Zespołu Frontside nikomu przedstawiać nie trzeba. To jedna z najbardziej solidnych marek na polskiej scenie metalowej (no dobrze, okołometalowej, żeby nam się tu różnej maści ortodoksi burzyć nie zaczęli). Po ośmiu latach dryfowania w niebyciu ta sosnowiecka formacja przypomina wszystkim o swym istnieniu. Przypomina z przytupem, gdyż „Nemesis”, najnowszy album zespołu, to krążek, obok którego nie da się przejść obojętnie. Można go pokochać, można wieszać na nim psy, ale w konfrontacji z nim nie da się pozostać obojętnym. Na kilka pytań odnośnie do tego albumu (i nie tylko) odpowiedział nam wieloletni lider Frontside, Mariusz „Demon” Dzwonek.
Bartek Kuczak: Od czasu wydania ostatniego albumu Frontside upłynęło osiem lat. Co w ogóle działo się z wami przez ten czas?
Demon: Przede wszystkim nasza przerwa w aktywności przypadła na okres pandemii Covid-19, co spowodowało brak możliwości grania koncertów. W międzyczasie decyzję o opuszczeniu zespołu podjął Auman. Covid to również problemy związane ze sferą zawodową, które nas też nie ominęły. Kiedy już to się uspokoiło, stanęliśmy przed wyzwaniem znalezienia nowego wokalisty. Zastąpienie kogoś takiego jak Auman nie było prostą sprawą, gdyż miał on szeroki wachlarz możliwości technicznych. Nie chcieliśmy zatem wokalisty, który potrafi śpiewać tylko growlem, ale takiego, co poza rykami i krzykiem potrafi także czysto zaśpiewać. Nie mieliśmy w tamtym momencie nikogo takiego na oku, więc musieliśmy ogłosić, że poszukujemy nowego wokalisty. Zgłosiło się kilkanaście osób, ale w zasadzie rozmawialiśmy tylko z Molliem. Tylko on spełniał nasze oczekiwania już na etapie wstępnych nagrań, które nam przesłał. Był także jedyną osobą, z którą się spotkaliśmy. Już wtedy czuliśmy, że to właściwy człowiek. Jedyne obawy łączyły się z jego wiekiem. Jest młodszy od reszty zespołu, co może powodować pewne różnice w ogólnym podejściu do różnych kwestii. Na szczęście okazało się, że to rozsądny facet i po prostu bez problemu się dogadaliśmy. Żeby jednak się o tym przekonać, potrzebowaliśmy większej ilości spotkań, prób, koncertów. To daje dobre rozeznanie, gdyż można wtedy zobaczyć, jak człowiek zachowuje się na przykład po wódce albo na kacu (śmiech).
BK: Tak. Nie da się ukryć, że to wiele o człowieku mówi.
D: Dokładnie. Jesteśmy już starszymi facetami. Mamy swoje doświadczenia. Frontside to zespół, który zaliczył masę rotacji personalnych, zwłaszcza we wczesnym okresie działalności. Przewinęło się tu mnóstwo ludzi o bardzo różnych charakterach. Z niektórymi współpraca była naprawdę trudna. Przypuszczam, że praca ze mną też do łatwych nie należy. Podobnie z muzykami, którzy tworzą ten band od ponad dwudziestu lat. Jednak kwestie dogadywania się są dla nas tak ważne, jak kierunek muzyczny, który zespół obierze. Uporządkowanie tego wszystkiego zajęło nam osiem lat.

BK: Wszystkie te utwory było tworzone z myślą o tej konkretnej płycie, czy są tam też kawałki, które się wam zebrały na całej przestrzeni wspomnianych ośmiu lat?
D: W niektórych numerach znajdziesz riffy, które powstały kilkanaście lat temu, ale wówczas nic sensownego wokół nich się nie udało zbudować. Natomiast samą płytę zaczęliśmy przygotowywać około półtora roku temu. Byliśmy już gotowi, żeby wejść do studia na wiosnę, natomiast nasz producent, Tomek „Zed” Zalewski nie miał wtedy wolnych terminów, a to jedyna osoba, z którą w tym zakresie chcemy współpracować. My jesteśmy tylko grajkami, on ma w głowie wszystkie nasze fałsze i wszystkie nasze pomyłki. W miejscach, gdzie nam się wydaje, iż wszystko jest ok, on potrafi wskazać nam różne babole. To taki szósty członek zespołu. Czekaliśmy więc, aż będzie miał wolny termin, a w międzyczasie trochę sytuacji życiowych nas dojechało. Darek na przykład był w Ameryce Południowej na trasie i wrócił z podejrzeniem choroby tropikalnej, więc na pewien czas był zamknięty w izolatce. Taki pech, bo w tym czasie miał nagrywać solówki. Potem ja pechowo skaleczyłem się w rękę, więc przez pewien czas nie byłem w stanie nagrywać swoich partii. Mollie też się rozchorował w momencie, gdy miał nagrywać wokale. Zatem to spowodowało spore opóźnienia, ale z drugiej strony nie stawialiśmy sobie jakiejś wielkiej presji czasu.
