IKS

Jørn Lande (Tony Iommi & Jorn) [Rozmowa]

Gdy myślał, że czasy wielkich rockowych kooperacji ma już za sobą, zadzwonił telefon od Tony’ego Iommiego. Jørn Lande opowiada o kulisach powstawania ich nowego albumu, o swojej przeszłości z Ronniem Jamesem Dio, o magii analogowego brzmienia oraz o dzikach i ich nałogach.

 

Jørn Lande: Hej, gdzie jesteś? 

 

 

Kuba Ryszkiewicz: Jestem blisko Warszawy. Mieszkam w lesie pod Warszawą.

REKLAMA

 

 

JL: O! Sam wychowywałem się w lesie i w górach. Pochodzę z bardzo małej miejscowości położonej między górami, w Hjuksebø, które leży w Telemarku w Norwegii. Moja mama i mój młodszy brat nadal tam mieszkają. Z żoną mieszkamy teraz na południu Szwecji. To wiejski region, prowincja, ale nie jesteśmy zbyt daleko od miasta. Znajdujemy się jakieś 10 kilometrów od ładnego, niedużego miasteczka, które ma wszystko, czego potrzebujemy. Jestem przyzwyczajony do życia na wsi. Kiedy grasz koncerty i podróżujesz w branży muzycznej, widzisz wszędzie te wielkie miasta. Masz dość betonu i hałasu. Miło jest wrócić do domu i mieć małą saunę. Mam taką małą beczkę w ogrodzie, fińską saunę beczkową.

 

 

KR: Prawdziwa gwiazda rocka po długim dniu rockowania wraca do swojej sauny.

 

 

JL: Tak, to dla mnie jak terapia. Mój tata zabierał mnie bez przerwy do lokalnego ośrodka. Cały czas korzystaliśmy z sauny. Jak raz uzależnisz się od saunowania, nie możesz bez tego żyć. Uświadamiasz sobie, jak dobrze to wpływa na twój organizm, na ciało. To wspaniała sprawa, która odpędza wszelkie infekcje. Kiedy coś się zaczyna – w stylu: „O, czuję, że coś się dzieje” – robię kilka mocnych seansów w saunie.

REKLAMA

 

 

KR: Ja wybieram spacer albo biegam po lesie. Lubię spotykać dziki, łanie i sarny.

 

 

JL: To też jest dobre. Ja też tak robię z żoną. U nas też jest mnóstwo dzików. Widziałem ostatnio dzika na polu, leżał koło drogi. Pewnie potrąciło go auto albo coś w tym rodzaju. Przebiegł jeszcze ze sto metrów i padł. To było wczoraj, a kiedy mijałem to miejsce ponownie, już go nie było.

 

 

KR: Może poczuł się lepiej.

 

 

JL: Nigdy nic nie wiadomo! Może po prostu nażarł się grzybów czy czegoś.

 

 

KR: I odleciał jak balon.

 

 

JL: Miejmy nadzieję, że tak było.

 

 

KR: Ostatnio słuchając twojego albumu – tego najnowszego, z Tonym Iommim – przeniosłem się z powrotem w czasy dzieciństwa, w czasy, kiedy słuchałem Ronniego Jamesa Dio i Black Sabbath oraz czytałem książki fantasy Ursuli K. Le Guin czy Terry’ego Pratchetta. Twój głos jest niesamowity. Czytałem, że właściwie zaśpiewałeś utwór ku czci Ronniego, kiedy odszedł.

