Jeśli ktoś zastanawia się, co słychać w świecie stonerowo-psychodelicznego etno/folku, to mam przyjemność poinformować, iż jest w dalszym ciągu wyśmienicie. Wszystko to za sprawą nowej EP-ki zatytułowanej „Dziegieć” od krakowskiego duetu Jarzmo. O co chodzi z nietypowym określeniem gatunku, który gra małopolski duet? Dla przypomnienia (tudzież zapoznania się w ogóle), jest to muzyka wykonana na nyckelharpę oraz perkusję i dwa wokale. Jarzmo czerpie garściami z dawnej ludowej muzyki z różnych regionów Polski i wykonuje ją w psychodeliczno-stonerowym wydaniu. Wspomniana nyckelharpa nie boi się przygruzować solidną dawką fuzzu, z kolei perkusja nie stroni od bardziej połamanych psychodelicznych rytmów. Symbolika, w jakiej porusza się zespół, jest również intrygująca, ponieważ formacja uważa, iż żyjemy w czasie preapokaliptycznym: ponurym i zaśmieconym. Samo słowo „jarzmo” oznacza niewolę, uprząż bydlęcą lub urządzenie trzymające w ryzach różne części.
Muzyka Jarzma zdaje się być równie pesymistyczna i niejednoznaczna, co ich wizerunek, zresztą muzycy udowodnili to już na debiutanckim długograju „Antropocen”, traktując krytycznie erę człowieka. „Dziegieć” również nie stroni od negatywnych aspektów człowieczeństwa, skupiając się tym razem jednak bardziej na kwestii społecznej: podziale „my/oni” oraz „dobrzy/źli”, który potrafi być często wykorzystywany do rodzenia konfliktów czy wzajemnej nienawiści.

„Dziegieć” ma interesującą strukturę: EP-ka składa się z dwóch utworów, z czego pierwszy podzielony jest na dwie części. Pierwsza część „Słonokwaśnego” zdaje się dźwiękowo jak najbardziej przedstawiać zawarty w tytule smak. Nie oszukujmy się: smak, który przechodzi ze słonego w kwaśny nie brzmi szczególnie przyjemnie. Taka jest też muzyka w części pierwszej utworu: kontrolowany chaos brzmiący w moim odczuciu jak kłótnia pomiędzy nyckelharpą a perkusją, której oczekiwałbym bardziej po kawałku free-jazzowym, aniżeli folkowym. Kiedy wkracza przester, ta psychodeliczna dziwność nabiera (na chwilę) pewnej formy, zakażając potężnym groovem, aby następnie oscylować pomiędzy hałaśliwym i psychodelicznym folkowym gruzem a bardziej tajemniczym, połamanym dźwiękiem na krawędzi szaleństwa. Druga część utworu jest bardziej hipnotyczna, ale też niepokojąca i budująca napięcie. Dużo bardziej rytualistyczne podejście z fuzzem, od którego może zatrząść się ziemia. Do tego te zaśpiewy w akompaniamencie coraz bardziej gęstniejącej muzyki, kończąc utwór przesterowaną ścianą hałasu niczym Electric Wizard… coś niezwykłego. Uwielbiam, gdy muzyka sprawia, że wczuwam się tak bardzo, iż robi ze mną w zasadzie, co chce.
EP-kę zwieńcza tytułowy „Dziegieć”, będący z jednej strony masowaniem wnętrzności fuzzem, z drugiej poruszający wyobraźnię niezwykłymi melodiami i nietypową pracą perkusji, gdzie ciężko jest wychwycić jakiś element stały. Nagle wkraczamy w krainę totalnego bad tripu, w której niczym mantra powtarzane są słowa o podziale „my i oni” oraz „my jesteśmy dobrzy, oni są źli”. Przy tej niepokojącej muzyce, która robi się coraz bardziej złowieszcza, nie trzeba więcej, aby wywrzeć odpowiednie wrażenie. Warto sobie to przemyśleć w świecie coraz ciaśniejszych baniek informacyjnych.
Na koniec ciekawostka: wersja albumu przygotowana na streamingi jest niekompletna. Utwory w kulminacyjnych momentach są przerywane informacją wypowiadaną przez muzyków o tym, iż serwisy streamingowe wykorzystują twórczość mało znanych artystów bez ich wiedzy oraz zgody, zachęcając tym samym do korzystania z Bandcampa i innych bardziej etycznych źródeł obcowania z muzyką. Czy ten głos zostanie usłyszany, czy może jest to krzyczenie na chmury? Czas pokaże, ale jedno jest pewne: biernością jeszcze nikt nic nie zdziałał. Trzymam kciuki za lepszy świat, aby Jarzmo nie musiało być ostrzeżeniem przed nadchodzącą apokalipsą.
Marek Oleksy (Gruz Culture Propaganda)