho i całkowicie niegroźny numer z kapitalną solówką, natomiast „Born into This” rozwija się niespiesznie i robi naprawdę dobre ważenie. Szczególnie ten drugi utwór pokazuje zespół z najlepszej strony. Wokal Kiszki wreszcie nie dominuje nad całością, wszystko jest odpowiednio zbalansowane, a kompozycja sprawia wrażenie podsumowania większości pomysłów rozsianych po całym albumie. Są tu orkiestralne aranżacje, wpływy muzyki świata, odrobina country i przede wszystkim to, co Greta Van Fleet wciąż robi najlepiej: szczera fascynacja rockiem lat 70.
U Grety Van Fleet dalej wszystko po staremu. I niezależnie od tego, co obiecywano w zapowiedziach, dostajemy kolejny album bardzo typowy dla tej formacji. Czy będę do niego wracał? Pewnie nie. Zdecydowanie wolę odpalić „Houses of the Holy” albo „Physical Graffiti”, a jeśli najdzie mnie ochota na bardziej progresywne klimaty, sięgnę raczej po Rush. Z drugiej strony, jeśli lubicie wcześniejsze dokonania Grety Van Fleet albo zwyczajnie czujecie nostalgię za rockiem lat 70., to na „Palace for the People” z pewnością znajdziecie coś dla siebie.
Grzegorz Bohosiewicz