Niedawno ukazał się nowy album Dead Poet Society – „Monarch”, a już 19 lutego 2027 roku zespół zagra w warszawskim klubie Progresja (org. Live Nation). Jack Underkofler opowiada o pracy nad nowym materiałem, oczekiwaniu na jego premierę oraz o koncertowej energii.
Kuba Ryszkiewicz: Wiem, że mamy rozmawiać o waszym nowym albumie i, jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym zacząć od teledysków, bo właśnie je obejrzałem – i są niesamowite. Czy możesz mi opowiedzieć trochę o procesie twórczym, który za nimi stoi?
Jack Underkofler: Jasne. Mindreader zrobił pierwszy teledysk, do „Sinner Systems”, mieliśmy bardzo konkretną wizję. Za to przy teledysku do „Roach” nasz fotograf Chandler i ja zaczęliśmy kombinować. Eksperymentowaliśmy z pewnym konkretnym rodzajem fotografii, ze stylem. Zaczęło to dawać nam naprawdę fajny klimat, a potem w mojej głowie zaczął pojawiać się pomysł na koncepcję do „Roach”. Zapytałem resztę zespołu, czy mógłbym go wyreżyserować, a oni się zgodzili.
KR: I to był twój debiut reżyserski, czy reżyserowałeś już coś wcześniej?
JU: To był pierwszy raz. Powiedziałem sobie: „Dobra, ja reżyseruję”. Wcześniej robiliśmy teledyski, w których każdy po prostu dawał swój wkład, a potem mieliśmy reżysera. Ale to był pierwszy raz… wyreżyserowałem go razem z Alexem z Blackwolf Imaging. On jest niewiarygodnie utalentowany. Wykonuje całą ciężką pracę polegającą na zatrudnianiu ludzi, organizowaniu i tym podobnych rzeczach, a ja po prostu robiłem tę przyjemną część.
KR: Ten teledysk ma bardzo silny styl wizualny, który jest inspirowany horrorami, prawda?
JU: Tak.
KR: Tak. I to nie tylko horrorami ogólnie, ale jednym z moich ulubionych podgatunków, czyli horrorem artystycznym – z dużą ilością metafor wizualnych. Ma też bardzo silną, spójną wizualną wizję, z perspektywą z jednym punktem zbiegu. Wspomniałeś, że inspiracją był pewien styl fotografii. Czy możesz powiedzieć coś więcej o tych konkretnych rzeczach, które cię zainspirowały?
JU: Wszyscy uniwersalnie uwielbiamy ten styl artystyczny i zdjęcia u Davida Lyncha. Jego sposób patrzenia jest niezrównany, jeśli chodzi o tworzenie świata pełnego niemal portretów w kadrze. Chcieliśmy spróbować w pewien sposób to odtworzyć. Uwielbiam, gdy rzeczy w kadrze filmowym wyglądają teatralnie – prawie jak występ na scenie. Zauważysz pewnie sporo bardzo szerokich ujęć w naszych teledyskach. Uważam, że jeśli stworzysz coś wystarczająco intrygującego, nie musisz robić skomplikowanych ruchów kamerą, aby utrzymać uwagę. Możesz stworzyć mnóstwo detali w jednym kadrze i pozwolić komuś je dostrzec, jeśli zatrzymasz na nim kamerę na dłużej. Zamiast po prostu nią machać.
KR: A przytrzymanie kadru jest zazwyczaj jeszcze bardziej niepokojące niż jump scare’y, prawda?
JU: Tak, tak.
KR: Patrzę teraz na moim drugim monitorze na kobietę z pomalowanymi powiekami z początku klipu do „Roach”. To niezwykle mocny, niepokojący obraz, kiedy ona zaczyna krzyczeć. Dzięki temu teledyskowi odkryłem stronę internetową „The House” (https://band.fans/thehouse), która jest w zasadzie jak gra wideo, w której szuka się wskazówek, rozwiązuje zagadki.
JU: To był pierwotnie pomysł Dylana, który wraz z zespołem z wytwórni pracowali nad powołaniem tego do życia i dodaniem temu złożoności oraz kolejnych warstw. Zaczęło się po prostu jako taki mały pomysł promocyjny, ale szybko stało się czymś, co wydaje się znacznie ważniejsze.
KR: I ten pomysł żyje, prawda? Pojawiają się nowe treści. Bo niektóre części są jeszcze zamknięte dla ludzi. Więc trzeba poczekać pewnie na kasety wideo, jakieś inne obiekty. Kiedy to wszystko zostanie ujawnione?