BK: Już przy pierwszym odsłuchu „Nemesis” zauważyłem sporo nawiązań do waszych nagrań z okresu „Zmierzchu Bogów” czy „I odpuść nam nasze winy”. To był jakiś świadomy kierunek, czy po prostu tak wyszło?
D: A powiedz mi, czy słyszysz to w riffach, w melodiach, w tekstach?
BK: Głównie w konstrukcji riffów.
D: To ciekawa sprawa. Kiedy byłem młodszy i miałem mniej spraw na głowie, zdecydowanie więcej czasu poświęcałem grze na gitarze. W zasadzie oprócz ostatniej płyty wszystkie nasze albumy w większości przypadków zrodziły się właśnie z tego mojego grania. Pomysł brał się z riffu, rytm podpowiadał jakiś schemat, wokół którego budowało się potem cały kawałek. Obecnie nie mam zbyt wiele czasu na takie granie dla przyjemności. „Nemesis” to płyta, którą ułożyłem sobie głównie w głowie, a dopiero później przenosiłem te pomysły na gitarę. To nie jest tak, że ja widzę dźwięki jak Neo cyfry w „Matriksie”. Ja nie mam jakiegoś bezwzględnego słuchu. W ogóle mój słuch jest niespecjalny, ale w jakiś sposób potrafię pomysły, które kłębią mi się w głowie, przełożyć na gitarę. Potem ogrywamy to z chłopakami i modyfikujemy tak, żeby każdemu to odpowiadało. Wracając do meritum pytania, to na pewno nie było celowe. Jeśli jest nawiązanie do tych pierwotnych płyt, to być może jest to związane z faktem, że wtedy również zmienialiśmy wokalistę, zatem w pewien sposób było to nowe otwarcie. Czy wówczas inspirowałem się tym samym, co dziś? Ciężko mi to stwierdzić.

BK: Wiadomo, po takim czasie pamięć może zawodzić.
D: Od strony muzycznej jest to płyta na pewno wolniejsza i bardziej rozbudowana aranżacyjnie, niż ma to miejsce w przypadku tych płyt, o których wspomniałeś. Jest tu więcej riffów przypadających na dany kawałek. Ogólnie partie gitarowe są bardziej rozbudowane, szczególnie solówki Darona. Jego partie są napisane w sposób dosyć niespotykany w ciężkiej muzyce. Do istniejącego podkładu, napisał swój własny podkład pod solówkę i dopiero wtedy ją nagrywał. Także solówki czasem są nagrane na dwóch różnych śladach. To pewna innowacja, gdyż nigdy wcześniej nie nagrywaliśmy w ten sposób.
BK: A propos innowacji, na „Nemesis” mamy utwór „Wejdź prosto w nowy system”, który brzmi jak jakieś przemówienie. Skąd w ogóle się zrodził pomysł na taką formułę?
D: To nie jest z naszej strony nic oryginalnego, gdyż utwory melorecytowane w ten sposób słyszałem chociażby u Suicidal Tendencies czy Lamb of God. W naszym wypadku również nie jest to coś nowego. Może to być zaskoczenie dla tych, którzy znają Frontside z regularnych albumów. Natomiast osoby, które znają nasze demówki i twórczość z okresu, gdy byliśmy częścią sceny hardcore punk nie będą zdziwione. Zdarzały nam się wówczas tego typu numery. W tamtych czasach poza elementami metalu można było znaleźć w naszej muzyce hip-hop a nawet funk. W kilku numerach mieliśmy nawet sekcję dętą, którą podłożyły nam chłopaki ze Skankana. Mieliśmy też DJ-a, więc tam się naprawdę dużo działo. „Wejdź prosto w nowy system” nie jest jednak ukłonem w tamtą stronę. Ta formuła została tu wykorzystana bardziej z konieczności. Otóż w tym tekście mamy ogromne nagromadzenie słów. Nie sposób było wokół tego zbudować typowy standard zwrotka-refren. Zresztą w tym przypadku liczy się treść i potrzebowaliśmy do tego podkładu, który mógłby ją uwypuklić. Poza tym numer ten jest umieszczony w połowie płyty, więc może być może być potraktowany jako fajny oddech.
