IKS

Motörhead – „Orgasmatron (40th Anniversary Edition)” [Recenzja], dystr. Universal Music Polska

Wydany w 1986 roku „Orgasmatron” to pod wieloma względami przełomowa pozycja w dyskografii Motörhead. Symboliczne nowe rozdanie, w którym los wreszcie podrzucił Lemmy’emu naprawdę mocne kart. Był to pierwszy album formacji nagrany w czteroosobowym składzie. Dołożenie drugiego gitarzysty całkowicie zmieniło oblicze grupy, dając jej zupełnie nowe możliwości. W efekcie powstał materiał dosłownie „stworzony do pędzenia” – rock’n’rollowa lokomotywa, której nie były w stanie zatrzymać nawet wcześniejsze problemy, perturbacje w składzie czy kontrowersje związane z miksem i produkcją. Co ciekawe, niezadowolony z niego był również sam Lemmy. Dziś, czterdzieści lat później, możemy wreszcie przekonać się, czy nowy miks przywróci nagraniom surową energię, której zdaniem Kilmistera zabrakło w oryginalnej wersji. Mam jednak wrażenie, że znaczenie tej reedycji wykracza daleko poza kwestie czysto techniczne. Trafia ona bowiem do nas w szczególnym roku, naznaczonym stratą Phila Campbella. Dla walijskiego gitarzysty „Orgasmatron” był pierwszym studyjnym albumem Motörhead, a zarazem początkiem trwającej niemal trzy dekady współpracy z Lemmym. Choć Campbell pojawił się już wcześniej na nowych utworach przygotowanych na potrzeby kompilacji „No Remorse”, to właśnie na „Orgasmatron” na dobre przypieczętował swoją obecność w historii Motörhead. Ta reedycja staje się więc nie tylko okazją do ponownego spotkania z jednym z żelaznych klasyków Motörhead, ale również symbolicznym powrotem do momentu, w którym narodził się skład, który zajmuje specjalne miejsce w sercach fanów.

Połowa lat 80. omal nie zmiotła Motörhead z planszy. I wcale nie chodzi tu o chlanie whisky i wciąganie fety na umór. Wręcz przeciwnie, Lemmy w tamtym czasie był zajebiście skoncentrowany, by utrzymać Motörhead na powierzchni do tego stopnia, że podobno nawet zaczął bardziej kontrolować używki… Tych kilka lat przed premierą „Orgasmatron” zespół przechodził jeden z najbardziej burzliwych okresów w swojej historii. Po zakończeniu trasy promującej kontrowersyjny „Another Perfect Day” gitarzysta Brian „Robbo” Robertson opuścił grupę. Formalnie wszystko odbyło się bez większej dramy. Robbo po prostu nie pasował do Motörhead. To fakt… a część fanów, która nie tolerowała jego wizerunku (krótkie spodenki itp.), nawet odetchnęła z ulgą (więcej o tej, moim zdaniem świetnej, płycie pisałem tutaj). Zespół stracił więc gitarzystę, a kilka miesięcy wcześniej odszedł również legendarny perkusista Phil „Philthy Animal” Taylor. Lemmy musiał budować skład praktycznie od zera. Do tego doszedł fakt, że po rozstaniu z chylącą się ku upadkowi wytwórnią Bronze Records sytuacja finansowa zespołu, delikatnie mówiąc, nie była stabilna. Jest więc rok 1984. Posługując się rock’n’rollową nomenklaturą, jest chujowo. A do tego dzieciaki zwariowały na punkcie thrash metalu i kapel takich jak Metallica czy Anthrax, które pomimo swojej nieskrywanej miłości do Motörhead, nieświadomie, ale skutecznie odciągnęły uwagę od swoich brytyjskich idoli…

REKLAMA

 

zdj. Tony Mottram

 

Można wręcz powiedzieć, że Lemmy znalazł się pod ścianą i musiał coś wykombinować. Następcą Taylora został Pete Gill, wcześniej perkusista Saxon, początkowo jako muzyk koncertowy, który z czasem tak mocno się zadomowił, że dołączył jako pełnoprawny członek. Jednak ciągle pozostawał wakat na gitarzystę… Na przesłuchaniu pojawił się między innymi 25-letni Phil Campbell, młody gniewny z głową pełną riffów oraz blisko dekadę starszy Michael Burston aka Würzel, były żołnierz i stary sceniczny wyga. Lemmy i menedżer formacji Doug Smith nie potrafili wybrać, więc w typowym dla Motörhead stylu zatrudnili obu. Próbą generalną dla nowego składu miała być kompilacja „No Remorse”, na której poza żelaznymi klasykami pojawiły się dwa premierowe nagrania. W szczególności „Killed by Death” rozwiał obawy fanów związane z kondycją Motörhead… Teraz nie pozostało im już nic innego, jak nagrać płytę. (ten kawałek również znajdziemy na tej kompilacji, ale o tym za chwilę!)

