IKS

Madeleine Liljestam, Rikard Ekberg (Eleine) [Rozmowa]

Eleine – szwedzka formacja, której muzykę określa się najczęściej mianem mrocznego, symfonicznego metalu (co jednakowoż nie w pełni oddaje jej rzeczywisty charakter, całość jest bowiem znacznie bardziej złożona, czerpiąca z różnych odmian tego potężnego, ciężkiego brzmienia) powraca do Polski z aż trzema koncertami (3.11 – Warszawa, 4.11 – Kraków, 5.11 – Poznań, organizatorem wydarzeń jest Winiary Bookings). Trasa jest preludium do premiery najnowszego wydawnictwa grupy, które na rynku ukaże się 4.12.2026. Kilku nowych utworów z pewnością nie zabraknie w setliście. O przygotowaniach do tego touru, a także o najnowszym wyjątkowym  albumie, pracy metodą DIY, tworzeniu w trzech różnych językach, a także o tym, co szczególnie podoba im się w naszym kraju, opowiadają mi Madeleine Liljestam – wokalistka oraz Rikard Ekberg – gitarzysta i wokalista zespołu.

 

Magda Żmudzińska: Na początku listopada zagracie 3 koncerty w Polsce. To będzie chyba wasza największa, jak dotąd, headlinerska trasa po Europie, zgadza się? Zakładam, że w związku z tym ciężkiej pracy, oczywiście, ale też i emocji nie brakuje…

REKLAMA

 

 

Rikard Ekberg: O tak, zdecydowanie! Wiesz, sami zajmujemy się produkcją, więc przygotowań jest tak dużo, że właściwie brakuje nam czasu, żeby na spokojnie o tym pomyśleć, ale oczywiście jesteśmy tym wszystkim bardzo podekscytowani, zwłaszcza, jeśli chodzi o koncerty w Polsce, bo – co zawsze podkreślamy w wywiadach – zaangażowanie waszej publiczności – jest absolutnie niesamowite. Tę energię czuje się i w trakcie show, i podczas spotkań meet&greet.

 

 

Madeleine Liljestam: Tak, zdarzało się, że przychodziły na nie osoby, które nawet nie mówiły po angielsku i w pierwszym odruchu zastanawialiśmy się: „ok, jak się dogadamy?” A jednak zawsze dogadywaliśmy się fantastycznie. Coś pięknego. Czasem nie potrzeba słów, aby osiągnąć to wspólne zrozumienie i uznanie, prawda?

 

 

MŻ: Zdecydowanie.

 

 

ML: Dodam jeszcze, że na przestrzeni ostatnich lat Polska stała się jednym z moich ulubionych krajów w całej Europie. Totalnie. Jest tu tak czysto i bezpiecznie. To niesamowite. I ludzie są bardzo mili.

REKLAMA

 

 

RE: Pełna zgoda. Ja bardzo lubię też w Polsce to, że macie tu tak mnóstwo świetnego jedzenia dla wegetarian i wegan.

 

 

MŻ: Miło mi to słyszeć! Zazwyczaj zespoły wyruszają w trasę promującą album po jego wydaniu. Wy odwróciliście kolejność i płyta ukaże się na koniec – zwieńczeniem całego touru będzie release show „The Water Taste of Blood”. Ja miałam przyjemność już zapoznać się z tą płytą i muszę wam powiedzieć, że to jest coś, czego akurat teraz było mi trzeba!

 

 

ML: Och, wow, dzięki, super miło nam to słyszeć! Takie słowa to dla nas zawsze miód na serce.

 

 

MŻ: Rikard, po premierze „We Shall Remain” powiedziałeś w jednym z wywiadów, że „to najlepszy album, jaki kiedykolwiek nagraliśmy”. Myślę, że to wydawnictwo moglibyście podsumować dokładnie tak samo. Zgodzilibyście się ze mną? Wiecie, wy z każdą kolejną płytą mocno podnosicie sobie poprzeczkę i gdy zdaje się, że jest już zawieszona tak wysoko, że trudno będzie ją przeskoczyć, bierzecie rozpęd i po prostu to robicie.

 

 

RE: Jak mógłbym nie zgodzić się z takimi pięknymi słowami? Dziękuję, naprawdę wielkie dzięki. Wiesz, zawsze dajemy z siebie wszystko. Bo oczywiście, jeśli sami nie wierzylibyśmy w to, co robimy, jak ktokolwiek inny mógłby nam uwierzyć? Piszemy o tym, co czujemy i widzimy, przez co przeszliśmy. I patrzeć na to, jak inni ludzie potrafią na to reagować – no, to jest bardzo poruszające.

