IKS

Piotr Kołodyński (oysterboy) [Rozmowa]

Oysterboy to trochę nieślubne dziecko Morrisseya i Artura Rojka. Po latach w Terrific Sunday Piotr Kołodyński samodzielnie pokazuje własną wrażliwość. 4 września 2026 roku wydał „Eskapizm”, swój drugi album jako oysterboy. Na dziesięciu utworach spotykają się polskie i angielskie teksty, analogowe brzmienia i gitara inspirowana współczesną sceną indie. Rozmawiamy o perfekcjonizmie i terapii, o tym, gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna kopiowanie, o przesycie muzyką w czasach algorytmów i o stresie przed koncertami.

 

Erik Zarbock: Czy oysterboy to pseudonim, za którym możesz się schować, czy raczej sposób na pokazanie prawdziwego siebie?

REKLAMA

 

 

Piotr Kołodyński: Zdecydowanie to drugie. W Terrific Sunday kreowałem bardziej rockową wersję siebie, z pazurem. W oysterboyu czuję, że pokazuję cały swój świat i nie muszę się za niczym chować.

 

 

EZ: W Terrific Sunday każdy miał mniej więcej równy wpływ na muzykę, a oysterboy to głównie twoja wizja. Brakuje ci czasem tej demokracji?

 

 

PK: Tak, tęsknię za wspólnym tworzeniem w jednym pomieszczeniu, kiedy ktoś zaczyna grać motyw, inni dołączają i powstaje między nami wyjątkowa chemia. Dziś łatwiej budować utwory z sampli i loopów, ale brakuje mi czasem spontanicznego grania od zera. Nadal współpracuję z muzykami przy koncertach, choć wygląda to inaczej. Może wrócę do tego przy kolejnej płycie.

REKLAMA

 

 

EZ: W zespole tworzyłeś głównie po angielsku, a w oysterboyu zdecydowanie mocniej zwróciłeś się ku polszczyźnie. Skąd wzięła się ta zmiana?

 

 

PK: Przez pięć lat mieszkałem w Londynie i to właśnie tam tak naprawdę zacząłem robić muzykę. Po raz pierwszy miałem wtedy styczność z muzykami, więc pisanie po angielsku było dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Nienaturalne było za to tworzenie po polsku, do czego musiałem się przyzwyczaić po powrocie do kraju. Dziś jest to dla mnie równie naturalne. 

 

 

EZ: Czyli nie czujesz, że angielski pozwala ci wyrażać inną wersję siebie niż polski?

 

 

PK: Absolutnie nie. Zdarza mi się nawet śnić po angielsku całe teksty piosenek. Dlatego na „Eskapizmie” znalazły się dwa utwory w tym języku. Nie chciałem na siłę przekładać czegoś na polski, skoro dobrze brzmiało w oryginale. Angielski jest zresztą nieodłączną częścią moich muzycznych inspiracji. Bardzo mocno czerpię z zachodniej sceny, szczególnie z Beatlesów, Davida Bowiego i Nirvany.

 

 

EZ: Czyli inspiracja czasem przychodzi do ciebie, zanim zdążysz ją świadomie kontrolować?

 

 

PK: Tak. Na przykład piosenka „Od nowa” z albumu „Ody do letnich dni” częściowo przyśniła mi się po polsku. Obudziłem się w nocy, nagrałem na dyktafon fragment tekstu, a rano usiadłem z gitarą i stworzyłem cały utwór. To był nagły przypływ inspiracji, który trzeba było wykorzystać.

 

 

EZ: Wspominałeś, że jako osiemnastolatek zastanawiałeś się nad reżyserią, ekonomią i muzyką, a ostatecznie do studia nagraniowego trafiłeś trochę przez przypadek. Myślisz, że prędzej czy później i tak odnalazłbyś swoją drogę do muzyki?

 

 

PK: Muzyka zawsze była moim ulubionym medium. Fascynowałem się nią już jako dziecko, zaczynając od The Offspring. Później ojciec pokazał mi Nirvanę i Radiohead. Z czasem coraz bardziej interesowało mnie nie tylko słuchanie, ale też historia muzyki i jej rozwój. Myślę, że nawet gdybym nie trafił wtedy do studia, muzyka i tak pozostałaby ważną częścią mojego życia. Dopiero kontakt ze studiem sprawił, że pomyślałem: „To jest to”. Cieszę się, że mogę dziś tworzyć muzykę i pracować jako producent, niezależnie od sławy czy rozpoznawalności.

 

 

EZ: Studiowałeś kiedyś Music Technology w Londynie. Ile w twoje umiejętności wniosły studia, a ile samodzielna nauka?

 

 

PK: Zdecydowanie dużo daje doświadczenie. Ostatnio usłyszałem jeden z moich pierwszych miksów po studiach w Londynie i brzmiał fatalnie. Najważniejsze są słuch, pasja i praktyka. Z każdym kolejnym projektem lepiej rozumiesz, czego potrzebuje artysta i jak przełożyć własną wizję na dźwięk. Studia też otworzyły mi głowę, więc nie żałuję tej decyzji.

 

 

EZ: Zauważyłem, że miksujesz i produkujesz sobie sam, w domowych warunkach. Nie boisz się, że zostaniesz zaszufladkowany jako kolejny twórca bedroom indie popu, nagrywający w sypialni na Focusrite?

 

 

PK: Sam przez lata korzystałem z Focusrite’a i uważam, że to świetny sprzęt, który umożliwił wielu osobom tworzenie muzyki. Ostatecznie liczy się jednak nie narzędzie, a człowiek, który za nim stoi. Na domowym sprzęcie można nagrać album brzmiący równie profesjonalnie jak produkcja ze studia Abbey Road. Nie mam potrzeby uciekać od tej etykiety. Pierwszą EP-kę i solowy album nagrałem właśnie w ten sposób, a dziś coraz więcej osób tworzy samodzielnie. Kibicuję temu, choć martwi mnie ogromny przesyt muzyki i coraz trudniejsze przebijanie się na rynku.

 

 

 

 

EZ: Czy według ciebie Internet dał artystom większą wolność, czy po prostu uzależnił ich od algorytmów?

 

 

PK: Jedno i drugie. Każdy może dziś publikować muzykę bez wielkiej wytwórni, ale algorytmy premiują szybkie bodźce i utwory dające natychmiastową przyjemność. Dobrym przykładem jest cały podgatunek matcha pop. Najwięksi wyprzedają stadiony, a małe kluby się zamykają. Mam taki hot take: jest tego wszystkiego za dużo. Nie każdy nadaje się do robienia wszystkiego. Boję się, że możliwość wrzucenia płyty na Spotify przez każdego stworzy jeden wielki śmietnik. Jestem na rozdrożu: kibicuję temu i jednocześnie nienawidzę tego, co może z tego wyniknąć.

 

 

EZ: Sam korzystasz z tej dostępności narzędzi. Gdzie przebiega granica?

 

 

PK: Zaczynam się martwić przesytem muzyki, chociaż sam korzystam z tego, że tworzenie jest dziś łatwiejsze. Muzyka powinna nieść prawdę i emocje, a nie być cyrkiem. Chciałbym, żeby była w jakiś sposób wyselekcjonowana. Nie wiem, gdzie znaleźć złoty środek.

 

 

EZ: Hubert. wziął się „znikąd”. Czy to nie dowód, że Internet działa też dobrze?

 

 

PK: To akurat pozytywny przykład. Hubert. jest utalentowany i tworzy muzykę, w której młodzi ludzie najwyraźniej odnajdują coś dla siebie. Kibicuję mu. Wszystko zależy od tego, co dzięki Internetowi zdobywa popularność, bo sam mechanizm może być zarówno dobry, jak i zły.

 

 

EZ: A jeśli utwór jest prosty i nie niesie głębszego przekazu, ale świetnie sprawdza się na imprezie? Potrafisz się przy nim bawić?