 

Produkcję płyty powierzono Billowi Laswellowi, amerykańskiemu basiście, który równie dobrze czuł się w świecie jazzu, funku, jak i eksperymentalnej elektroniki czy nawet dubu. Wybór wydawał się ryzykowny, no ale w końcu „If you like to gamble I tell you, I’m your man (…)”. Ja uważam, że oryginalny miks to mimo wszystko bardzo ciekawa sprawa (chociaż rozumiem też wszelkie zarzuty). Laswell nie zawahał się użyć trików, które zdobył przy okazji współpracy między innymi z post-punkowym Public Image Ltd. czy z Herbiem Hancockiem. Dzięki temu dostaliśmy Motörhead mniej chaotyczny, za to o wiele cięższy i bardziej monumentalny niż kiedykolwiek wcześniej. Laswell dodatkowo podkreślił partie basu Lemmy’ego, co trudno uznać za przypadek, skoro sam był przede wszystkim basistą. Sam Kilmister po fakcie wieszał jednak psy na końcowym efekcie jego pracy. Zarzucał Laswellowi wykastrowanie Motörhead z pierwotnej brutalnej energii i nadmierne wypolerowanie brzmienia.

I w tym momencie robimy szybki przeskok o 40 lat do przodu. Na półki trafia jubileuszowe wydanie „Orgasmatron”, którego najciekawszym punktem jest właśnie nowy miks, stworzony przez nikogo innego jak Camerona Webba. Dla tych mniej ogarniętych z późniejszą historią Motörhead kilka słów wprowadzenia. Kojarzycie sześć ostatnich płyt Motörhead? Tych od „Inferno” do „Bad Magic”? To właśnie za ich produkcję i brzmienie odpowiadał Webb. Podobno jeszcze przed rozpoczęciem współpracy w 2004 roku Cameron wypalił do Lemmy’ego, że chciałby nagrać z nim naprawdę ciężką heavymetalową płytę. Na co usłyszał odpowiedź: „Motörhead nie gra heavy metalu, gra rock’n’roll”. Wbrew pozorom ta drobna wpadka nie przekreśliła współpracy, wręcz przeciwnie. Webb stał się jednym z najbliższych współpracowników zespołu i jak mało kto czuł muzykę tej formacji. Być może właśnie dlatego ostatni okres działalności Motörhead był tak udany: brudny, mocny i ani na moment nie tracił tego, za co wszyscy ich kochamy – rock’n’rolla.

REKLAMA

 

zdj. Tony Mottram

 

No więc jubileuszowe 40-letnie wydanie „Orgasmatron” zawiera oba miksy: ten oryginalny, bardziej eksperymentalny, ale i zarazem monumentalny, za który odpowiadał Laswell, oraz drugi, znacznie bliższy wizji Lemmy’ego i Phila Campbella, przygotowany przez Camerona Webba. Który jest lepszy? Szczerze mówiąc, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Mam ogromną słabość do wszelkich muzycznych dziwactw i właśnie dlatego wciąż ciągnie mnie do oryginalnego miksu z 1986 roku. To w końcu on sprawił, że „Orgasmatron” brzmiał jak żadna inna płyta Motörhead. Z drugiej strony, słuchając wersji Webba, trudno nie odnieść wrażenia, że spod tych wszystkich produkcyjnych warstw wreszcie wydostała się surowa, rock’n’rollowa bestia (aż chce się powiedzieć lokomotywa). Dlatego zamiast podejmować decyzję, wolę potraktować tę reedycję jak ciekawy eksperyment. Jeden miks to „Orgasmatron”, którego znamy od lat. Drugi to próba odpowiedzi na pytanie: „a co by było, gdyby…” I wiecie co? Dla samej możliwości porównania tych miksów warto sięgnąć po tą reedycje.