 

 

ML: Jednym to dodaje sił, daje im poczucie wzmocnienia. Bo czasem wszystko, czego potrzebujesz, to świadomość, że nie jesteś sam z czymś, przez co przechodzisz, prawda?

 

 

RE: Ale jest też cała masa ludzi, dla których to jest po prostu zajebisty riff czy beat, dający im powera. Jeśli możemy być częścią czyjejś poniedziałkowej rutyny – nakręcenia się do działania i rozbudzenia przed pracą, to też jest niesamowite! Nie dla każdego tekst ma znaczenie, jeśli mamy być szczerzy – prawda? Jest mnóstwo osób, które do słów nie przywiązują żadnej wagi, dla których liczy się tylko melodia i energia danego kawałka. I o tych ludziach też nie należy zapominać, nigdy.

 

 

MŻ: Takiego napędzającego rytmu tej płycie z pewnością nie brakuje! Już otwierający album „Watch As We Rise”, wraz z pierwszym uderzeniem riffów, które jest jak wyważenie drzwi kopniakiem i pierwszymi słowami „join us” wywołuje we mnie reakcję: „hell yeah, i’m in!”. Świetny, killerski opener, z fantastycznym tekstem. Równie killerskie jest zamknięcie, „We Stand United”, z genialną warstwą liryczną. Mam wrażenie, że rozmieszczenie utworów na trackliście nie jest przypadkowe, że idzie za tym konkretne przesłanie. Rzeczywiście tak jest?

 

 

ML: Tak, w 100%. Zawsze tak robiliśmy. Lista utworów musi mieć sens. Kryje się za nią określone znaczenie. Chcemy, żeby to była podróż. Wszystko kręci się wokół dynamiki – mocny początek, chwila oddechu gdzieś pośrodku i ponowne uderzenie – ale też i wokół tekstów, jasne. Tu było to oczywiste, że te dwa kawałki to początek i koniec – „patrz, jak powstajemy” i zobacz, jak ostatecznie „stajemy zjednoczeni”. To jest cała opowieść.

 

 

 

 

MŻ: I świetnie w całość się składa. Jak dotąd wypuściliście 5 singli z płyty – „Empire of Lies”, „We March”, wspomniany „Watch As We Rise” , „Liars Linger” i „Ich sehe dich”. Myślę, że ten zestaw dobrze oddaje charakter płyty, choć domyślam się, że wybór nie był łatwy. To zresztą zawsze musi być niezwykle trudne zadanie. Jak sobie z nim radzicie?

 

 

ML: No cóż, czasami trzeba po prostu coś wybrać i się tego wyboru trzymać. Chciałabym oczywiście, żeby każda piosenka była singlem, bo wszystkie zasługują na uwagę. Zazwyczaj podchodzimy do całej sprawy tak, jak zauważyłaś – staramy się wybrać te utwory, które będą pod względem dynamiki, opowieści i znaczenia najpełniej oddawały istotę całości. Cieszymy się, że to nam się tu udało.

 

 

RE: To nigdy nie jest proste i nigdy nie wiesz, jak dane kawałki się rozwiną w przyszłości. Patrząc wstecz, myślę, że „Where Your Rotting Corpse Lie” powinno być singlem reprezentującym „Dancing in Hell”. Ale to może właśnie dlatego, że tak bardzo urósł podczas koncertów? Bo urósł do tego stopnia, że na stałe wpisał się już w nasze setlisty, nie może go zabraknąć. Niektóre numery muszą czasem po prostu dojrzeć. A niektóre czasem po prostu zupełnie niespodziewanie zaczynają żyć własnym życiem.

 

 

ML: I to jest piękne! To jedna z moich ulubionych piosenek, na pewno. Ale tak jak mówisz, musiała nabrać mocy. Niektóre kawałki są od pierwszego momentu singlowymi pewniakami, inne wręcz przeciwnie. A ty, co wytypowałabyś na singiel z naszej nowej płyty?

 

 

MŻ: Trudne pytanie i nie ma tu złych odpowiedzi, złych wyborów. Jeśli miałabym wskazać któryś numer, który jeszcze się nie ukazał, to chyba postawiłabym na tytułowy.

