IKS

Galahad – „The Last Great Adventurer” [Recenzja]

..dziesiąty miesiąc tego roku już za nami mimo to zostawił po sobie kilka naprawdę dobrze odciśniętych w progrockowym świecie śladów. Zespołów, które nowymi produkcjami zalały w minionym miesiącu moje głośniki, było dość sporo, by wymienić choćby kilka: Arena, Magenta, O.R.k, Glass Hammer, czy Eddie Mulder. W tym kotle znalazł się również najnowszy album brytyjskiego Galahad, mający premierę 24 października „The Last Great Adventurer”. I o nim kilka zdań.

Przygodę z tą kapelą rozpocząłem blisko piętnaście lat temu, gdy usłyszałem koncertowe wydawnictwo „Resonance: Live in Poland” z materiałem nagranym w katowickim Teatrze Wyspiańskiego. Znajomość trwa do dziś, a gdy docierają informacje o świeżynkach takich jak ta omawiana tutaj, aż chce się rzucić wszystko, by wygodnie rozsiąść się na kanapie i spędzić blisko godzinę w towarzystwie nieznanych dotąd dźwięków.

 

Galahad złożone z Stu Nicholsona (wokal), Lee Abrahama (gitara prowadząca), Deana Bakera (klawisze), Spencera Luckmana (bębny) doznało odświeżenia w postaci nowego gitarzysty basowego – Marka Spencera i w tym składzie skomponowali siedem ścieżek, z których dwie przekraczają próg dziesięciu minut.

 

Otwieraczem jest „Alive”, które oprócz nośnego refrenu ma sporo energii i kilka niezłych solówek, jak na przykład te syntezatorowe, wibrujące w głowie na długo po zakończeniu utworu. „Omega Lights” to 10-minutowy kawałek z, przyznaję, nieco rozczarowującym refrenem, ale wszystkim innym pasującym jak ulał. Myślę, że lepiej by mu zrobiło, gdyby był instrumentalny. Podobają mi się tempo, ambientowe partie, szeroka gama tonacji i niesamowita konwersacja instrumentów w drugiej części. Dziesięć minut upływa bardzo szybko.

„Blood, Skin and Bone” oraz „Enclosure 1764” są krótsze, ale nie powiedziałbym, że przez to gorsze. Mają w sobie delikatność, efemeryczność i dozę kinematyczności, chociaż w pierwszej z nich drażnią mnie bliskowschodnie akcenty i nie do końca rozumiem pojawienie się tam kobiecych partii wokalnych. IMO zwyczajnie nie pasują. „Załącznik 1764” brzmi przestrzennie, niemal jak ścieżka dźwiękowa do filmu, ale to nie muzyka mnie w tym przypadku zatrzymała, lecz tekst, będący komentarzem do społecznych spraw i gorzkiej rzeczywistości.

 

Drugą najdłuższą kompozycją na nowym wydawnictwie Galahad i jednocześnie ostatnią, której chcę poświęcić kilka zdań, jest tytułowy „The Last Great Adventurer”. I tu znów moją uwagę bardziej skoncentrowała na sobie historia niż muzyka, której niczego wprawdzie nie brakuje. Opowiada ona o legendarnych wyprawach na najwyższe szczyty Austrii – Groβglockner i Wildspitze. Ojciec wokalisty, członek zdobywającej je ekipy, okazuje się owym ostatnim wielkim poszukiwaczem przygód. Jego postać widnieje na okładce albumu, co nadaje treści i dźwiękom jeszcze mocniejszy emocjonalny wyraz. Muzycznie jest to najbardziej bluesowy numer, skupiony bardziej na przekazaniu uczuć przez linię wokalną, a nie dialog instrumentów, choć w drugiej części gitarowa solówka podnosi temperaturę otoczenia i krew w żyłach płynie szybciej.

 

Muzycy z Galahad swoim jedenastym wydawnictwem udowadniają, że nie wypadli sroce spod ogona. Można oczywiście powiedzieć, że nie brzmią tak melodyjnie jak Marillion, który kiedyś próbowali naśladować, jednak wyraźnie i w zasadniczy sposób sygnalizują swoją obecność w progrockowej przestrzeni. Szanuję ich za próbowanie nieoczywistych rzeczy, które może nie do końca przypadły mi do gustu, ale uwidaczniają chęć rozwoju i eksperymentowania, by nie powielać samych siebie.

 

Ocena (w skali od 1 do 6): 4 dzielnych rycerzy

⚔️⚔️⚔️⚔️

 

Błażej Obiała

 


 

Kliknij i obserwuj nasz fanpage👉 bit.ly/Nasz-Facebook1

Kliknij i obserwuj nasz Instagram 👉 bit.ly/nasz-instagram1

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz