IKS

Damask – „Three Times Ten” [Recenzja], wyd. self-released

Damask to projekt, który już na starcie wymyka się prostym definicjom. Za jego powstaniem stoi Weno Winter – muzyk znany przede wszystkim z Sautrus, od lat poruszający się po obszarach psychodelicznego doom metalu, progresywnego rocka i ciężkiej, hipnotycznej narracji. Tym razem jednak postanowił odejść od klasycznej formuły zespołu i stworzyć coś bardziej osobistego, swobodnego i pozbawionego stylistycznych granic. Tak narodził się Damask – otwarty projekt z Trójmiasta, oparty na współpracy z zaproszonymi muzykami i podporządkowany emocjom konkretnego materiału.

Debiutancki album „Three Times Ten” to zapis pomysłów dojrzewających przez niemal dwie dekady. Już sam ten fakt tłumaczy, dlaczego płyta brzmi tak dojrzale i świadomie. Nie ma tutaj pośpiechu ani potrzeby udowadniania czegokolwiek. To muzyka tworzona przez ludzi, którzy wiedzą, jak operować ciężarem, ciszą i przestrzenią. Album trwa zaledwie trzydzieści pięć minut, ale zostawia po sobie znacznie większy emocjonalny ślad. Muzycznie Damask porusza się pomiędzy doom metalem, psychodelią, progresywnym rockiem, a momentami wręcz folkową intymnością. Największą siłą „Three Times Ten” jest jednak sposób, w jaki wszystkie te elementy stapiają się w jedną, bardzo organiczną całość. Nie ma tu wrażenia gatunkowego chaosu. Wręcz przeciwnie – album płynie naturalnie, niczym senna, melancholijna podróż.

 

zdj. Paula Golemo

Już otwierający „Forsaken Me” pokazuje charakter tego wydawnictwa. Hipnotyczny groove, ciężkie riffy i tekst balansujący między duchowym zagubieniem a próbą odnalezienia sensu budują atmosferę wewnętrznego niepokoju. Motywy „Demona Światła” czy „Demona Dymu” można interpretować na wiele sposobów – jako symbole uzależnień, obsesji czy duchowych iluzji. Damask nie daje jednak prostych odpowiedzi i właśnie w tym tkwi siła tej muzyki.

Jeszcze bardziej intrygująco wypada „She Is My Butterfly”. Utwór z jednej strony delikatny i niemal mistyczny, z drugiej podszyty niepokojem. Polskie wersy „Nie ma mnie, nie ma cię / Nie ma nic…” działają niczym mantra, wprowadzając słuchacza w transowy, niemal rytualny klimat. To jeden z tych momentów, w których album najmocniej pokazuje swoją emocjonalną głębię.

 

 

Duże wrażenie robi również „Witness of Lie” – utwór oparty na motywie konfrontacji z własnym odbiciem i życiowymi błędami. Tekst pełen jest obrazów samotności, pustki i poczucia wewnętrznego rozkładu, a jednocześnie posiada w sobie coś bardzo ludzkiego i autentycznego. W podobnym kierunku podąża „Master”, poruszający temat ślepego podążania za autorytetami oraz duchowego chłodu współczesnego człowieka. Na osobną uwagę zasługuje produkcja albumu. Weno Winter nie próbował wygładzać tej muzyki na siłę. Brzmienie pozostaje organiczne, lekko zamglone i pełne przestrzeni. Dzięki temu „Three Times Ten” oddycha emocjami i nie traci swojej naturalności.

 

Damask stworzył album, który nie krzyczy i nie próbuje zdobywać uwagi agresją. Zamiast tego powoli wciąga słuchacza do własnego świata – pełnego melancholii, symboli i niedopowiedzeń. „Three Times Ten” to jedna z tych płyt, które odkrywa się stopniowo, a każda kolejna podróż odsłania nowe emocje i znaczenia.

 

 

Marek Pruszczyński (Dezarbuzator)

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020