 

 

JL: Tak, nagraliśmy taki utwór. Ale oryginalnie miał on zostać wydany jako hołd jeszcze za jego życia, a nie pośmiertnie. Rozpoczęliśmy nad nim pracę nieco wcześniej i nie planowano, że ukaże się dopiero po jego odejściu – to stało się tak nagle. Kiedy patrzę na to dzisiaj, myślę o tych wszystkich artystach – Freddie Mercury, Ozzy Osbourne, czy nawet Elvis, o tych wielkich, potężnych artystach, których znają wszyscy. Przez wiele lat czułem, że Ronnie był nieco outsiderem. Kiedy dorastałem, oczywiście wiedziano, kim jest, ale nie znajdował się w tej samej lidze, co niektórzy z tych innych wokalistów. Nawet mówiłem Ronniemu, że zasługiwał na większe uznanie. W latach 80. i 90. ciągle o nim rozmawiałem z przyjaciółmi, mówiąc: „On jest najlepszy”. Więc myślę, że pomysł na album hołdowy wziął się z tego, że go poznałem i koncertowałem z nim przez jakiś czas w Amsterdamie, pomagając mu przy kilku trasach w USA. To było w okresie, kiedy ukazał się album Dio „Magica”. Wtedy poznałem Ronniego i poszliśmy do baru. Wypiliśmy drinka, a ja zasypałem go pytaniami. Do tego możliwość słuchania Ronniego codziennie na scenie… to było niesamowite. Nauczyłem się wtedy bardzo wiele. Zdałem sobie też sprawę, że to nie tylko zasługa brzmienia, ale samych muzyków. To zespół ze stojącym na czele wokalistą tworzą to potężne, unikalne brzmienie. Mam zresztą na koncie utwór „Life on Death Row” z 2017 roku, w którym gościnnie zagrali Craig Goldie i Gus G. Słuchając ich, uświadamiasz sobie, że za tym wszystkim stoi coś więcej niż tylko sprzęt – to kwestia całego charakteru i barwy dźwięku.

 

 

KR: Ale to budujące, prawda? Że ten ludzki element jest kluczowym punktem, że jest tym najważniejszym ogniwem?

 

 

JL: Uświadamiasz sobie, że nie da się tego tak po prostu odtworzyć. To przychodzi z doświadczeniem i – oczywiście – z talentem. Ale to także coś, nad czym pracujesz przez długi czas, aż w końcu docierasz do punktu, w którym potrafisz przelać na zewnątrz ten unikalny talent. A Dio był w tym najlepszy. Zresztą ci muzycy to wciąż najlepsi instrumentaliści w branży: Simon Wright, Scott Warren – wspaniały klawiszowiec, no i Jimmy Bain też był świetny. Grali te proste dźwięki w tak niesamowity i potężny sposób. Czasami mniej znaczy więcej.

 

 

 

 

KR: Jak to się stało, że w ogóle znalazłeś się w projekcie Tony’ego Iommiego? Jak udało ci się zostać wokalistą na tej płycie?

 

 

JL: Cóż, ja i Tony robiliśmy razem pewne demo już w latach 2004–2005. Wtedy miałem nagrywać wokale na jego album solowy. Ale potem – tak mi przynajmniej powiedział Tony – wytwórnia płytowa miała w tej sprawie swoje zdanie. Chcieli, żeby zrobił to Glenn Hughes, i tak to się potoczyło. Wracaliśmy do tego tematu kilka razy. I prawdopodobnie to doprowadziło ostatecznie do powstania projektu Heaven and Hell, kiedy Ronnie powrócił. Pamiętam telefon z wiadomością, że Ronnie wraca, więc nasza współpraca nie dojdzie do skutku. Byłem rozczarowany, pamiętam to doskonale, ale teraz dochodzę do wniosku, że wszystko dzieje się po coś. Wtedy to po prostu nie był odpowiedni moment. Tony co jakiś czas wysyłał mi wiadomości. Powtarzał: „Musimy jeszcze nagrać coś razem”. Byłem fanem jego twórczości i całego zespołu, więc same wiadomości od niego – dostawałem od niego SMS-y – znaczyły dla mnie bardzo wiele. Wciąż więc żyłem nadzieją, że pewnego dnia nagramy razem płytę. Potem działy się różne rzeczy: wyszedł album „13”, a potem wybuchła pandemia. W tamtym momencie pomyślałem, że to już nigdy się nie wydarzy. Porzuciłem ten pomysł. Uznałem, że Sabbath to zamknięty rozdział, a ci goście wchodzą w tryb emerytalny. Tak to wtedy wyglądało. Więc odłożyłem ten pomysł na półkę. Aż nagle zadzwonił telefon i oto jesteśmy. Tak w skrócie wygląda ta historia. W międzyczasie skupiałem się na swoim zespole, na planach na kolejne lata, i właściwie trochę zapomniałem o tym projekcie. Więc po prostu to zaakceptowałem. A potem zadzwonił telefon. I z pewnością to był właściwy moment. Bo w 2004 roku byłem bardziej takim dzieciakiem, fanboyem wchodzącym do rodziny rockowej arystokracji. Nie byłem wtedy na to gotowy.

