IKS

Acidsloth – „IV” [Recenzja], wyd. Interstellar Smoke Records

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest czuć całkowite wypalenie spowodowane żalem, gniewem i poczuciem bezsensu? Myślę, że takie właśnie emocje idealnie odzwierciedlają czwarty album krakowskiej formacji Acidsloth. Gatunkowo album to połączenie chłodu, przestrzeni i nietypowej aury post-metalu z brudem, agresją i przytłaczającym ciężarem sludge’u. Standardowe instrumentarium gruzowe stoi tu w kontrze do liczby osób, które postanowiły śpiewać i krzyczeć do mikrofonu: jedna wokalistka i sześciu wokalistów. Wysoka zawartość ludzi wytwarzających dźwięki własnymi strunami głosowymi jest tutaj kompletnie nieprzypadkowa, ponieważ każde z nich operuje innym stylem wokalnym i wpasowuje się w różnorodny klimat utworów, które z jednej strony są ciężkie i przytłaczające, a z drugiej strony tajemnicze i na swój sposób mistyczne.

Na album składa się 8 kompozycji o łącznym czasie trwania 39 minut, zatem należy się tutaj spodziewać w dużej mierze utworów zwięzłych i na temat, ale znajdziecie też jeden utwór dla miłośników dłuższej formy wyrażania uczuć poprzez brudny dźwięk. Te niecałe 40 minut wyprawy w najgorszy mrok ludzkiej duszy nie zna wytchnienia ani światła. Zatem bądźcie gotowi na dzieło trudne w odbiorze. Album, pomimo tego iż ukazał się w zasadzie w środku lata, emanuje niesamowitym chłodem, daje się tutaj odczuć najprawdziwsze obcowanie z pustką. Czuję mocno, iż materiał został napisany przez człowieka który naprawdę wiele przeszedł, zdzierżył więcej, niż powinien, a ten album to jego spowiedź, jego wyrzucenie z siebie tego, co negatywne, co przykre, smutne oraz bolesne na najróżniejsze sposoby. Drogi twórco, jeśli czytasz te słowa, mam nadzieję że już wszystko z Tobą w porządku i udało Ci się dojść do siebie. „IV” to album, w przypadku którego ciężar emocji starł się w pojedynku z ciężarem riffu i prowadzą z sobą wyrównaną walkę, podczas której obydwie strony coraz bardziej się rozkręcają. Patrząc przez pryzmat tego, iż album został stworzony „na pohybel wszystkim fałszywym pizdom”, które formacja napotkała na swojej drodze, to trudno się dziwić stanowi emocjonalnemu jego zawartości.

REKLAMA

 

fot. Marek Oleksy

 

Płytę otwiera „Drown”, który bez żadnych wstępów gwałtownie kopie słuchacza prosto w twarz brudnym riffem, bezkompromisowym wokalnym charkotem pełnym cierpienia, oraz sekcją rytmiczną stanowiący hardcore punk zagrany tak ze trzy razy wolniej.

Utwór zostaje urozmaicony przez intrygujący, trippy motyw przenoszący umysł na zupełnie inny biegun. Tytuł kompozycji jest również nieprzypadkowy: jako słuchacz tonę w tej rozpaczy, grzęznąc w mule depresji. „Steel” w nieoczekiwany sposób buja, stymuluje mózg oraz pobudza nietypowymi przejściami perkusji. Z każdym taktem temperatura zdaje się spadać, a krzyczane wokale służą tu za sposób na podzielenie się ze światem bólem, gniewem i poczuciem dotarcia do punktu krytycznego, podczas gdy sekcja rytmiczna i gitara symbolizują mętlik w głowie. „Open” zabiera bezpośrednio w poczucie pustki. Kiedy już wszystko zostało powiedziane i zrobione, i jest już za późno na odwrót. Utwór przypomina właśnie taką otwartą ranę, która boli i potrzebuje czasu, aby się zagoić. Eteryczne wokale nadają temu cierpieniu niemalże duchową płaszczyznę. „Nail” to najdłuższy utwór na płycie i poza brudnym ciężarem oferuje też soniczną lobotomię i nieprzyjazny klimat. Słuchając tego kawałka odnoszę wrażenie, że ma prawdziwie potępieńczą aurę: myślę, że tak samo jak podmiot liryczny może się czuć osoba skazana na wieczne męki. Zwłaszcza że nieprzyjazne dźwięki tylko się nasilają.

 

 

„Lies” nieoczekiwanie zmienia klimat na bliskowschodni mistycyzm. Nieprzypadkowo zresztą, ponieważ tekstowo utwór nawiązuje do Księgi Wyjścia i plag egipskich. Później formacja wkracza w bardziej smoliste rejony muzyczne, kontrastując mistycyzm z brudem i zdehumanizowanym wokalem. Słuchając tego balansowania pomiędzy pustynną przestrzenią a klaustrofobią piekielnej czeluści, nietrudno wyobrazić sobie cierpienia starożytnych uwikłanych w konflikt między faraonem a Mojżeszem. „Core” wydziela szczególnie badtripowe opary psychodeli, które nie odpuszczają, nawet gdy wkracza krzyczany wokal, a nasilają się, gdy muzyka zwalnia, i totalnie przejmują umysł słuchacza, gdy formacja zapodaje jazzujące, połamane rytmy. Walcuje, psychodelizuje, pobudza wyobraźnię. „Burn” balansuje pomiędzy nieludzkim, tektonicznym ciężarem a uduchowionym minimalizmem pełnym przestrzeni. Dzieło idealne zarówno do treningu na worku bokserskim, jak i płakania w poduszkę. Album zamyka „Dry”, który zdaje się być najbardziej depresyjnym utworem na już i tak trudnym emocjonalnie albumie. Kontrast pomiędzy melodyjnym wokalem a bulgoczącym warczeniem jest niczym walka w głowie pomiędzy rezygnacją a agresją. Muzyka ma tu na celu, zdaje się, jedynie pogrążenie słuchacza w smutku i poczuciu pustki. Co zresztą robi niepokojąco skutecznie.

REKLAMA

 

Acidsloth stworzył album, który jest tak mocny i prawdziwy w swej emocjonalności, iż nie potrafię słuchać go wielokrotnie. Niech posłuży to za świadectwo tego, jak bardzo mocno dźwięk potrafi zagłębić się w zakamarki ludzkiego umysłu oraz duszy. Nie znajdziecie tutaj wytchnienia, pozytywnych aspektów życia, ani tego, co miłe. Znajdziecie tutaj deprechę, brud, gniew oraz pustkę. I właśnie w ramach tych trudnych, pełnych bólu emocji formacja stworzyła najprawdziwsze dzieło sztuki.

 

Marek Oleksy ( Gruz Culture Propaganda )

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. Album „IV” możecie nabyć na bandcamp zespołu (tutaj)

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020