JU: Cóż, prawdopodobnie wtedy, gdy ukaże się album.
KR: Okej, bo jest jeszcze jeden pokój, prawda?
JU: Tak. Będziemy to kontynuować i rozwijać nawet po premierze płyty. Zdecydowanie stało się to czymś centralnym dla tego albumu.
KR: A te nagrane wiadomości to od kogo są? To wiadomości od fanów?
JU: Tak, kupiliśmy linię telefoniczną. Nasz gość od merchu wymyślił ten numer telefonu. To był taki losowy numer na jednym z gadżetów, które zrobiliśmy, lub które on dla nas zrobił. A Dylan na to: „A co, gdybyśmy kupili ten numer, zrobili go prawdziwym i coś z nim zrobili?”. A my na to: „Genialny pomysł, zróbmy to”. I teraz można zadzwonić pod ten numer, poznać małą tajemnicę, a także zostawić wiadomość. Polecam zadzwonić, jeśli masz okazję. I nagrać wiadomość.
KR: A potem trafi ona do tego „domu”.
JU: Tak. Jest tam też mała niespodzianka. O, dajesz +1, 855-88-MONARCH.
KR: Mieliście jakieś dziwne wiadomości?
JU: O tak, mieliśmy kilka. Mieliśmy parę wiadomości, których nie możemy opublikować. Przeglądamy je i upewniamy się, że nikt nie wygaduje jakichś szalonych, rasistowskich bzdur czy czegoś w tym stylu. Choć akurat tamta wiadomość to było coś zupełnie innego.
KR: Jeśli dobrze rozumiem, zarówno nagrywanie teledysków, jak i tworzenie tej strony internetowej to koniec drogi. Najpierw musieliście napisać album, nagrać go. To był długi proces?
JU: Pisanie albumu zajmuje dużo czasu. Myślę, że zaczyna się po prostu od podjęcia decyzji, co zrobić, albo od eksperymentowania, dopóki coś głęboko z tobą nie zacznie rezonować. Dla nas to było „Roach”. To był w zasadzie pierwszy utwór, od którego zaczęliśmy, kiedy pisaliśmy płycie. Ten kawałek zaskoczył i w pewien sposób odblokował dla nas resztę albumu. Piszesz mnóstwo rzeczy, a to, co najlepsze, trafia do samego końca, a reszta ląduje na półce, bo albo nie było wystarczająco dobre, albo to po prostu nie był na to odpowiedni moment.
KR: I testujecie te pomysły przed ludźmi, czy po prostu wiecie, że to nie to?
JU: Pokazujemy to znajomym, gdy mamy już dobre demo. Rick Rubin ujął to w taki sposób, że kiedy pokazujesz komuś demo i piosenkę, to tak jakbyś pożyczał jego uszy. I myślę, że chodziło mu o to, że jest to bardzo specyficzne uczucie, kiedy puszczasz komuś piosenkę. I tym uczuciem jest wszystko to, co miałeś w głębi duszy, z tyłu głowy, a czego nie przyznawałeś przed sobą – to natychmiast wysuwa się na pierwszy plan. Ponieważ nagle wszystkie twoje niepewności co do tej piosenki są tuż przed tobą, bo myślisz sobie: „Błagam, tylko tego nie wytykaj”. I to jest dla ciebie szansa, żeby zdać sobie sprawę: „Och, to właśnie muszę zmienić w tej piosence” – nawet bez poznania ich reakcji. Nie potrzebujesz ich reakcji. Od razu to wiesz.

KR: Myślę, że jeśli chcesz działać w branży kreatywnej, musisz mieć grubą skórę. I być gotowym na krytykę – również ze strony samego siebie, umieć ją u siebie dostrzec.
JU: Myślę, że tak. Każdy, kto dorastał, grając koncerty, pisząc muzykę albo robiąc cokolwiek na scenie, wie dokładnie, jak smakuje odrzucenie w tym sensie. Wiesz, każdy, kto pokazywał swoją sztukę ludziom, zna to uczucie, kiedy ona nie działa, kiedy nie rezonuje z ludźmi. Kiedy naprawdę zdołowałeś tłum, który dobrze się bawił w barze, dopóki nie zacząłeś grać.
KR: Ale te czasy już dla was minęły?
