Steven Wilson ma szczególną umiejętność prowadzenia słuchacza w miejsca, których ten początkowo wcale nie zamierzał odwiedzać. Jeszcze przed chwilą, za sprawą „The Overview”, spoglądaliśmy z nim na Ziemię z niemal kosmicznej odległości. Tym razem Brytyjczyk sprowadza nas na boczną drogę do zapomnianej wioski gdzieś na Wyspach. Kościół, pola, stare domy i ludzie żyjący własnym rytmem. Wszystko wygląda znajomo, dopóki pod sielankową powierzchnią nie zaczyna kryć się coś zdecydowanie mniej przyjaznego. „Requiem for a Village”, dziewiąty solowy album muzyka, ukazuje się 6 listopada 2026 roku nakładem Fiction Records i przynosi 54 minuty muzyki wymykającej się prostym klasyfikacjom. Tytuł został zaczerpnięty z filmu Davida Gladwella z 1975 roku, opowiadającego o pamięci i przemijaniu wiejskiej wspólnoty. Wilson rozwija ten trop w osobliwą opowieść spod znaku brytyjskiego folk horroru, gdzie nostalgia sąsiaduje z niepokojem, a granica między życiem, śmiercią i pamięcią zaczyna się zacierać. To nie sentymentalna pocztówka z prowincji, lecz zaproszenie do świata, z którego nie tak łatwo znaleźć drogę powrotną.
Ostatnie lata w obozie Wilsona trudno nazwać okresem artystycznego spokoju. „The Future Bites” pokazywał jego zainteresowanie elektroniką, popem i kulturą konsumpcji, podczas gdy reaktywowane, wydaje się na chwilę, Porcupine Tree na „Closure/Continuation” przypomniało o progresywno-rockowych korzeniach. Później przyszedł „The Harmony Codex”, który opisywałem jako wielowymiarową, pełną zaskakujących zwrotów podróż. Nie ukrywam, że do dziś pozostaje dla mnie jednym z najwyższych punktów jego solowej dyskografii. Były tam przejmujące melodie, eksperyment, elektronika, fantastyczna produkcja i umiejętność budowania historii sprawiająca, że nawet dziesięciominutowe kompozycje mijały niepostrzeżenie. Ubiegłoroczne „The Overview” stanowiło z kolei wyraźny ukłon w stronę rozbudowanych progresywnych struktur. Dwie monumentalne suity imponowały rozmachem, choć ich kontrasty pozostawiały pewien niedosyt. „Requiem for a Village” przynosi kolejny zwrot, ale nie próbę odcięcia się od przeszłości. Słychać tu melancholię Blackfield, psychodelię wczesnego Porcupine Tree, niepokojące pejzaże „Insurgentes” i eksperymentalną wyobraźnię artysty, który od dawna nie widzi powodu, by trzymać się jednej stylistycznej ścieżki.
Wilson funkcjonuje dziś zresztą w kilku muzycznych rzeczywistościach jednocześnie. Remiksuje klasyczne albumy, rozwija eksperymentalne Bass Communion, pracuje z Timem Bownessem w No-Man, a Porcupine Tree przygotowuje kolejne pomysły. Najciekawiej wygląda jednak powrót Storm Corrosion, projektu współtworzonego z Mikaelem Åkerfeldtem z Opeth. Czternaście lat po debiucie panowie spędzili tydzień w sztokholmskim studiu Benny’ego Anderssona z ABBY, tworząc około 45-minutowy szkielet nowej kompozycji – w większości akustycznej, miejscami atonalnej, mrocznej, ale również pięknej. Do gotowego albumu jeszcze daleko, lecz pewne estetyczne pokrewieństwo z „Requiem for a Village” wydaje się wyraźne. Tutaj także ważniejszy od instrumentalnej perfekcji okazuje się element przypadku. Wilson sięgnął po analogowe syntezatory, skrzypce, obój czy perkusję – instrumenty z którymi nie czuje się wirtuozem – i świadomie zrezygnował z poprawiania każdej niedoskonałości. Towarzyszą mu między innymi Randy McStine i perkusista Russell Holzman, a narrację napisaną przez Andy’ego Partridge’a z XTC odczytuje David Tennant. Z tych pozornie niepasujących do siebie elementów powstaje coś na kształt osobliwego muzycznego słuchowiska.

Największą siłą „Requiem for a Village” jest właśnie to, że Wilson nie próbuje za wszelką cenę imponować techniką. Potrafi to zrobić właściwie w dowolnym momencie, ale tym razem ważniejsze okazują się nastrój, narracja i poczucie uczestniczenia w historii, której reguł nie poznajemy od razu. Kompozycje przypominają kolejne sceny filmu, a powracające dzwony, szepty, skrzypienia i niepokojące odgłosy tworzą wspólny język tej dziwnej wioski. Muzyka potrafi być delikatna i niemal pastoralna, by chwilę później skręcić w stronę ciężkiego riffu, połamanej elektroniki albo psychodelicznego niepokoju. Co najważniejsze, ta różnorodność nie sprawia wrażenia demonstracji możliwości. Wszystko podporządkowano określonemu światu i atmosferze. Niedoskonałości również przestają być czymś, co należy ukryć. Rozstrojone faktury, analogowa nieprzewidywalność i partie zagrane bez wirtuozerskiej pewności nadają materiałowi charakter, którego nie dałoby się osiągnąć poprzez kolejne godziny studyjnego wygładzania. To jeden z tych albumów Wilsona, na których produkcyjna precyzja ustępuje miejsca ciekawości – i właśnie dlatego brzmi on tak świeżo.
