Do nowego albumu A.A. Williams pałam bardzo skrajnymi emocjami. Lubię, gdy artyści prowokują we mnie takie przeżycia, a nie tylko zero-jedynkowe „podoba mi się” lub „nie podoba mi się”. Tutaj wszystko jest ze sobą wymieszane. „Solstice” jednocześnie bardzo wpasowuje się w mój gust, a z drugiej kompletnie do niego nie należy. Bardzo podoba mi się klimat tego krążka. Jest ciężki, przytłaczający i dość trudny. Słychać, że Williams wtłoczyła w niego pełnię swoich emocji i jest bardzo autentyczny. Czuć to po jej wokalu, śpiewie bardzo delikatnym, ale wcale nie lekkim. Z tego powodu trudno byłoby słuchać tej płyty „na wyłączeniu”, trzeba się jednak na niej skupić i po swojemu wyłapywać smaczki.
Przy pierwszym podejściu do krążka obawiałem się trochę, że produkcyjnie będzie mocno wypieszczony, i na szczęście zaskoczyłem się pozytywnie. Gitary są surowe, a klasyczno-instrumentalna otoczka automatycznie nie neguje naturalizmu części metalowych. Na szczęście, bo bardzo nie chciałem, by album brzmiał sztucznie, a jest wręcz przeciwnie. Co jest godne podziwu. Czuć też, że kompozycyjnie jest to bardzo wysoka jakość, piosenki są przemyślane i bardzo spójne. Ciężko jest mi znaleźć jakieś porównanie do muzyki, jaką tworzy A.A. Williams. Może bardziej metalowa Lana? Jakoś tak pierwsza przyszła mi na myśl. Podobnie dojrzała i emocjonalna, ale cięższa.
Wspomniałem, że kompozycje są spójne, jednak jest to trochę miecz obosieczny. Tak, fajnie się ze sobą łączą i bardzo płynnie przechodzą, ale po połowie słuchania albumu odniosłem wrażenie, że jest dość monotonny. Piosenki tak na dobrą sprawę są do siebie bardzo podobne: pianino, do tego ciężkie, dość długie riffy na gitarze, perkusja i wokal. Czasami dołączone skrzypce, co jest świetnym i ciekawym dodatkiem. I tutaj wszystko to kwestia gustu, nie da się tego jednoznacznie określić, czy takie rozwiązanie jest dobre. Jeśli ktoś jest zwolennikiem takich rozwiązań, to bardzo mu się to spodoba, bo czasami ciężko jest odróżnić piosenki od siebie, np. przejście z „I’ve Seen Enough” do „The Veil” jest dość subtelne. Osobiście wolę, jak jest więcej różnorodności na płytach, ale rozumiem wizję autorki. Od takiej technicznej strony wszystko się tutaj zgrywa, to wyłącznie kwestia gustu, więc najzwyczajniej w świecie przestrzegam.