Kiedy w 2024 roku, po premierze „Przestworu”, przeprowadzałem wywiad z zespołem Wij, zapytałem muzyków, czy nie obawiają się syndromu kolejnej płyty i jak podchodzą do oczekiwań fanów. Tuja Szmaragd odpowiedziała wtedy szelmowsko, że zespół nie odczuwa żadnej presji, ponieważ tworzy muzykę przede wszystkim dla własnej przyjemności. Ich kolejne poczynania tylko potwierdziły te słowa. EP-ka „Bluzg” była swoistym eksperymentem, w którym muzycy bawili się sludge metalem i grindcorem, radykalnie odchodząc od swojego dotychczasowego brzmienia. Teraz dostajemy „Protisty” – kolejną mutację tego osobliwego muzycznego organizmu. Oj, trudno nadążyć za kolejnymi odnóżami Wija. I bardzo dobrze!
Tytuł ich najnowszego dzieła zdaje się sugerować, że muzycy doskonale wiedzą, jak trudno ich zaszufladkować. Protisty to zróżnicowana grupa organizmów eukariotycznych (posiadających jądro komórkowe), których – w dużym uproszczeniu – nie zalicza się do roślin, zwierząt ani grzybów. Czy z Wijem nie jest podobnie? „Dziwidło” było mocno osadzone w hard rocku lat 70. i protometalu. „Przestwór” to większa przebojowość materiału i silne wpływy doom metalu, metalu gotyckiego i thrash metalu. O „Bluzgu” już pisałem. Tym razem dostajemy ukłon w stronę muzyki lat 90. Ale zespół ewoluuje nie tylko muzycznie.
Być może najważniejszą zmianą jest to, że Wij z tria stał się kwartetem. Do wijowej ekipy dołączył basista Grzegorz „Drut” Włodek, znany z zespołu Narbo Dacal. I ta zmiana w bardzo istotny sposób wpłynęła na brzmienie grupy. Na poprzednich wydawnictwach zespół miał zdecydowanie bardziej surowe i garażowe oblicze, a istotną rolę odgrywała gitara barytonowa Palca. Dodanie basu pozwoliło rozbudować brzmienie, wzmocnić sekcję rytmiczną i dało muzykom większe możliwości aranżacyjne. Tyle że coś za coś – krytycy mogą zarzucić grupie, że straciła nieco ze swojej wyjątkowości. I pewnie coś w tym jest, ale ja osobiście zupełnie nie mam z tym problemu, bo na płycie przede wszystkim bronią się same kompozycje.
Otwierający płytę „Duch” to intensywny, agresywny hardcore, w którego tekście Tuja odwołuje się do „Katechizmu polskiego dziecka” Władysława Bełzy, opartego na pytaniach dotyczących tożsamości i przynależności narodowej. Wokalistka wręcz „wypluwa” kolejne wersy, ukazując bardziej agresywną stronę swojego głosu. Można ten utwór na upartego nazwać pomostem między twórczością z „Bluzga” a nowym materiałem.
