Michael „Flea” Balzary przez dekady funkcjonował jako jedna z najbardziej charakterystycznych postaci alternatywnego rocka – to muzyk oparty na energii, impulsywności i niemal fizycznym rozumieniu rytmu. Nawet w najbardziej eksperymentalnych momentach działalności Red Hot Chili Peppers jego gra pozostawała centralnym punktem całego brzmienia zespołu. „Honora” okazuje się jednak czymś zupełnie innym, niż można by oczekiwać po artyście o tak silnie ugruntowanym scenicznym wizerunku. To nie próba przeniesienia estetyki RHCP na grunt solowy, lecz album wyraźnie osobisty i zaskakująco introwertyczny – materiał odchodzący od rockowej ekspresji na rzecz jazzu, ambientu i bardziej intymnego, emocjonalnego języka budowanego atmosferą zamiast energii.
Nie jest przypadkiem, że właśnie taki album powstał akurat teraz. Flea wielokrotnie podkreślał, że zanim sięgnął po gitarę basową, jego pierwszym instrumentem była trąbka, do której wracał regularnie przez ostatnie lata. „Honora” stanowi więc w pewnym sensie powrót do muzycznych początków – nie tyle techniczny, co emocjonalny. Tytuł płyty odnosi się do jego praprababki Honory, która wyemigrowała z Irlandii do Australii, a sam muzyk opisywał album jako próbę odnalezienia własnych korzeni oraz stworzenia czegoś bardziej intymnego niż wszystko, co nagrywał wcześniej. Już sam ten kontekst sprawia, że całość wyraźnie odcina się od typowego „solowego projektu znanego muzyka”.
Równie istotne pozostaje środowisko, w jakim ta płyta powstawała. Nad materiałem współpracował m.in. Joshua Johnson – saksofonista związany z nowoczesną sceną jazzową Los Angeles – a gościnnie pojawiają się tutaj między innymi Thom Yorke, Nick Cave czy Patti Smith. Dzięki temu „Honora” nie brzmi jak zachowawcza jazzowa ciekawostka nagrana przez rockową gwiazdę, lecz jak pełnoprawny album tworzony przez muzyków doskonale rozumiejących język improwizacji i przestrzeni. Flea świadomie rezygnuje tutaj z dominacji – zamiast próbować kontrolować każdy moment, pozwala kompozycjom oddychać i rozwijać się organicznie. To właśnie ta swoboda nadaje albumowi jego najbardziej autentyczny charakter.

Pod względem całościowej konstrukcji „Honora” okazuje się jedną z największych niespodzianek roku. To album niezwykle spójny, ale jednocześnie bardzo daleki od monotonii. Flea nie próbuje udowadniać swojej jazzowej wiarygodności poprzez techniczne popisy – zamiast tego buduje muzykę opartą na nastroju, melancholii i subtelnym napięciu. Brzmienie jest ciepłe, organiczne i momentami wręcz medytacyjne – trąbka nie dominuje przestrzeni, raczej pojawia się jak oddech między rozciągniętymi frazami sekcji rytmicznej. Improwizacja nie służy tutaj demonstracji umiejętności, lecz tworzeniu emocjonalnej przestrzeni. Dlatego „Honora” działa bardziej jako doświadczenie niż zbiór piosenek. Nie imponuje siłą. Działa skupieniem. Bez większej przesady można mówić o jednym z ciekawszych kandydatów do albumu roku – przynajmniej w obrębie muzyki alternatywnej i jazzującej.
Największą siłą albumu pozostaje jego umiejętność budowania atmosfery bez popadania w pustą kontemplację. Już otwierający „Golden Wingship” wyznacza emocjonalny kierunek całej płyty – powolny, psychodeliczny i bardziej skupiony na emocjonalnym ciężarze niż klasycznej strukturze. „A Plea” okazuje się jednym z najbardziej hipnotycznych fragmentów materiału, opartym na subtelnym groovie i świetnie wyważonym napięciu między rytmem a przestrzenią. Jeszcze większe wrażenie robi „Traffic Lights” z udziałem Yorke’a – jeden z najbardziej melancholijnych momentów albumu, brzmiący jak nocna improwizacja dryfująca gdzieś pomiędzy ambientem a nowoczesnym jazzem. Bardzo mocno wypadają także reinterpretacje cudzych utworów. „Maggot Brain” nie próbuje kopiować monumentalności oryginału Funkadelic, lecz przekształca go w bardziej żałobną, wycofaną narrację, podczas gdy „Wichita Lineman” z Cavem staje się jednym z najbardziej emocjonalnych punktów całej płyty.
Jednocześnie właśnie ta konsekwencja okazuje się momentami źródłem ograniczeń. „Honora” bardzo świadomie rezygnuje z klasycznych kulminacji i wyraźnych punktów przełamania, przez co część środkowych fragmentów zaczyna funkcjonować bardziej jako pojedynczy strumień nastroju niż zestaw osobnych kompozycji. Momentami pojawia się też ryzyko rozmycia – kilka środkowych fragmentów pozostawia po sobie bardziej nastrój niż wyraźny ślad melodii. Flea momentami bardziej skupia się na budowaniu atmosfery niż na wyrazistej dramaturgii, przez co album wymaga od słuchacza pełnego zanurzenia i cierpliwości. To nie jest płyta, która działa od pierwszego odsłuchu – jej siła ujawnia się stopniowo, co dla części odbiorców może okazać się bardziej wymagające niż angażujące.
W efekcie „Honora” funkcjonuje jako jedna z najbardziej osobistych i jednocześnie najbardziej zaskakujących płyt w całej karierze Flea. To album pozbawiony potrzeby imponowania, a właśnie dzięki temu tak przekonujący. Nie próbuje być jazzową demonstracją umiejętności ani kolejnym pobocznym projektem rockowej legendy. Zamiast tego oferuje muzykę pełną skupienia, melancholii i bardzo ludzkiej wrażliwości. Flea pokazuje tutaj zupełnie inną twarz – bardziej wycofaną, refleksyjną i momentami wręcz kruchą. I właśnie dlatego „Honora” nie kończy się wraz z ostatnim utworem – zostawia po sobie emocjonalny pogłos, do którego chce się wracać.
Szymon Pęczalski
Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.