IKS

Black Ritual over Poland | 23.10.2026, Hype Park – Kraków [Relacja tekstowa]

Tuż przed zmianą czasu na zimowy odbyło się w Krakowie nowe wydarzenie zorientowane na fanów oldschoolowego metalu, głównie tego spod znaku czerni. 23 października 2026 roku to data pierwszej edycji Black Ritual over Poland, która odbyła się w klubie Hype Park. Zaprezentowały się dwa polskie zespoły – Fortification i Arkona, oraz dwie zagraniczne gwiazdy o kultowym statusie wśród maniaków starszego metalu z ubiegłego wieku, czyli norweska Gehenna i szwedzki Morbid. Trzeba tu dodać, że obydwie skandynawskie grupy koncertują niezwykle rzadko, a w wypadku Morbid była to pierwsza wizyta w naszym kraju i właściwie jeden z ich kilku występów, jakie odbyły się w kontynentalnej Europie w całej historii zespołu, który niedawno wznowił działalność po ponad 30 latach. Trudno więc byłoby mi odpuścić taki zestaw, szczególnie grający pod samym nosem.

Wieczór rozpoczął najmłodszy stażem polski zespół Fortification. Choć zaczęli grać dla garstki ludzi – reszta stała w potężnej kolejce na zewnątrz klubu – nie wyglądali na zniechęconych. Już od pierwszych minut było słychać, że to grupa zapatrzona w ekstremalny metal przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku, kiedy granice między thrash i death (czy nawet black) metalem nie były jeszcze zbyt wyraźne. Więcej w strukturze ich kawałków z debiutanckiej EP-ki, które wybrzmiały tego wieczoru, nawiązuje do tego pierwszego gatunku, co – muszę przyznać – nieszczególnie mnie poruszyło, ale zwróciłem uwagę na interesujący styl wokalisty. Nie było tu typowego dla thrashu szczekania do mikrofonu, bo obsługujący również gitarę rytmiczną Body Thief przypominał mi bardziej Martina van Drunena z Asphyx. Gdyby jeszcze pozostali muzycy spróbowali przemycić coś do swoich partii z twórczości Holendrów, pewnie bardziej by mnie wciągnęło, ale rozumiem, że w tak młodym wieku rzadko się zwalnia. Fortification grali szybko i szybko skończyli, a oprócz kilku swoich autorskich kompozycji dorzucili jeszcze cover Violent Force. Choć moja nóżka nie chodziła do ich dźwięków, to wśród publiczności uruchomili się już pierwsi tancerze, którym udało się wejść do klubu, więc w kilku miejscach podłoga zaczęła kleić się od piwa – to znak, że klasyczny metalowy wieczór już się rozkręcił w ciągu tych 30 minut.

REKLAMA

 

Z polskich supportów byłem bardziej zainteresowany drugą grupą. Arkona to już weterani na naszej scenie, dzięki czemu był to jedyny zespół tego wieczoru, którego nie widziałem po raz pierwszy. I wiedziałem, że na pewien wysoki poziom mogę liczyć. Nigdy nie zasłuchiwałem się na przestrzeni lat w ich albumy studyjne, ale podobało mi się zawsze, jak brzmieli na żywo. Tam, gdzie na płycie za bardzo wychodzą na wierzch trochę zbyt rzewne melodie, tak podczas koncertów są one przykrywane cięższym brzmieniem i głośną monotonną perkusją. A to stanowi dla mnie zawsze o wiele bardziej przystępną propozycję. I właściwie podobnie było na Black Ritual. Warstwa klawiszy była puszczona z taśmy i ginęła często pod prującą podwójną stopą. Melodyjne partie charakterystyczne dla Arkony były wyraźne szczególnie przy zwolnieniach i w momentach, gdzie stanowiły intro i outro dla utworów. Niby chwalę ten efekt, ale druga strona medalu była taka, że kompozycje, które były studyjnie dość urozmaicone i pochodziły z różnych płyt, na żywo zlały mi się przez te 60 minut trochę za bardzo w jedną podobną masę. Swoją drogą, zastanawiam się też, dlaczego grupa, w której to melodyczne oblicze klawiszy jest tak ważne, nie zatrudniła sobie jeszcze na występy muzyka, który odpowiadałby za te partie grane na żywo. Z plusów trzeba wskazać bardzo solidny wokal Draca, szczególnie jego przeciągane przeszywające partie i przekrojową setlistę z utworami tylko po polsku. Arkona nie ogrywała wyłącznie ostatniej płyty. Niby połowa numerów pochodziła z wydanej dwa lata temu w Debemur Morti „Stella Pandora”, ale poleciały też dwa utwory z „Lunaris” i po jednym z „Chaos.Ice.Fire” oraz „Imperium”. Z debiutu wybrzmiał oczywiście klasyk zespołu – „Pluję na twą marność psie!” – zagrany na sam koniec występu najbardziej rozochocił parkietowych biegaczy.