 

 

PK: Weźmy Skolima. Jego muzyka to dla mnie nowoczesne disco polo z elementami latino. Często śmieję się z jego tekstów, ale zdarza mi się go słuchać dla żartu i śpiewać jego piosenki na imprezach czy w długiej podróży. Krytykuję tę muzykę, zastanawiam się nad jej popularnością, a sam znam teksty i dobrze się przy niej bawię. Czy to hipokryzja? Nie wiem. Granica między krytyką a zwykłą przyjemnością nie zawsze jest oczywista. Kiedyś miałem do niego duży szacunek, bo robił prostą muzykę i wydawał się autentyczny. Potem zdenerwowały mnie jego wypowiedzi o dotacjach dla artystów. Sprawdziłem warunki takiej pomocy: trzeba znaleźć się w naprawdę trudnej sytuacji. Podejście „ja sam wszystko osiągnąłem, a wy weźcie się do roboty” uważam za nie w porządku.

 

 

EZ: Dlaczego to cię tak poruszyło?

 

 

PK: Prowadzę jednoosobową działalność jako muzyk i wiem, jak to wygląda od środka. To równie ciężki kawałek chleba jak każda inna praca. Po prostu nie chciałbym, żebyśmy umniejszali jednym czy drugim, a on trochę to robi. Kultura jest niezwykle ważna. Spójrz na Anglię, której tożsamość mocno wiąże się z kulturą muzyczną. Mamy w Polsce ogromne dziedzictwo, Mickiewicza, Chopina i powinniśmy je pielęgnować. Powinniśmy się wspierać, zamiast podkładać sobie nogi.

 

 

EZ: Wróćmy do muzyki. Czy trafiłeś ostatnio na album, który zmienił twoje podejście do niej?

 

 

PK: Zdecydowanie „Two Star & The Dream Police” od Mk.gee. Myślałem, że po trzydziestce niewiele może jeszcze zmienić moje spojrzenie na muzykę, ale on pokazał mi, że gitarę można odkryć na nowo. Choć czerpie z lat osiemdziesiątych, tworzy coś świeżego i inspiruje całe pokolenie muzyków.

 

 

EZ: Czy ten album miał wpływ na brzmienie „Eskapizmu”?

 

 

PK: Tak, choć chciałem uniknąć kopiowania jego stylu. Wiedziałem, że pojawi się mnóstwo naśladowców, i rzeczywiście tak się stało. Na płycie są jednak ukłony w jego stronę, chociażby w „Kiedyś mi przejdzie” i „Filmowym kadrze”, gdzie wykorzystuję podobne brzmienia i efekty gitarowe.

 

 

EZ: Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna kopiowanie?

 

 

PK: Kiedy kopiujesz wszystko: rytm, efekty, obróbkę wokalu, a nawet tematykę tekstów. Inspiracja polega na tym, że bierzesz coś, co cię fascynuje, i przepuszczasz to przez własną wrażliwość. Nie zakładasz kostiumu innego artysty, tylko rozwijasz jego pomysły na własnych zasadach.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

EZ: Powiedziałeś, że Mk.gee czerpie z lat osiemdziesiątych, a mimo to tworzy coś świeżego. Ty też sięgasz do tej epoki. Masz analogowe brzmienia, a w teledyskach używasz taśmy Super 8 i 16 mm. To potrzeba powrotu do przeszłości czy raczej świadomie budowany element twojej artystycznej tożsamości?

 

 

PK: To jest o tyle świadome, że od dawna marzyłem o nakręceniu teledysku na taśmie Super 8. Fascynowało mnie, że masz ograniczoną ilość materiału, nie możesz ciągle sprawdzać nagrań i poprawiać każdego szczegółu. W okresie, gdy zmagałem się z natręctwami i perfekcjonizmem, takie ograniczenia pomagały mi zaakceptować rezultat i odpuścić. Zachwycił mnie też sam obraz. Taśma ma piękne ziarno, które naturalnie buduje melancholię i poczucie tęsknoty. Te emocje dobrze współgrają z moją muzyką, dzięki czemu warstwa wizualna i dźwiękowa tworzą spójną całość.