JU: Tak. Tak, mam taką nadzieję. Ale zdarzają się koncerty, gdzie… na przykład wczoraj wciąż tak było, wiesz… Fajnie jest robić to od tak dawna, bo wiesz, jak unikać takich sytuacji tak często, jak to możliwe. Z drugiej strony – nie rozruszasz tłumu, który nie chce być rozruszany. Tego też trzeba się nauczyć. Czasami tak się dzieje na koncertach, gdzie po prostu trafia się publiczność, która jest zmęczona albo nie pije, więc nie są wystarczająco rozluźnieni, by trochę poszaleć. I wtedy masz sztywniejszą publiczność, a innym razem masz ludzi, którzy odwalają całkowity obłęd. I te koncerty są super, a te średnie też są w porządku. Tak, czasami to zależy od tłumu, czy odwzajemni tę energię.
KR: A z kraju do kraju ta energia też się różni, czy to raczej kwestia indywidualna?
JU: Z miasta do miasta, i myślę, że z koncertu na koncert też. W samych klubach też jest pewna atmosfera, która naprawdę dyktuje to, jak odbiera się koncert. Niektóre miejsca mają okropną atmosferę i dopóki nie są pełne, trudno się tam poczuć swobodnie.
KR: Wasz album ma się ukazać za kilka dni, prawda? [wywiad odbył się pod koniec września – przyp. red] Czekacie, aż ujrzy światło dzienne i ludzie będą mogli go posłuchać. To ciężki czas dla artystów?
JU: Tak, to znaczy… Chciałbym, żebyśmy mogli go wydać w tej samej sekundzie, w której kończymy go pisać. Ale to sprawiłoby, że marketing byłby bardzo trudny. Więc musisz się w pewnym sensie wstrzymać i zrobić to dobrze. Nie tak dawno temu, kiedy album był wypuszczany, wychodziło za dużo singli, wydawali 90 procent albumu, a cała płyta to były po prostu dwa dodatkowe utwory. I to było do bani. Fajnie byłoby wydać album cały naraz z tylko jednym singlem, ale… to niekoniecznie zagra. Myślę, że teraz dochodzimy do ładnej równowagi, gdzie dostajesz dwa, trzy, może cztery utwory, a większość albumu wciąż pozostaje niespodzianką. A fajną rzeczą w tej płycie jest to, że piosenki, które wydaliśmy, nie są nawet tymi, na które jestem najbardziej podekscytowany.
KR: To na które jesteś najbardziej podekscytowany?
JU: „Lost”, „Hollywood on Fire”, „Die If You Don’t”, „The Park”. Ale tak naprawdę chcę zobaczyć, które z nich ludzie polubią, a których nie. Wiesz, to zabawa. Kiedy ludzie nienawidzą piosenek, to też jest zabawne. Ludzie są niezwykle kreatywni w tym, jak wyrażają swoją nienawiść do piosenki, i to potrafi być bardzo rozrywkowe. Te komentarze bywają czasem naprawdę kreatywne. A czasami są po prostu bardzo krótkie i bezczelne. To bardzo zabawne.
KR: To ciekawe, jak ten dystans między artystami, których podziwiasz, skrócił się przez media społecznościowe. Wielu ludzi mówi, że nie czyta komentarzy, że nie chcą wiedzieć ani wchodzić w interakcje. Ale wygląda na to, że ty spędzasz trochę czasu na przeglądaniu sekcji komentarzy.
JU: Tak, przeglądam komentarze. Nie boję się tego. Kiedy ludzie nienawidzą naszych piosenek, to nie jest zniechęcające. To przypomina raczej oglądanie żenującej komedii. Nie możesz odwrócić wzroku. To mnie jednocześnie śmieszy i sprawia, że mam ochotę powiedzieć: „Chuj ci w dupę, stary”. I lubię to uczucie.
KR: Jesteście w trakcie trasy koncertowej i przyjedziecie też do Polski w lutym.
JU: Tak, przyjeżdżamy. Spodziewajcie się chaosu i zabawy. Zagramy mieszankę numerów, które ludzie znają, i nowego albumu. Mam nadzieję, że „Monarch” poradzi sobie naprawdę dobrze, bo bardzo chciałbym zagrać z niego każdy pojedynczy utwór. Ale musisz wykonać piosenki, które ludzie znają. Nie możesz ich pominąć. Ludzie by się wkurzyli. Zresztą ja sam też bym się wkurzył.
KR: Do zobaczenia w Warszawie na koncercie i udanej premiery albumu!
JU: Wielkie dzięki. Do zobaczenia.