 

Po dwóch polskich formacjach przyszła pora na główne dla mnie danie tego piątkowego wieczoru. Nie zliczę, ile razy widziałem na żywo wszystkich przedstawicieli norweskiego black metalu z drugiej fali, ale to miało być dla mnie pierwsze spotkanie z legendarną Gehenną. Dodatkowym atutem było to, że grupa skupia się obecnie na graniu materiału z ich najlepszego okresu twórczości, tego, który powstał w pierwszej połowie lat 90. I nie wydaje się to wyłącznie ukłonem w stronę fanów, zresztą Gehenna nie jeździ w regularne trasy koncertowe. Otóż w ich składzie znajdują się praktycznie wszyscy muzycy, którzy nagrywali pierwotnie numery, które zostały zgromadzone głównie na dwóch wydawnictwach z tamtych lat, czyli „First Spell” i „Seen Through the Veils of Darkness (The Second Spell)”. Aż 11 kompozycji z tych płyt stanowiło lwią część repertuaru, które uzupełniły najstarszy, zarejestrowany jeszcze na demówce, „Midwinter Forest” (zagrany na bis) oraz wydany w 1996 roku na drugim pełnym albumie „Touched and Left for Dead”. To był duży przywilej móc zobaczyć na scenie niemal wszystkich muzyków, którzy współtworzyli norweską scenę na początku ostatniej dekady ubiegłego wieku, ale wartość nie była tu tylko historyczna. Co najbardziej mnie uderzyło, to wymienność wokali dwóch gitarzystów i basisty. Nie było tu standardowego dla wielu zespołów prowadzącego wokalisty i wspierających go chórków – w Gehennie każdy, kto dzierżył gitarę, dysponował własnym unikatowym śpiewem i ze swojego zadania wywiązywał się kapitalnie. Za większość partii odpowiadali charakteryzujący się zimnym i wyraźnym stylem Dolgar oraz Sanrabb, który miał najniższy z całej trójki i bardziej chrapliwy skrzek, ale swoje dołożył też kilka razy Svartalv, którego przeszywające, upiorne wersy świetnie to wszystko uzupełniały (jak choćby w „The Myth…”). Trudno było przy takim urozmaiceniu wokalnym skupiać się na członkach obsługujących bardziej z tyłu sceny same instrumenty. Mogę tylko napisać, że swoje odbębnił klasyczny perkusista grupy – Dirge Rep, a partie wspomagającej Gehennę na żywo na klawiszach Kine Hult nie wychodziły za bardzo na wierzch. Podobnie jak przy koncercie Arkony dominowało brzmienie ciężkich gitar i perkusji, a fragmenty, kiedy na nagraniach studyjnych tych zespołów robi się trochę zbyt „ładnie”, na żywo brzmiały dużo ostrzej i na pełnej mocy. Wspominam tu jeszcze polski support nieprzypadkowo. Mniej więcej w połowie setu Gehenny, gdy poleciał utwór „Unearthly Loose Palace” z ich słynnej pierwszej EP-ki, zorientowałem się, jak duży wpływ mogła mieć ich muzyka na kolejne rzesze tych blackmetalowych zespołów, które skupiły się na melodiach budowanych przy pomocy klawiszy, jak choćby właśnie nasza Arkona. Zresztą nieprzypadkowo osobny rozdział poświęcił Norwegom Dayal Patterson w znanej prawdziwym fanom gatunku „Ewolucji kultu”. Muzykom Gehenny raczej też się podobało na scenie – byli na niej o 10 minut dłużej niż przewidywała czasówka imprezy i zagrali szybkiego bisa, co jest chyba u nich rzadkością. Ale zupełnie nie narzekam, bo dla mnie to był najlepszy koncert tego wieczoru.