 

 

EZ: Otwarcie mówisz o walce z perfekcjonizmem. Co trudniej pokazać ci ludziom: własne niedoskonałości czy ambicje?

 

 

PK: Chyba trudniej pokazać ambicje.

 

 

EZ: A skąd brał się twój perfekcjonizm?

 

 

PK: Zauważyłem go podczas pracy nad pierwszą płytą. Potrafiłem przesłuchiwać utwory tysiące razy i poprawiać detale, których nikt poza mną nie słyszał. W końcu zacząłem przez to nienawidzić własnych piosenek.

 

 

EZ: Jak wpływał na twoją muzykę?

 

 

PK: Kiedyś myślałem, że dzięki perfekcjonizmowi nie wypuszczę żadnego chłamu i że to rodzaj wewnętrznej selekcji. Teraz uważam, że było dokładnie odwrotnie: zacząłem psuć własne piosenki. Miałem fajne demo, które dopracowywałem do momentu, w którym osiągało naprawdę dobry kształt. Zamiast wtedy skończyć, szlifowałem je dalej, aż zaczynało tracić to, co było w nim najlepsze. Patrząc na to z dystansu, widzę, że nie było sensu przekraczać pewnej granicy.

 

 

EZ: Co ci pomogło wyjść z tego schematu?

 

 

PK: Dużo zmieniły terapia i książka Ricka Rubina „Akt twórczy”. Zrozumiałem, że zamiast bez końca szlifować gotowe utwory, powinienem je kończyć i przechodzić do kolejnych. Wcześniej miałem poczucie, że tworzę za mało, bo cały czas poprawiałem to, co już dawno było gotowe. Odkąd nauczyłem się odpuszczać, jestem szczęśliwszy i znów potrafię cieszyć się starszymi piosenkami.

 

 

EZ: Czy odpuszczanie kontroli zmieniło też to, jak patrzysz na własne błędy poza studiem, w codziennym życiu?

 

 

PK: Oczywiście, że tak. Kiedyś potrafiłem wracać do samochodu dziesięć razy, żeby sprawdzić, czy jest zamknięty. Dziś robię to dwa razy. To drobiazg, ale pokazuje, jak zmieniło się moje podejście.

 

 

EZ: A koncerty? W końcu podczas występu praktycznie nie masz kontroli nad tym, co się wydarzy.

 

 

PK: Do dziś bardzo się nimi stresuję, czasem wręcz destrukcyjnie. Pamiętam, jak Kasia Nosowska powiedziała mi kiedyś, że jeśli przestanie stresować się występami, być może przestaną być dla niej tak wyjątkowe. Wtedy tego nie rozumiałem, bo stres sprawiał, że gorzej śpiewałem, zapominałem teksty i popełniałem błędy. Z czasem zrozumiałem, że napędzał go mój perfekcjonizm i wyobrażanie sobie najgorszych scenariuszy. Dzięki terapii nauczyłem się odpuszczać. Nadal się stresuję, ale te myśli szybciej mijają. Akceptuję, że nie mam pełnej kontroli, i dzięki temu gram lepiej.

 

 

EZ: Wspominałeś kiedyś w wywiadzie, że koncerty w rodzinnym Poznaniu, przed rodziną i znajomymi, stresują cię szczególnie. Dlaczego?

 

 

PK: Nawet kiedy komponuję w domowym studiu, zamykam drzwi, żeby moja dziewczyna mnie nie słyszała. Wstydzę się pokazywać surowe, najbardziej osobiste emocje przed najbliższymi, bo oni znają mnie również z innych stron i mogą interpretować moją twórczość przez pryzmat naszej relacji. To trochę jak wtedy, gdy babcia prosi, żeby coś zaśpiewać przy stole wigilijnym. Nagle trudno wydobyć z siebie głos. W takich sytuacjach uruchamiają się mechanizmy związane z przeszłością i poczuciem bycia ocenianym. Paradoksalnie łatwiej otworzyć się przed fanami, którzy znają mnie przede wszystkim jako artystę, niż przed ludźmi, którzy znają mnie prywatnie.