 

 

KR: Wtedy płyta wyszłaby zupełnie inaczej, prawda?

 

 

JL: O wiele inaczej. A patrząc na to, co zrobili potem – na przykład album „The Devil You Know” – to tak potężna płyta, że z pewnością nie chcielibyśmy żyć bez tego krążka. Myślę więc, że to dobrze, iż do naszej współpracy doszło dopiero teraz.

 

 

KR: Jak wyglądała praca nad nowym albumem? Muzykę napisał Tony, a teksty…?

 

 

JL: Tak, melodie napisałem ja. On nigdy nie pisze linii wokalnych, tworzy muzykę. Miał u siebie w domowym studiu Mike’a Exetera, z którym pracował nad demówkami. Wysyłali je do mnie, a ja zacząłem pracować nad pierwszym utworem – „Beyond the Dead”. Nagrałem do niego wokale, a potem do „Stormwatcher”. To były dwa pierwsze utwory, które zrobiłem. Wysłałem je i Tony’emu bardzo się spodobały. Wcześniej nie był pewien, czy na albumie nie znajdzie się kilku wokalistów, a może więcej utworów instrumentalnych.

 

 

KR: Pewnie trzymałeś mocno kciuki?

 

 

JL: Tak, oczywiście. Wiem, że początkowo chcieli, żebym zrobił jeden lub dwa utwory. Potem powiedziano mi, że te pierwsze numery niejako ustawiły poprzeczkę dla dalszych planów z albumem i ostatecznie nagrałem całą płytę. Dla mnie to było wręcz nie do wiary, coś niesamowitego. To zaszczyt być częścią tego albumu. I stało się to całkowicie niespodziewanie, po 22 latach od naszego pierwszego wspólnego przedsięwzięcia. Jestem w tym biznesie od dawna. Zwykle na tym etapie życia takie rzeczy już się nie zdarzają. Zazwyczaj wielkie momenty przychodzą, gdy jesteś nieco młodszy. To dowód na to, że nie trzeba być nastolatkiem, dwudziesto- czy trzydziestolatkiem, żeby osiągnąć swoje cele. Marzenia mogą się spełnić zawsze. Ilu ludzi może czegoś takiego doświadczyć? Jestem za to wdzięczny.

 

 

KR: Współpracowałeś przy wielu projektach – z Arjenem Lucassenem, Dio, Tonym…

 

 

JL: Moja kariera była po prostu dość różnorodna, nie skupiała się wyłącznie na jednej rzeczy, jednym szyldzie czy koncepcie. Pracowałem nawet z branżą gier przy League of Legends… Nagrywałem własne płyty pod szyldem Jorn, co stało się moją główną domeną przez ostatnie 15 czy ponad 20 lat. Byłem też częścią niemieckiego projektu Avantasia. Więc byłem trochę tu, trochę tam. Taka ilość projektów w pewnym momencie może cię przytłoczyć. Trochę rozwadniasz wino, będąc zajętym zbyt wieloma rzeczami naraz i pracując zbyt szybko.