 

Przyszła już pora na finał, czyli szwedzki Morbid. Reaktywowany parę lat temu na sporadyczne koncerty zespół to zdawałoby się przedsięwzięcie typowo rekonstrukcyjne, oparte na nostalgii fanów, którzy nie mieli prawa widzieć ich wcześniej. Zakończyli działalność w 1988 roku, kiedy to ich słynny wokalista Dead przeniósł się do norweskiego Mayhem – reszta jest już historią. Wznowienie działalności nie wydaje się jednak naciągane. Nieżyjącego już od wielu lat wokalistę zastąpił jego młodszy brat przyrodni – Necrobird, a gitary obsługują muzycy pierwotnego składu nagrywającego legendarne demówki pod koniec lat 80. – wszystko to pod wodzą ubranego w charakterystyczny biały kitel z zakładu psychiatrycznego Dra Schitza. Dodatkowo Morbid poza starymi numerami wykonuje na żywo trzy nowe kompozycje, nieopublikowane jeszcze „Stormbells Chime”, „Transylvanian Death” i „Grave 17”, które wybrzmiały również w Hype Parku w pierwszej części setu. Ale oczywiście większość zgromadzonych maniaków oldschoolu przyszła posłuchać starych klasyków. Wieczór otworzył „My Dark Subconscious”, poprzedzony przez wniesienie Necrobirda w trumnie na scenę – to był tylko początek teatralnych elementów, w które obfitowała niecała godzina z Morbid. Wspominałem już o kitlu Schitza, warto więc jeszcze dodać, że nakryciem głowy podkreślił swój dawny przydomek znany obecnie lepiej z Entombed Ulf Cederlund, czyli niegdyś Napoleon Pukes. Necrobird z kolei większość klasyka „From the Dark” odśpiewał w towarzystwie wielkiego odwróconego krzyża. A statyczny przez dużą część koncertu Dr. Schitz podzielił się z publiką swoją miłością do tradycyjnych szwedzkich ciasteczek semla, o których Dead napisał kilkadziesiąt lat temu w ramach żartu utwór „Disgusting Semla”. Jak to zrobił? No cóż, po prostu rzucił w widzów gigantycznym ciastkiem. Całe szczęście, że już pod koniec setu, bo do rozlanego piwa dołączyła na parkiecie bita śmietana, która usmarowała niejednego glana. Skupiam się tu na opisywaniu kwestii wizualnych, ale nie dlatego, że muzycznie koncert był słaby. Trudno się przyczepić do artystów – wywiązali się ze swojego zadania. I zagrali nawet parę nowych numerów, zamiast odbębniać kolejne klasyki, z których przecież uzbieraliby godzinną setlistę. Mimo że osobiście nie przepadam za thrash metalem, Morbid już te niemal 40 lat temu podchodzili do niego na tyle nowatorsko, że mógł się podobać fanom bardziej ekstremalnych gatunków. Choć dziś już te dźwięki nie są w stanie wywołać na mnie takiego wrażenia, to wraz z tymi teatralnymi elementami zaangażowali mnie wystarczająco, by set minął mi bez większego znużenia.

REKLAMA

 

Wieczór zleciał całkiem szybko, a pierwsza impreza pod szyldem Black Ritual przeszła do historii. Mam nadzieję, że to nie było jednorazowe przedsięwzięcie i organizatorzy zaczynają szykować kolejne koncerty. Na uwagę zasługuje to, że nie był to minifestiwal robiony metodą sklejenia dwóch zachodzących na siebie tras grup grających regularne koncerty klubowe. Obydwa zagraniczne zespoły przyjechały do Krakowa na specjalne zaproszenie (Gehennie urządzono nawet signing session w najstarszym w mieście metalowym sklepie), więc zobaczenie ich na żywo było – mówiąc wprost – dużą okazją. Nie dziwiło mnie nawet, że sądząc po ilości osób w Hype Parku, wydarzenie się wyprzedało lub było temu bliskie. A wśród publiczności oprócz języka polskiego słyszałem często angielski czy czeski, co może świadczyć o tym, że do Krakowa zawitali przybysze nie tylko z innych miast Polski, ale też spoza jej granic. Jestem ciekawy, co może zagrać na kolejnych Black Ritualach, nie obrażę się, jeżeli event się rozrośnie i zrobi się z tego w Krakowie regularny i pełnoprawny festiwal. Tym bardziej, że gdyby odbywał się również w jesiennym okresie, można by łatwiej ściągać grupy grające o tej porze roku na podobnych tematycznie europejskich imprezach. Trzymam kciuki i czekam na kolejne solidne propozycje z rejonów black metalu.

 

Adrian Pokrzywka

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020