IKS

Evanescence – „Sanctuary” [Recenzja], dystr. Sony Music Entertainment

Evanescence nigdy nie podporządkowywali swojej działalności wydawniczemu kalendarzowi. Kolejne płyty Amy Lee i jej muzyków ukazują się dopiero wtedy, gdy grupa rzeczywiście ma coś nowego do zaproponowania – nawet jeśli oznacza to kilka lat ciszy. „Sanctuary” doskonale wpisuje się w ten model. Tytuł sugeruje schronienie, ale nie wygodną ucieczkę od problemów – raczej przestrzeń, w której można uporządkować emocje i odzyskać namiastkę kontroli. Evanescence nie próbują przy tym odtwarzać brzmienia z początku wieku ani kopiować atmosfery „Fallen”. Zachowują własną tożsamość, lecz nadają jej cięższy, nowocześniejszy i bardziej elektroniczny charakter.

Poprzedni studyjny album zespołu, „The Bitter Truth”, ukazał się w marcu 2021 roku, po niemal dekadzie oczekiwania na pełnowymiarowy materiał z premierowymi kompozycjami. Płyta powstawała częściowo w pandemicznych realiach, co przełożyło się na jej surowy, nerwowy i wyraźnie gitarowy charakter. Amy Lee coraz częściej łączyła osobiste doświadczenia z komentarzem do społecznych napięć. Po premierze grupa wróciła do intensywnego koncertowania, a w 2022 roku doszło do ważnej zmiany w składzie. Tim McCord zamienił gitarę basową na drugą gitarę elektryczną, natomiast jego wcześniejszą rolę przejęła Emma Anzai, znana z Sick Puppies.

 

Kolejne lata pozwoliły Evanescence jednocześnie spojrzeć wstecz i przygotować się do następnego etapu działalności. W 2023 roku ukazała się jubileuszowa edycja „Fallen”, wzbogacona o dema, nagrania koncertowe i materiały dokumentujące początki grupy. Nie oznaczało to jednak artystycznego zwrotu ku nostalgii. Zespół pracował już nad nowymi kompozycjami, a utwór „Afterlife”, przygotowany do animowanej adaptacji „Devil May Cry”, pokazał Evanescence w wyjątkowo zwartym i współczesnym wydaniu. W międzyczasie Amy Lee angażowała się również w kilka głośnych współprac, a stadionowe koncerty u boku Metalliki dodatkowo wzmocniły pozycję grupy. Podczas jednego z nich wokalistka określiła muzykę mianem wspólnego sanktuarium – miejsca prawdy, bliskości i chwilowego porozumienia ponad tym, co na co dzień dzieli ludzi.

 

fot. materiały promocyjne

 

„Sanctuary” jest albumem bardzo dobrym i prawdopodobnie najbardziej współcześnie brzmiącym wydawnictwem w dyskografii Evanescence. Grupa nie rezygnuje z charakterystycznego połączenia fortepianu, masywnych gitar, symfonicznego rozmachu i potężnego głosu Amy Lee. Znacznie więcej miejsca oddaje jednak elektronice, programowanym rytmom oraz mechanicznym, chwilami niemal industrialnym fakturom. Udział kilku producentów pozwolił połączyć klasyczny ciężar Evanescence ze współczesnym metalem alternatywnym. Nie wszystkie elementy łączą się równie naturalnie, ale właśnie gotowość do podejmowania ryzyka stanowi jedną z największych zalet płyty. Zespół nie traktuje własnej przeszłości jak gotowego szablonu. Brzmi znajomo, lecz nie archaicznie, a Amy Lee stoi w centrum wydarzeń jako osoba świadoma własnej siły – zraniona, ale daleka od kapitulacji.

Największą moc albumu słychać tam, gdzie nowoczesna produkcja spotyka się z naturalnym dramatyzmem Evanescence. Otwierające „Beautiful Lie” rozpoczyna się od napięcia budowanego przez fortepian i elektronikę, by po chwili przejść w jeden z najbardziej zdecydowanych gitarowych fragmentów całej płyty. „Tell Me When You’ve Had Enough” jest jeszcze bardziej bezpośrednie – napędza je mocny rytm oraz refren, który niemal natychmiast zdradza koncertowy potencjał. Tytułowe „Sanctuary” najlepiej podsumowuje ideę albumu, łącząc masywne gitary z emocjonalną kulminacją. Inną stronę materiału pokazuje fortepianowe „How Do I Heal”, w którym najważniejszy pozostaje głos Amy Lee – nadal potężny, ale dojrzalszy i bardziej kontrolowany. Bardzo dobrze wypadają również „Afterlife” i rozbudowane „About Us”, natomiast finałowe „Wide Open Heart” nie kończy płyty gwałtowną eksplozją. Zamiast tego stopniowo buduje poczucie emocjonalnego otwarcia.

 

 

„Sanctuary” nie jest jednak materiałem pozbawionym słabszych momentów. Zróżnicowana produkcja poszerza zakres brzmień, ale miejscami osłabia płynność całości. W „Calm Down” elektroniczne zakłócenia oraz mechaniczne pulsowanie zaczynają dominować nad samą kompozycją, natomiast „Self Destruct” brzmi bardziej jak ciekawy eksperyment niż w pełni rozwinięty utwór. Pewnym problemem pozostaje także kolejność nagrań. Rozbudowane, emocjonalne kompozycje fortepianowe wyraźnie spowalniają tempo, przez co druga połowa płyty nie zawsze zachowuje impet jej początku. Same utwory nie są słabe, ale ich rozmieszczenie chwilami zaburza dynamikę materiału.

 

Ostatecznie „Sanctuary” potwierdza, że Evanescence nie muszą żyć wyłącznie wspomnieniem „Fallen” i czasów, kiedy „Bring Me to Life” oraz „My Immortal” niemal nie znikały z radia i telewizji muzycznej. To płyta zespołu, który dobrze zna własną historię, ale nie pozwala, by stała się ona ograniczeniem. Nie każdy pomysł okazuje się równie przekonujący, a kilka kompozycji można by dopracować lub inaczej rozmieścić na trackliście. Mimo tych zastrzeżeń „Sanctuary” pozostaje jednym z najbardziej żywotnych, odważnych i emocjonalnie szczerych wydawnictw w dojrzałym okresie działalności Evanescence. Nie jest schronieniem idealnym, ale zdecydowanie warto przekroczyć jego próg.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020