O kompozycjach na „Orgasmatron” napisano już chyba wszystko. To kopalnia hitów, zajebistych riffów i momentów, które przypominają, dlaczego Motörhead jest jednym z najważniejszych zespołów w historii ciężkiego grania. Przez czterdzieści lat od swojej premiery, album zdążył obrosnąć legendą i dziś trudno powiedzieć o nim coś naprawdę odkrywczego. To jeden z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych tytułów w dyskografii Motörhead, pozycja obowiązkowa nie tylko dla każdego fana zespołu, ale i szeroko pojętego ciężkiego grania. Nie ma sensu się tu doktoryzować. Wystarczy sięgnąć po takie klasyki jak „Deaf Forever”, „Claw” czy rockandrollowy banger „Doctor Rock”, by przekonać się, że ta płyta nadal potrafi spuścić niezły wpierdol… mimo że ma cztery dekady (!) na karku. Gdybym jednak miał wskazać swojego faworyta, bez dwóch zdań byłby to zamykający płytę utwór tytułowy. Antytotalitarny manifest Lemmy’ego, w którym z charakterystyczną dla siebie ironią rozprawia się z mechanizmami kontroli, władzy i społecznej manipulacji. Powolny, niemal marszowy rytm, przytłaczający ciężar i złowroga atmosfera budują jeden z najbardziej monumentalnych finałów w historii zespołu. Śmiem zresztą twierdzić, że to wręcz idealny utwór do porównania obu miksów, które trafiły na tę edycję. Do tego „Orgasmatron” może pochwalić się jednym z najbardziej ambitnych tekstów, jakie Kilmister kiedykolwiek napisał. To kompozycja, która na trwałe odcisnęła swoje piętno na metalowym świecie. Wystarczy przypomnieć wersję Sepultury (bonusowy utwór na „Arise”), do dziś regularnie powracającą na koncertowych setlistach zarówno Maxa i Igora, jak i tej „drugiej” Sepultury.

 

 

Ten nieco przydługi fragment o „Orgasmatron” napisałem jeszcze z jednego powodu. Wśród nagrań koncertowych i archiwalnych zebranych na tym wydaniu znalazła się bowiem bardzo nietypowa wersja utworu – tekst wyrecytowany przez Lemmy’ego podczas sesji dla BBC (tzw. spoken word). Pozwala ona spojrzeć na tę kompozycję z zupełnie innej perspektywy. W takiej formie brzmi niemal jak jakieś mroczne kazanie. Z tej samej sesji radiowej otrzymujemy również wspomniane wcześniej „Killed by Death” oraz trzy kolejne kompozycje z albumu „Orgasmatron”: utwór tytułowy, „Doctor Rock” i „Deaf Forever”. Na bonusowym krążku znalazła się ponadto alternatywna wersja „Claw”, a także zestaw demówek i odrzutów z sesji nagraniowych. Te ostatnie mają przede wszystkim wartość archiwalną, ale w przypadku tego typu jubileuszowych wydań są zawsze mile widzianym dodatkiem. Pozwalają bowiem pełniej przyjrzeć się procesowi powstawania albumu i choć na chwilę przenieść się w muzyczną rzeczywistość tamtej epoki. Na sam koniec muszę wspomnieć o okładce, która należy do najbardziej charakterystycznych w całej dyskografii Motörhead. Przedstawia ona rozpędzoną (aż chce się napisać „naspeedowaną”) lokomotywę z mordą Snaggletooth na przedzie. Co ciekawe, płyta początkowo miała nosić tytuł „Ridin’ with the Driver”, jednak ostatecznie zespół zdecydował się na bardziej intrygujący „Orgasmatron”, ale grafika została. I może dobrze, bo to naprawdę świetna praca legendarnego Joe Petagno.

 

Dziś, przy okazji pisania tego tekstu i po wielu kolejnych odsłuchach „Orgasmatron”, wiem jedno: ta płyta ani trochę się nie zestarzała. Wciąż kopie równie mocno jak wtedy, gdy usłyszałem ją po raz pierwszy. To album narodzony z chaosu, w czasie, gdy Motörhead walczyło o przetrwanie. Jednak Lemmy po raz kolejny udowodnił, że potrafi przekuć najwredniejsze przeciwności losu w sukces i zamienić Motörhead w rozpędzoną lokomotywę, której nie było w stanie zatrzymać nic. Jednocześnie, wracając do tej płyty przy okazji jubileuszowej reedycji, trudno było mi pozbyć się odrobiny nostalgii. Ze składu, który nagrał „Orgasmatron” został z nami już tylko Pete Gill, a i on od dawna nie jest aktywny muzycznie. Dlatego nie da się ukryć, że ta reedycja dla wielu będzie miała wymiar mocno sentymentalny. Z drugiej strony, liczne dodatki mogą uzmysłowić, co by było, gdyby karty w ręce Lemmy’ego poukładały się nieco inaczej. Nowy miks Camerona Webba nie zastępuje oryginału, ale jest jego ciekawym uzupełnieniem, odsłaniając bardziej surowe i bliższe koncertowej energii oblicze. Dzięki temu po czterdziestu latach „Orgasmatron” wciąż potrafi zaskoczyć, a to chyba najlepsza rekomendacja dla każdej reedycji.

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020