BK: Ciekawostką jest też jazzowa wstawka w końcówce tego numeru.
D: Tak, jest tam partia saksofonu. Przypominamy też naszą historię, chodzi o to, że temat przewodni płyty ma z nią ścisły związek. Jak zapewne zauważyłeś, są tam wymieniane tytuły wszystkich naszych albumów. Ponad trzydzieści lat grania muzyki i komentowania chaosu na świecie, mając wyrobione pewne przekonania na temat omawianych zjawisk robi swoje. Uważam, że przestrzeń w muzyce metalowej może być przestrzenią przede wszystkim do rozmowy, bo bez niej nic się nie osiągnie, nie zrozumie się świata. Być może zabrzmi to górnolotnie, ale postrzegam to, co robimy, jako drzwi otwarte do dyskusji na wiele tematów. Nie chciałbym, żeby ludzie postrzegali metal wyłącznie jako śpiewania o szatanie itd. Oczywiście kochamy tę estetykę, ale na świecie dzieje się wiele rzeczy, obok których nie można przejść obojętnie. Moim zdaniem odpowiedzialny muzyk powinien mówić o rzeczach ważnych, które mają wpływ na świat.
BK: Mam jednak wrażenie, że mimo poruszanych tematów, Frontside unika jak ognia łatki zespołu politycznego.
D: Jesteśmy dalecy od politykowania. Na pewno z moich tekstów nie wyczytasz moich poglądów. Ja jedynie zgłaszam swoje uwagi odnośnie otaczającego mnie świata. To nie polityka, raczej społeczne bolączki czy duchowe rozterki egzystencjalne. Jestem daleko od polityki. W tym świecie nie chodzi o to, żeby zapewnić ludziom godne warunki, tylko o realizację postulatów swojego ugrupowania.
BK: Jak udało się uzyskać ten efekt dziecięcego chóru w utworze tytułowym?
D: To połączenie chóru męskiego oraz dziecięcego. To zasługa Molliego, który w tym chórze kiedyś śpiewał. Więcej szczegółów będzie widocznych w teledysku, który się niedługo ukaże.
BK: Również uważam, że ten kawałek idealnie się nadaje na singiel.
D: Za jakiś czas na pewno zostanie w tej formie wypuszczony. Myślę, że drugim singlem będą „Kapłani diabła”. Mamy już nawet do tego nakręcony teledysk. W naszym tempie pewnie szybko kolejnej płyty nie nagramy, więc chcemy wycisnąć z „Nemesis” tyle, ile się da.
BK: Planujesz wydanie następnej płyty Frontside za kolejne osiem lat? (śmiech)
D: Mam nadzieję, że nie (śmiech). Powiedziałem jednak chłopakom, że mam wrażenie, iż „Nemesis” jest płytą, którą ciężko będzie nam przebić. Nie chcę powiedzieć, że to nasz ostatni album, bo pewnie tak nie będzie, ale naprawdę nie wiem, co bym musiał stworzyć, żeby przeskoczyć tę poprzeczkę. Dla mnie „Nemesis” jest płytą skończoną.
BK: Na poprzednim albumie, „Zmartwychwstanie”, użyliście starego logo, znanego z wczesnych płyt. Na „Nemesis” mamy nazwę zespołu pisaną krojem pisma, którego jeszcze u was nie widziałem.
D: Na każdej płycie mamy inne logo. Tak się jakoś złożyło już od czasów demówek.
BK: Fakt. No tak, ale poza kilkoma wyjątkami, te zmiany były jedynie kosmetyczne.
D: Tym razem nie chcieliśmy zepsuć okładki logotypem w naszym tradycyjnym stylu. Chciałbym, żeby ktoś odbierał tę płytę razem z tekstami, z muzyką, i z okładką. Tak, jak ja odbierałem płyty metalowe kiedy byłem nastolatkiem. Za każdym razem to było dla mnie wielkie przeżycie. Próbowałem sobie w jakiś sposób wytłumaczyć, co artysta miał na myśli, robiąc akurat taką okładkę oraz pisząc takie teksty. Z tego powodu kwestie graficzne również są dla mnie bardzo istotne. Autorem okładki jest oczywiście Pachu.