 

 

EZ: W utworze „ile byś dał?” OKI mówi o mrocznych myślach, od których chciałby się uwolnić, i o tym, że spuścił wzrok, żeby powiedzieć o tym wprost. Czy zdarza ci się obawiać, że w swoich tekstach odsłaniasz przed słuchaczami zbyt wiele?

 

 

PK: Tak, ale właśnie wtedy wiem, że powinienem go wypuścić. Czasem wracam w tekstach do trudnych momentów z przeszłości i zastanawiam się, czy nie są zbyt mroczne. Ostatecznie traktuję pisanie jako formę oczyszczenia, ale też szansę, by pomóc komuś, kto przeżywa coś podobnego. Po koncertach zdarzało mi się słyszeć, że moja płyta uratowała komuś życie. Wtedy docierało do mnie, jak wielką moc ma muzyka. Sam wiem, ile utworów pomogło mi przetrwać trudne chwile. Dlatego chcę dawać innym to samo, co muzyka dała mnie. To wymaga odwagi, ale warto.

 

 

EZ: Czy jest coś, o czym nigdy byś nie napisał, nawet jeśli byłoby dla ciebie ważne?

 

 

PK: Na ten moment nie. Wcześniej bałem się poruszać niektóre tematy, zwłaszcza te depresyjne, ale w oysterboyu nie mam już takich oporów. Piszę o szczęściu, nieszczęściu, miłości i dziwnych wydarzeniach. Nie mam przed słuchaczami muzycznych sekretów, choć interpretacja tekstów należy już do nich.

 

 

EZ: Jak podchodzisz do komentarzy, krytyki i recenzji?

 

 

PK: Pochwały cieszą, a negatywne komentarze potrafią zaboleć, nawet jeśli czasem śmieszą. Na szczęście rzadko spotykam się z naprawdę ostrą krytyką, nawet na TikToku, gdzie łatwo o anonimowy hejt. Pamiętam historię z koncertu na poznańskich dniach osiedla. Przed nami grał zespół wykonujący covery disco polo i italo disco, a po naszym ktoś napisał na Facebooku, że wcześniejszy występ był świetny, ale naszej muzyki zupełnie nie rozumiał. To pokazuje, że nie każdy musi odnajdywać się w alternatywie i nie ma w tym nic złego. Każdy ma swój gust. Jeśli ktoś uważa moją muzykę za kiepską, trudno. Gorzej byłoby, gdyby pojawiły się groźby, ale na szczęście nigdy mnie to nie spotkało. Nie wiem więc, jak zareagowałbym na naprawdę brutalną krytykę.

 

 

EZ: Porozmawiajmy o „Jestem zwykłym chłopcem”. Śpiewasz tam, że czasem czujesz się kobietą, bo możesz być, kim chcesz. O czym jest ta piosenka?

 

 

PK: To przede wszystkim piosenka o byciu sobą i nieprzejmowaniu się oceną innych. Każdy ma w sobie zarówno męską, jak i kobiecą stronę, i nie ma się czego wstydzić. Utwór opowiada też o moim stosunku do siebie. Czasem czuję, że mogę wszystko, a czasem, że jestem zupełnie zwyczajny. Wszyscy miewamy takie momenty. Nigdy nie poznamy człowieka wyłącznie po pozorach. Jest w tym również mrugnięcie okiem do moich znajomych. Lubię kulturę drag queen, a samemu zdarzało mi się przebierać za kobietę na imprezach. To taki osobisty żart, ale też wyraz ciekawości i swobody w wyrażaniu siebie.

 

 

 

 

EZ: Czy w dobie mediów społecznościowych artysta może sobie jeszcze pozwolić na zwyczajność?

 

 

PK: Myślę, że tak, o ile jest autentyczna. Nie przepadam za teatralnością, która służy wyłącznie zwróceniu na siebie uwagi. Kiedy jednak wynika z osobowości artysty, jak u Davida Bowiego, potrafi być wspaniała. Jeśli ktoś ma w sobie szaleństwo, powinien je pokazać. Najważniejsze, żeby nie udawać kogoś, kim się nie jest.