 

 

jorn-lande
zdj. Kevin Nixon

 

 

KR: Z perspektywy odbiorcy też tak trochę jest. Kiedy dzisiaj słuchasz muzyki, rzadko obcujesz z całym albumem tak jak kiedyś – nie słuchamy już całych płyt w kółko. Teraz puszczasz jeden czy dwa utwory z trybu losowego, by potem nigdy do nich nie wracać.

 

 

JL: Mnie też brakuje fizyczności nośników. Chociaż świat wcale nie zapomniał do końca – spójrz na to, jak wielki powrót zaliczyły płyty CD i winyle. Ludzie znów je kupują, mimo że nie da się wygrać ze streamingiem. Ale spójrz, jak wyglądał rynek winyli 20 lat temu, a jak wygląda teraz.

 

 

KR: Bo płyta winylowa w pewnym sensie cię zakotwicza? Wydajesz na nią swoje ciężko zarobione pieniądze, a to nie jest tani sport. A samo słuchanie staje się swoistym rytuałem.

 

 

JL: Tak, to coś, co możesz potrzymać w rękach, fizyczny przedmiot. Patrzysz na tę okładkę, na to, co zespół przygotował. Możesz przejrzeć tekst i połączyć się z tą muzyką w zupełnie inny sposób. A brzmienie? Nawet jeśli pod kątem technicznej ewolucji cyfrowej nie jest idealne, to ciepło dźwięku ma w sobie coś wyjątkowego. Nie myślisz o tym, co tracisz pod kątem akustycznym, bo liczy się całość doświadczenia i ta barwa, którą uzyskujesz, stawiając igłę na gramofonie. Nic tak nie brzmi.

 

 

KR: Uwielbiam też to, że musisz zmienić stronę płyty. To znowu cię w niej zakotwicza, sprawia, że bardziej świadomie chłoniesz album.

 

 

JL: Chciałbym podkreślić, że ta płyta jest skrojona właśnie pod winyl. Nie ma tam na przykład 15 utworów – ma dokładnie taką długość, jaka jest idealna dla płyty LP. Pod tym względem jest perfekcyjna.

 

 

KR: Czy planujecie z nią ruszyć w trasę, czy to raczej wykluczone?

 

 

JL: Cóż, nie sądzę, żeby Tony chciał ruszać w trasę koncertową, ale podejrzewam, że mógłby być otwarty na zrobienie czegoś mniejszego. O to musiałbyś spytać jego samego. Wydaje mi się jednak, że wszyscy jesteśmy otwarci i chętnie byśmy zagrali, jeśli on będzie chciał. Wiele osób mnie o to pyta. Jeśli on będzie na siłach, żeby to zrobić… Myślę, że wszyscy jesteśmy tym zainteresowani, więc zobaczymy. Odzew jest niesamowity. Reakcje ludzi są wręcz oszałamiające. Czasami zamykam się we własnej bańce i myślę sobie: „Och, nie jestem w pełni zadowolony z tego, jak to zaśpiewałem, mogło być lepiej”. To moja choroba zawodowa. A chwilę później widzisz recenzję albo żona wchodzi do pokoju i mówi: „Widzisz to, co napisali…?”, i czyta te wszystkie szalone, entuzjastyczne recenzje. Coś takiego nie zdarza się artystom na co dzień. Może trafisz na jedną czy dwie płyty w karierze, które zbierają tak dobre opinie, ale odbiór tego materiału jest niesamowity.

 

 

KR: Dla mnie wspaniałe jest to, jak spójny jest ten album. Wiele współczesnych płyt metalowych jest bardzo technicznych i skomplikowanych, a ta ma w sobie surową moc klasycznego riffu. W połączeniu z twoim wokalem – w sekundzie, gdy zacząłem tego słuchać, poczułem się tak, jakbym znowu odkrywał Rainbow czy Black Sabbath. To był naprawdę piękny moment. Ta płyta to po prostu czysta frajda, aż chce się wrócić do czytania książek fantasy. Wielkie dzięki.

 

 

JL: Dzięki, do zobaczenia. 

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020