 

 

ML: O tak, cieszę się, że o nim wspomniałaś, to świetny kawałek, bardzo bliski mojemu sercu! Szczerze mówiąc, poważnie dyskutowaliśmy o jego wypuszczeniu, ale na koniec doszliśmy do wniosku, że wszystkie utwory poprzedzające są potrzebne, żeby dobrze go poczuć. W takim zestawieniu, w takiej kolejności, uderza jeszcze mocniej. Tu znowu wracamy do nieprzypadkowego ułożenia tracklisty. Cała koncepcja albumu ma znaczenie.

 

 

RE: Tak, ta piosenka ma rzeczywiście bardzo konkretny, specyficzny klimat. Ma też dużo fajnych elementów.

 

 

MŻ: I pewien zaskakujący twist…

 

 

ML: Prawda? Takich zaskoczeń, gdzie w połowie utworu wszystko się zmienia, jest na tym albumie kilka. Trochę pobawiliśmy się z tym jakby w ukrywanie jajek wielkanocnych. Częściowo dlatego, żeby przekonać się, czy ludzie faktycznie słuchają całości. Tak samo w „We March”.

 

 

MŻ: Tutaj rytm perkusji przypomina mi nieco nierówne bicie serca.

 

 

ML: Dokładnie to ilustruje. Ta zmienność w refrenach i przyspieszenie w dalszej części obrazuje…

 

 

MŻ: Wewnętrzną walkę?

 

 

RE: Tak, dobrze to ujęłaś!

 

 

MŻ: Świetny jest ten numer. Jestem także wielką fanką jedynych dwóch nie całkiem anglojęzycznych utworów na tej płycie – wspomnianego „Ich sehe dich”, w którym angielski mieszacie z niemieckim, oraz napisanego po szwedzku „Allt mitt blod”. Rzadko robicie takie wyjątki. Teoretycznie tworzyć w swojej ojczystej mowie pewnie byłoby prościej, ale czasem może właśnie łatwiej jest wyrazić coś w języku drugim czy trzecim? To pozwala spojrzeć na całe procesowane i transformowane w utwór doświadczenie z innej perspektywy?

 

 

RE: Coś w tym jest. Osobiście uważam, że tworzenie w języku ojczystym to świetny sposób na głębsze wyrażenie siebie. Ja sam mam niemieckie korzenie i cieszę się, że zaczęliśmy włączać niemiecki do naszej muzyki. Jest mi bliski. Natomiast oboje jesteśmy Szwedami, więc naturalnie myślimy i przeżywamy wszystko po szwedzku. „Allt mitt blod” z pewnością rezonuje inaczej z rodzimymi odbiorcami.

 

 

ML: Tak, rzeczywiście, jak na razie nieczęsto to robimy, ale zdarza się. Na przykład na albumie „We Shall Remain”. Jest tam piosenka zatytułowana „War das alles”. Zaczęła się jako wiersz. Napisałam go po angielsku i pomyślałam, że wygląda tandetnie. Potem napisałam go po szwedzku i brzmiało to jeszcze gorzej (śmiech). Spróbowałam po niemiecku. Nie mówię biegle w tym języku, nie mam tak jak Rikard niemieckich korzeni, ale gdy całość była gotowa, pomyślałam: „tak, to jest dokładnie to, co chciałam wyrazić tym wierszem”. To samo było z „Ich sehe dich”. I z „Allt mitt blod”. Napisaliśmy to w ogóle w naszym dialekcie, bo szwedzki też ma kilka odmian. Nasz, ten południowy, różni się nieco od północnego.

 

 

RE: Co do angielskiego, to on też naturalnie i płynnie łączy nam się z tymi językami, bo od dziecka jesteśmy go uczeni i się nim otaczamy. Posługujemy się nim też często w życiu codziennym. Jest bardzo plastyczny. I myślę, że niektóre rzeczy po prostu są sobie przeznaczone. Czasami brakuje właściwych słów w jednym języku i wówczas z pomocą przychodzi ten drugi. Niemiecki jest dziś postrzegany jako język wprost stworzony dla metalu i duża w tym zasługa Rammsteina. To oni wynieśli go na ten zupełnie inny poziom.

 

 

ML: Tak, totalnie. Uwielbiam poezję Tila Lindemanna, jego styl pisania. I pamiętam, jak czytałam jego wiersze, a potem tłumaczyłam je na szwedzki, żeby się dowiedzieć i zrozumieć, o co w nich chodzi. I po translacji okazywało się, że nie, nie jest to nic wow. Ale po niemiecku uderzało mnie to bardzo mocno, czułam te utwory, nawet jeśli to nie był mój język.