Dopiero na tym fundamencie naprawdę zaczynają działać poszczególne kompozycje. „Swirl in a Lark’s Eye” wprowadza słuchacza w ten świat niczym prolog starego filmu, zanim blisko ośmiominutowe „Requiem for a Village” połączy poszarpany rytm drum and bassu z progresywnym rockiem i metalowym nerwem. Pod pozornym chaosem kryje się tu precyzyjna dramaturgia, a bas i perkusja nadają całości hipnotyzujący, nieco obłąkany puls. „The Same River Twice” przynosi smyczkową melancholię, natomiast „Now Departing” przechodzi od pozornej lekkości melodii do rytmicznie połamanych fragmentów. Instrumentalne „Hiraeth” – którego tytuł opisuje szczególny rodzaj tęsknoty za domem lub miejscem, do którego nie sposób naprawdę wrócić – daje chwilę oddechu przed „On Chapel Slope”, gdzie delikatność stopniowo zaczyna przypominać niepokojący obrzęd. Szczególnie pięknie wypada „Murmuration” z eterycznym udziałem Katherine Priddy, pogłębiającym kruchy, folkowy charakter kompozycji. „A Basket of Bees” przywołuje ducha progresywnego rocka lat siedemdziesiątych, „Great Green Map” rozrasta się z kameralnej opowieści w bogato zaaranżowaną całość, a mocniejszy „Wheel” wnosi potrzebny ciężar. Kiedy w finale pojawia się „The Old God Is Buried”, trudno mówić o klasycznym rozwiązaniu historii. Wilson pozostawia nas raczej pośrodku tej dziwnej wioski z większą liczbą pytań niż odpowiedzi – i chyba dokładnie taki był plan.
Nie wszystko działa jednak z identyczną siłą. Największe zastrzeżenie dotyczy paradoksalnie jednego z fundamentów albumu – jego bardzo mocnej koncepcyjności. „Requiem for a Village” zdecydowanie najlepiej funkcjonuje jako całość, przez co część krótszych fragmentów traci sporo po wyrwaniu z kontekstu. „Swirl in a Lark’s Eye” czy „Cursus Fingerprint” znakomicie budują atmosferę, ale trudno traktować je jak kompozycje, do których często będzie się wracało osobno. Momentami Wilson bardziej koncentruje się również na tworzeniu osobliwego pejzażu niż melodii pozostającej ze słuchaczem na dłużej. Brakuje mi tu czasami emocjonalnego uderzenia na miarę „Rock Bottom” czy „Time Is Running Out” z „The Harmony Codex”. Chropowate brzmienia i rozstrojone faktury mają swoje uzasadnienie, choć nie każda z nich równie mocno pogłębia odbiór muzyki. Narracja Tennanta świetnie wpisuje się w klimat, lecz dodatkowo podkreśla charakter albumu jako zamkniętego słuchowiska wymagającego skupienia. Nie postrzegam tego jako poważnej wady – raczej cenę za konsekwencję obranej formy. Wystarcza jednak, by tego albumu nie postawić przeze mnie na równi z absolutnymi szczytami solowej twórczości Wilsona.
„Requiem for a Village” to bardzo dobry album i kolejny dowód na to, że Steven Wilson nie zamierza zamieniać swojej dyskografii w katalog sprawdzonych rozwiązań. Artysta, który przez lata wyznaczał standardy niemal laboratoryjnie doskonałej produkcji, tym razem świadomie szuka piękna w niedoskonałości. Ludowa niewinność przeobraża się w psychodeliczny niepokój, analogowe faktury spotykają się z elektroniką, a delikatne melodie potrafią bez ostrzeżenia ustąpić ciężkim riffom. Nie wszystkie pomysły oddziałują równie mocno, ale kierunek uważam za niezwykle interesujący. „The Harmony Codex” nadal pozostaje dla mnie dziełem pełniejszym i bardziej poruszającym, lecz nowej płycie nie sposób odmówić własnej tożsamości, spójności i odwagi. Co ważniejsze, po tylu latach Wilson nadal brzmi jak twórca głodny nowych doświadczeń, a nie artysta zarządzający własnym dziedzictwem. Nie wiem, czy zechciałbym zamieszkać w wiosce przez niego wymyślonej. Wiem natomiast, że do jej muzycznego świata będę chciał wracać. Bo dobra muzyka nie kończy się wraz z ostatnim dźwiękiem – czasem dopiero wtedy naprawdę zaczyna pracować w głowie.
Szymon Pęczalski