IKS

Charli xcx – „Music, Fashion, Film” [Recenzja], dystr. Warner Music Poland

Charli xcx całkiem niedawno – na początku roku – wydała autorski soundtrack do najnowszej adaptacji filmowej „Wichrowych wzgórz”, a już kilka miesięcy później proponuje kolejny pełny album studyjny – „Music, Fashion, Film”. I znów bawi się na przestrzeni całej płyty określoną konwencją, inną niż te, do których przyzwyczaiła swoich fanów w ostatnich latach. Bo przecież czym innym były napakowany gwiazdorskimi featuringami bubblegumbassowy „Charli” (2019), introspektywny pandemiczny hyperpop na „how i’m feeling now” (2020), bardziej zachowawczy taneczny electropop z „CRASH” (2022), agresywniejszy i niesamowicie przebojowy „BRAT” (2024), czy wreszcie tegoroczny „Wuthering Heights”, utrzymany w lekko klasycyzującym, orkiestrowym stylu art pop. Dlaczego jestem trochę zdziwiony obecnym kierunkiem, skoro ta wyliczanka albumów ma tak szeroką paletę brzmieniową? To proste – mało kto by się jeszcze jakiś czas temu spodziewał, że od jednej z najważniejszych obecnie twórczyń szeroko pojętej muzyki popowej otrzymamy album z… indie rockiem.

Ale od razu tu uspokoję przeciwników gitar, które jednak na „Music, Fashion, Film” są użyte najczęściej w charakterze sampli, jak choćby w otwierającym album przewrotnie zatytułowanym utworze „Rock Music”, gdzie Charli próbuje wytłumaczyć słuchaczom zmianę konwencji: „I think the dance floor is dead / So now we’re making rock music”. Użyto tu analogowych instrumentów (za partie perkusji odpowiada mąż artystki – George Daniel z The 1975), ale zostały mocno obrobione cyfrowo przez producentów płyty – A.G. Cooka i Easyfuna – stałych już współpracowników, również na wymienionych wyżej albumach. Charli nie rezygnuje też z efektów wokalnych, przekornie śpiewając o headbangingu i stage divingu z użyciem autotune’a, z którego zresztą potrafiła zawsze korzystać umiejętnie.

 

 

Gdy robi się poważnie i/lub intymnie artystka pokazuje też, że ma bardzo dobry czysty głos, co udowodniła przecież w „I think about it all the time” na „BRAT”. I właśnie kolejnym tego przykładem jest bardziej stonowana i naturalna wokalnie druga na nowym albumie piosenka – „SS26”, gdzie w tekście pojawia się apokaliptyczny motyw końca, przed którym nie uchroni nas żadna forma eskapizmu – „not music, fashion, or film”. Ani zakupy, o czym traktuje krytykujący konsumpcjonizm „Card Declined”, przez większość utworu niepokojący zgrzytliwą elektroniką, a pod koniec przełamany ugrzecznionym pop rockiem, gdzie bębny brzmią chyba najbardziej analogowo na przestrzeni całej płyty.

Jednym z jej mocniejszych momentów jest „Camera”, z prostym, ale nieoczywistym riffem gitarowym i sterylną, wręcz plastikową perkusją, która nabiera trochę życia dopiero w sentymentalnym i nostalgicznym „2007”. Nastrój niepokoju wraca w „I’m Afraid”, tak w warstwie lirycznej, szczególnie w cloudrapowym refrenie, jak i w chropowatej linii basu. Lekkie ożywienie wnosi pop-punkowa rytmika „Yeah”, ale studzi je beznamiętna partia wokalna. Więcej energii pojawia się dopiero w singlowym „Wink Wink”, najbardziej melodyjnym i przebojowym momencie albumu, z dwuznacznym wyznaniem – ciekawe, co autorka ma tu na myśli.

 

Ale nie ma się co zastanawiać, bo następna na trackliście jest „Persona”, w której noise’owe brzmienie gitary i niskie rejestry wokalne przypominają mi jakiś utwór z „Night Time, My Time” Sky Ferreiry, która zresztą pojawiła się niedawno gościnnie w jednym utworze na wspomnianym wcześniej soundtracku do „Wichrowych wzgórz”. Kompozycję wieńczy partia przybrudzonej i jakby rozstrojonej gitary, podobne „sprężynowe” riffy tworzył kiedyś John Frusciante w projekcie Ataxia. Wysoki poziom utrzymuje też „Magic Metal Montana”, chyba najbardziej motoryczna piosenka (niewiele brakuje, by podpiąć ją pod krautrock), znów z ciekawym finałem – tu partia instrumentalna urwana jest z jakiegoś dobrego post-rockowego kawałka.

 

zdj. materiały promocyjne

 

Koniec płyty to już dominacja cyfrowo obrobionych bębnów i kwaśno brzmiących syntezatorów, przynajmniej w pierwszej połowie „No One Lasts Forever”. O motywie ostatecznych praw natury Charli śpiewa tu delikatnie, ale przejmująco, nieznacznie tylko przetworzonym wokalem. Swój głos dokłada tu w spokojniejszej drugiej części utworu David Cronenberg – album zamyka jego zloopowana fraza „they’re dead, they’re gone, no one lasts forever”, która odnosi się do artystów i ich twórczości, symbolizowanych na okładce płyty przez Johna Cale’a („music”), Marca Jacobsa („fashion”) i Martina Scorsese („film”).

 

Cały album sprawia wrażenie trochę krótkiego. 30 minut na 11 utworów może wydawać się jeszcze optymalną długością jak na 2026 rok, ale trzeba podkreślić, że naciąga ten wynik finał z Cronenbergiem i najbardziej podzielony stylistycznie „Card Declined”, które trwają razem 9 minut. Pozostałe kompozycje najczęściej nieznacznie przekraczają 2 minuty, albo nawet do tej granicy nie dobijają („Rock Music”). Z drugiej strony, dzięki temu nie ma tu piosenek, które wydają się na siłę przeciągnięte, a większość z nich prezentuje wysoki poziom, tak od nieoczywistej dla Charli xcx strony instrumentalnej, jak i od wokalnej, choć tu raczej nie było się czym martwić. A płytę zawsze można włączyć od nowa – ja pewnie będę ją zapętlał przez najbliższe tygodnie – jak Cronenberg swój epilog.

Adrian Pokrzywka

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020