 

 

EZ: Czujesz, że wiesz już, czym jest oysterboy, czy wciąż odkrywasz tę postać?

 

 

PK: Myślę, że znam ją w osiemdziesięciu procentach. Wciąż powstrzymuje mnie perfekcjonizm i obawa przed tym, czy publiczność zaakceptuje mnie w pełni takim, jaki jestem. Chciałbym pokazać na scenie również tę głupkowatą, niepoważną stronę siebie, którą na co dzień utożsamiam chociażby z Makiem DeMarco. Moim osobistym sukcesem byłoby uwolnienie się od tej formalności i osiągnięcie pełnej autentyczności.

 

 

EZ: A nie boisz się, że ludzie mogliby zatęsknić za starym oysterboyem, gdybyś zaczął eksperymentować z brzmieniem?

 

 

PK: Nie, bo zmiana jest naturalną koleją rzeczy. Nawet jeśli nie zawsze podobają mi się nowe kierunki obierane przez zespoły, które cenię, szanuję ich prawo do rozwoju. Sam nie chcę być artystą, który twierdzi, że kiedyś muzyka była lepsza. Wolę łączyć to, co najlepsze w starych brzmieniach, z tym, co ciekawe we współczesnej muzyce. Mam nadzieję, że właśnie to pozwoli mi zachować muzyczną młodość.

 

 

EZ: Wyobraźmy sobie, że za dziesięć lat ktoś odkrywa „Eskapizm”. Co chciałbyś, żeby pomyślał?

 

 

PK: „Kurde, ale perełka! Trzeba zrobić z tego viral”. (śmiech) Uwielbiam historie zespołów, które zyskują drugie życie po latach, jak Duster czy Pinegrove. Ich muzyka trafia do nowej publiczności, czasem zupełnie niespodziewanie. Fascynuje mnie ten moment, w którym coś niszowego nagle dociera do ludzi. Chciałbym, żeby „Eskapizm” również się nie zestarzało. Podobnie jak debiut Terrific Sunday, który po latach zacząłem doceniać na nowo. Kiedyś przeszkadzała mi jego surowość, bo miałem inną wizję brzmienia, ale dziś jestem z tej płyty dumny. Marzy mi się muzyka, która nawet po dekadach potrafi poruszyć kogoś nowego. Taka jak Beatlesi, Bowie czy Fleetwood Mac – puszczasz ją czternastolatkowi, a on mówi: „Stary, ale to jest świetne!”.

 

 

EZ: Na sam koniec… Gdyby muzyka całkowicie zniknęła z twojego życia i nie mógłbyś już zajmować się dźwiękiem ani produkcją, kim byłby dzisiaj Piotr Kołodyński?

 

 

PK: To pytanie, na które trudno odpowiedzieć, bo naprawdę ciężko mi wyobrazić sobie życie bez muzyki. Myślę jednak, że poszedłbym w stronę sztuk wizualnych, konkretnie wideo. Rysować ani projektować nie potrafię, ale zawsze ciągnęło mnie do filmowania. Pewnie robiłbym jakieś głupie, komediowe filmiki. Jeśli ktoś chciałby wygooglować moje pierwsze wypociny z liceum, zobaczy, że już wtedy próbowałem tworzyć różne śmieszne rzeczy. Może byłbym dzisiaj jakimś znanym youtuberem, który kręci dziwne, komediowe etiudy. (śmiech) Bardzo interesują mnie też gry wideo. Kiedyś chciałem pójść na informatykę, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Trochę żałuję, a trochę nie. Mój najlepszy przyjaciel tworzy gry i czasami patrzę na jego życie, myśląc: „Kurde, byłem naprawdę blisko tego, żeby zostać game developerem”. Nadal spędzam mnóstwo godzin, przechodząc Final Fantasy i inne gry. Gdybym nie zajmował się ich tworzeniem, być może pracowałbym gdzieś w branży, na przykład u wydawcy gier. Ale to już czysta hipoteza.

 

 

Rozmawiał Erik Zarbock

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020