„Oplątwa” to już lata 90. pełną gębą i mocne wpływy… grunge’u, którego na tej płycie jest sporo. Truemetalowcy mogą mieć twardy orzech do zgryzienia. No ale to ich problem. Ja grunge kocham od wielu, wielu lat, wręcz się na nim wychowałem, więc taka stylistyka jest dla mnie jak powrót do ciepłego domku. Świetny jest również króciutki, lekko psychodeliczny „Właz”. Ma w sobie jakąś pierwotną, radosną dzikość, chociaż tekstowo to dość mroczna historia o odkryciu podziemnego świata. Nie brakuje też kompozycji, w których Wij pokazuje, jak świetnie potrafi bawić się aranżacjami. Przykładem niech będzie mroczny „Kikut”, w którym dzieje się naprawdę dużo. Wokalizy, zmiany tempa i ten niesamowity klimat – wszystko świetnie się tu ze sobą zazębia. Dla mnie to obecnie najlepszy moment na „Protistach”. Rewelacyjny jest również „Sznur”. Tekstowo utwór nawiązuje do praktyki shibari, czyli wywodzącej się z Japonii sztuki wiązania ciała linami, która może mieć charakter artystyczny lub erotyczny. Motyw wiązania linami został dosłownie wykorzystany w teledysku przygotowanym do tego utworu. Muzycznie to najbardziej doomowy fragment albumu. Żeby jednak nie było, że przed każdą kompozycją padam na kolana, wskażę również dwa utwory, które nie do końca mnie przekonały – „Siejbę” i „Festę”. To nie są złe kompozycje, ale dla mnie ich monotonność nieco obniża poziom całości.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwa utwory, które zdecydowanie wyróżniają się na płycie, ale też są bardzo nietypowe na tle dotychczasowej twórczości zespołu. Pierwszy to mocno lajtowe „Bezkrólewie”, które spokojnie mogłoby się znaleźć na wczesnych albumach… Hey. Wokalnie Tuja wprowadza w nim również zabawy sylabami, przywodzące na myśl jazzowy scat, co tylko dodatkowo pokazuje, jak otwarte głowy mają muzycy. Drugim utworem, który jest nową jakością w twórczości zespołu, jest „Znikanie”. To już właściwie… ballada. Słychać w niej wpływy gotyku. Ale nie to jest chyba najbardziej zaskakujące. W jednym z wywiadów Tuja sugerowała kiedyś, że raczej nie będzie śpiewać o miłości. A dla mnie ten utwór to piękna, intymna opowieść miłosna o wspólnym starzeniu się i przemijaniu. Oczywiście mogę się mylić w interpretacji tego tekstu, ale tak go odczytuję. Na pewno jest to piękne zakończenie całości i chyba najspokojniejszy utwór w historii Wija.

Muszę koniecznie wspomnieć o warstwie lirycznej płyty. Teksty Marii Lengren są bardzo charakterystyczne i od zawsze stanowią jedną z największych zalet twórczości zespołu. Nie inaczej jest tym razem. Mam jednak wrażenie, że obecnie są jeszcze bardziej poetyckie, wieloznaczne i nieoczywiste. Tuja porusza w nich tematy związane z ludzką tożsamością, wolnością, trudnymi relacjami, pamięcią i przemijaniem. Wszystko to ubiera w charakterystyczne dla siebie, często groteskowe i niepokojące obrazy. Co ważne, nie podaje nam gotowych odpowiedzi, pozostawiając sporo miejsca na własne interpretacje. I właśnie za to tak bardzo cenię jej twórczość. Szkoda, że relatywnie tak mało osób zna ten zespół, bo dla mnie Tuja to jedna z najlepszych polskich tekściarek.
Pięknie rozwija się ten zespół. Niby każda płyta (czy też EP-ka) jest inna, a i tak zawsze słychać, że to Wij. Słychać również pasję i radość z tworzenia. Trudno ocenić, czy pod względem kompozycyjnym „Protisty” są ich najlepszym materiałem. Według mnie jest to jednak najbardziej dojrzały i świadomy album w dorobku grupy. Nie ma już surowości, która była obecna na debiucie, ale przecież czymś naturalnym jest, że wszystko ewoluuje i się zmienia. Podobnie jest z Wijem. Dla mnie każde z jego odnóży jest na swój sposób potrzebne i szlachetne. Muzycy mocno mieszają w kotle brzmień i inspiracji, ale przy tym wszystkim nie tracą tego, co najważniejsze – charakteru, dzięki któremu Wija nie sposób pomylić z żadnym innym zespołem. Nieważne, czy Tuja śpiewa melodyjnie, czy growluje, czy gitarze barytonowej Palca towarzyszy bas Druta, czy nie. To cały czas ten sam zespół. Pełen różnorodnych wizji, bezkompromisowy, nieoglądający się na oczekiwania innych. Wij buduje swój własny muzyczny świat, a kunktatorstwa trudno się w tym doszukać. Muzycy po prostu kochają przeróżne dźwięki i nie chcą zamykać się w żadnej z szufladek.
W 2024 roku Tuja powiedziała mi, że wszystkie muzyczne ewolucje Wija są organiczne i trudno przewidzieć, co jeszcze wyrośnie z tego osobliwego stworzenia. Po wysłuchaniu „Protistów” pozostaje mi tylko stwierdzić, że niecierpliwie czekam na jego kolejną mutację. Bo jeśli każda ma być równie interesująca, to niech ten Wij mutuje sobie do woli. Naprawdę dobry album!
Mariusz Jagiełło