BK: Zastanawiam się, co właściwie widnieje na tej okładce. To lawa, chmury, a może coś zupełnie innego?
D: Trafiłeś w punkt. Jest to wulkan, ale na grafice są również widoczne kłęby dymu tworzące coś na kształt chmur. Tak wygląda koniec świata, może tak wygląda Nemesis, a może to tylko zwiastun nadejścia czegoś gorszego.
BK: Jestem ciekaw, jak doszło do tego, że Frontside, jako zespół śpiewający wyłącznie po polsku, wzbudził zainteresowanie niemieckiej wytwórni Massacre Records?
D: Duża w tym zasługa naszego menadżera Michała Wardzały. Zresztą wszystkie poprzednie próby dystrybucji wydawnictw Frontside na zachodzie to też była jego sprawka. Pomysł wydania „Nemesis” za granicą przez Massacre Records wziął się stąd, że Michał podzielił się tą płytą z włodarzami wytwórni. Oni uznali, że warto to puścić w świat. Zatem 10 kwietnia płyta będzie miała premierę na świecie. Osobiście nie wiążę z tym jakichś wielkich nadziei. Oczywiście można zorganizować jakieś zagraniczne zaplecze, można zatrudnić kogoś, kto będzie organizował wywiady, można zatrudnić tour managera, który będzie organizował trasy, itd. To wszystko wiązałoby się z ogromnymi kosztami. Natomiast sama frajda z faktu, że ktoś nas docenił jest czymś niezwykłym. Zwłaszcza, że jesteśmy zespołem śpiewającym po polsku i, jak się okazuje, nie jest to w tym przypadku żadna przeszkoda. Zobaczymy, co się w związku z tym faktem wydarzy. Możliwe, że pojawią się jakieś recenzje albo wywiady. Może nawet zagramy jakieś pojedyncze koncerty. Kto wie. Jest to bardzo miły epizod w naszej historii, którego się nie spodziewaliśmy.
BK: Jak sam wspomniałeś, w przeszłości podejmowaliście już pewne próby zaistnienia za granicą. Pierwsze trzy albumy Frontside wyszły również w wersjach anglojęzycznych. Niestety, niewiele z tego wyszło. Co właściwie było powodem takiej sytuacji?
D: Nasz debiut, wydany w 2001 roku przez Metal Mind „…nasze jest królestwo, potęga i chwała na wieki…”, wyglądał tak, że na jednej płycie znalazły się polskie oraz angielskie wersje wszystkich utworów. To była decyzja wytwórni podjęta poza zespołem. Nie mam pojęcia, co za nią stało, i nie wiem również, czy ten album w ogóle wyszedł poza Polskę. Drugi album, „…I odpuść nam nasze winy…”, został wydany za granicą jako „Forgive Us Our Sins” przez Regain Records. To było w czasie, kiedy był u nich też Behemoth. Były tam jednak jakieś zawirowania i ta wytwórnia ostatecznie została zamknięta. Pewnie gdyby Astek wtedy nie odszedł z zespołu, to być może ruszylibyśmy na trasę po Europie. Pewne rozmowy na ten temat były już wówczas prowadzone. Ale stało się, jak się stało. Żeby nie było, że obwiniam o to Astka. Absolutnie (śmiech). Mentalnie zresztą nie byliśmy na to gotowi. Nie wiem, czy byłbym w stanie wtedy rzucić wszystko, mając kredyt na mieszkanie itp. Reszta też była w podobnych sytuacjach. Natomiast „Twilight of the Gods”, czyli anglojęzyczny odpowiednik „Zmierzchu Bogów” wyszedł w Dockyard. To była firma, która była odnogą Sanctuary Records, ale też niedługo potem się zamknęła. W tamtym czasie też nie byliśmy gotowi na nic wielkiego. Zaliczyliśmy mimo to parę występów w Wielkiej Brytanii. Graliśmy też pojedyncze koncerty na wschodzie, w takich krajach jak Ukraina, Białoruś, czy Rosja.
BK: Planujecie zatem nagranie anglojęzycznej wersji „Nemesis”?
D: Nie. Na ten moment nie bierzemy niczego takiego pod uwagę. Jak już wspomniałem, z kontraktem z Massacre nie wiążę żadnych większych nadziei. Jeśli jednak wyjdzie z tego coś więcej, będę bardzo zadowolony. Na wielką sprzedaż płyty za granicą nie liczę, bo w erze streamingu dostęp do muzyki jest banalnie prosty. Cóż, zobaczymy.
Rozmawiał Bartek Kuczak