 

 

 

 

MŻ: Wracamy więc trochę do tej komunikacji na innych poziomach – tej, do której słowa czasem są zbędne. I wiecie – to naprawdę niesamowite, ile wasza muzyka i wasze teksty dają siły i poczucia zrozumienia waszym słuchaczom, jak potrafi wyciągać ich z mroku i motywować do działania, przekonywać, że nawet jeśli doświadczyłeś tych wszystkich łamiących serce rzeczy, podniesiesz się i wyjdziesz z tego wszystkiego jeszcze silniejszy. Przepisywałabym ją ludziom na receptę! Czy dla was muzyka jest też takim narzędziem do oczyszczania, katalizatorem do działania, gdy brakuje sił?

 

 

ML: Jak najbardziej. Pisanie muzyki jest terapeutyczne, przynajmniej moim zdaniem. Naprawdę. To coś, czego nigdy nie chciałabym stracić w swoim życiu. A jeśli chodzi o słuchanie, to zdecydowanie jest to coś, co potrafi podnieść mnie na duchu czy sprawić, że czuję się mniej samotna z konkretnymi emocjami. Na przykład „Gladiator” i jego ścieżka dźwiękowa – to mój ulubiony film i ulubiony soundtrack. Jest moim lekiem na całe zło. Są dni, kiedy włączam go prawie codziennie i nadal potrafię czerpać z tego inspirację. W ogóle inspiruje mnie wszystko, co widzę, czuję i słyszę.

 

 

RE: Kiedy czuję się bardzo przytłoczony, siadam przy pianinie i po prostu gram. Przekuwam myśli i uczucia w te dźwięki, i to jest bardzo, bardzo wyzwalające. Czasami dźwigasz tak wiele i nie możesz tego wyrazić słowami. Zamiast mówić o tym na zewnątrz, siadam przy klawiszach i w ten sposób w pewnym sensie mówię sam do siebie, toczę wewnętrzną walkę. Na płycie jest miniatura – „As I Walk Alone” – 76-sekundowy instrumental, i to był jeden z tych momentów, kiedy wyraziłem swoje uczucia muzyką. Wszystko wyszło od poczucia osamotnienia, w którym to mimo wszystko wstałem i szedłem dalej, naprzód. To była emocja, która jednocześnie napełniła mnie nadzieją. Poza tym tak naprawdę nie słucham zbyt dużo muzyki, raczej słucham podcastów, głównie technologicznych albo opowiadających o wszechświecie, na przykład  Neila deGrasse Tysona. To na mnie dobrze działa.

 

 

MŻ: Żałuję ogromnie, ale kończy nam się czas. Na zamknięcie chciałabym was zapytać o jeszcze jedną rzecz – prawie 10 lat temu, w 2017 roku, założyliście własną wytwórnię – Algoth Records, wówczas wyłącznie na potrzeby ponownego wydania waszego debiutanckiego albumu. Kolejne płyty wydawaliście z Black Lodge Records i później Atomic Fire. Teraz „The Water Taste of Blood” zdecydowaliście się wypuścić samodzielnie. Co spowodowało tę zmianę? Ja wiem, że jesteście bandem, który mnóstwo rzeczy ogarnia własnymi siłami – jak choćby wspomniana na początku rozmowy produkcja trasy – i nie boicie się ciężkiej pracy, ale to jest jednak naprawdę duże wyzwanie.

 

 

ML: To prawda, to zawsze jest wyzwanie, a my mamy to do siebie, że podejmujemy  je odważnie. Algoth Records to nasza własna wytwórnia, jak już wspomniałaś. To niezależne wydawnictwo. Daje nam pełną swobodę. Podjęliśmy taką decyzję, ponieważ zauważyliśmy, że tam, gdzie byliśmy, nie do końca wszystko się sprawdzało. I żeby osiągnąć jak najlepszy wynik, musieliśmy po prostu zrobić ten duży i – jasne – niełatwy, dla wielu pewnie też niezrozumiały krok.

 

 

RE: I szczerze mówiąc, to była dla nas oczywista decyzja. Trudna, ale niepozostawiająca żadnych wątpliwości. Wiedzieliśmy, że sobie poradzimy. I oczywiście, że będzie to wymagało od nas dużo więcej znacznie cięższej pracy. Ale warto było. Mamy też wokół siebie dobrych ludzi, których osobiście wybraliśmy do wspólnego działania. Wiemy, że możemy na nich liczyć. I że najlepsze wciąż przed nami.

 

 

Rozmawiała Magda Żmudzińska

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020