IKS

Joe Casey (Protomartyr) [Rozmowa]

Protomartyr wraca z nowym siódmym albumem studyjnym. Wokalista i autor tekstów, Joe Casey, opowiedział mi zarówno o swoim wkładzie w powstawanie „Hotel Usona”, jak i całym pierwotnym pomyśle na koncept i jego potężne brzmienie. Porozmawialiśmy też o mediach społecznościowych, AI, starości, ciężkim życiu i szukaniu w nim radości. Oczywiście nie pominęliśmy też tematu koncertów. Choć Protomartyr nie ma na razie zaplanowanych żadnych w Polsce, Joe zdradził, że najprawdopodobniej uda im się do nas dotrzeć w przyszłym roku. Po więcej szczegółów zapraszam do tekstu.

 

Adrian Pokrzywka: „Hotel Usona” ukazuje się trzy lata po poprzednim albumie studyjnym. Zauważyłem, że od dłuższego czasu wydajecie płyty w równych odstępach czasowych. To przypadek, czy macie ściśle opracowany harmonogram, którego się trzymacie?

REKLAMA

 

 

Joe Casey: To właściwie przypadek. Zazwyczaj wygląda to tak: wydajemy płytę, spędzamy rok w trasie koncertowej, a później liczba występów zaczyna spadać. Myślę sobie wtedy: „Dobra, trzeba zacząć nad czymś pracować”. Poświęcamy wtedy rok na pracę nad płytą, a później nagrywamy ten materiał. I wtedy, z nieznanych mi powodów, mija kolejny rok, zanim ten album ujrzy światło dzienne. Właśnie sprawdzałem daty w swoim kalendarzu i dokładnie rok temu byliśmy w zachodniej części stanu Nowy Jork i nagrywaliśmy „Hotel Usona”, więc tak to już po prostu wygląda. Chciałbym wydawać coś co roku, ale z drugiej strony ludzie pewnie mieliby nas dosyć, więc ten trzyletni cykl wydaje się mieć sens.

 

 

AP: Porozmawiajmy więc o samym „Hotel Usona”. Podoba mi się, że wróciliście do instrumentów dętych, które pojawiły się już na „Ultimate Success Today”. Na nowym albumie nadają waszemu brzmieniu ogromnej mocy. Kto wpadł na pomysł takich aranżacji?

 

 

JC: To w 100% zasługa Grega, naszego gitarzysty. Jeśli chodzi o wymyślanie podstawowych pomysłów na utwory, można nazwać go naszym muzycznym liderem. Przy okazji „Ultimate Success Today” stwierdził, że warto by zaprosić muzyków jazzowych do improwizowania na tle tego, co tworzymy. Wtedy dominowały instrumenty stroikowe, a tym razem zależało mu na rozbudowanej sekcji instrumentów dętych blaszanych. Gdy te kilka lat temu wpadł na pomysł zaangażowania jazzmanów, wydawało mi się to fatalnym pomysłem. Często wymyśla takie rzeczy, które później są dla niego iskrą, która popycha go do pisania nowej muzyki. Efekty są później całkiem niezłe, więc nabrałem chyba wreszcie zaufania do niego. Podobnie było przy poprzedniej płycie [„Formal Growth in the Desert” – przyp. AP], kiedy chciał użyć elektrycznej gitary hawajskiej. Gdy weszliśmy do studia, muzyk grający na niej powiedział mu: „Napisałeś partie, których nie jestem w stanie zagrać – rzeczy fizycznie niemożliwe do wykonania na tym instrumencie”. Greg jednak już wtedy wiedział swoje, po prostu tego chciał. (śmiech) Często ma dość gitary i nie ma ochoty na niej grać. Dlatego napisał znacznie więcej partii na instrumenty dęte. I myślę, że to się sprawdziło.

REKLAMA

 

 

AP: Też tak uważam. Brzmią bardzo filmowo, nie są zbyt skomplikowane, ale mają ogromną siłę wyrazu. W ogóle uważam, że na nowym albumie brzmicie bardzo dramatycznie. Jednym z moich ulubionych utworów jest „Converts” z tą poszarpaną, nerwową partią gitary. Wiem, że jesteś wokalistą i powinienem pewnie spytać o nią Grega, ale zastanawiam się, czy też masz wpływ na samą muzykę. Może niekoniecznie na aranżację poszczególnych dźwięków, a bardziej na jakieś wskazówki dotyczące klimatu konkretnych utworów albo całego albumu. Jak to wygląda w praktyce?

 

 

JC: „Converts” to ciekawy przypadek. Ale zacznijmy może od tego, że tym razem reszta zespołu była przy tworzeniu tej płyty dość rozproszona. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na wspólne próby i pracę nad utworami, więc to Greg musiał wykonać mnóstwo rzeczy samodzielnie. A w przypadku „Converts” – a to było na wczesnym etapie – Greg zaopatrzył się w kilka nowych efektów gitarowych. Nie pamiętam teraz dokładnie, którego z nich akurat użył, więc nie podam ci nazwy, ale sprawiał, że jego gitara brzmiała niesamowicie. Moment, kiedy ja mogę wkroczyć, jest na etapie wstępnych pomysłów na utwory. Jeżeli powiedziałbym mu wtedy, że to brzmi fatalnie – wziąłby to pod uwagę. No ale to brzmiało rewelacyjnie. Stwierdził więc, że spróbuje napisać piosenkę wokół tego dziwnego brzmienia, które uzyskał. Najczęściej mój wkład ogranicza się do zwykłych „podoba mi się” albo „nie podoba mi się”. Jesteśmy zespołem na tyle długo, by wiedzieć, kiedy możemy coś wnieść. Czasem mogę zasygnalizować, że dany fragment może być refrenem albo że jakąś inną partię można rozbudować czy wzmocnić. Ale tym razym zdecydowanie oddaliśmy stery Gregowi. A my nie chcemy ograniczać jego pomysłów, bo sam dla siebie jest najsurowszym krytykiem. Przy „Lavender – Gospel” wyglądało to na przykład tak, że powiedziałem: „Hej, napiszę piosenkę o AI i dronach wojennych. Pomyśl, jak to powinno brzmieć, i coś do tego wymyśl”. To była jedyna wskazówka, jakiej mu udzieliłem, a on pociągnął temat dalej.

 

 

AP: Zdarza się, że piszesz tekst przed skomponowaniem utworu?

 

 

JC: Nie, tekst zawsze powstaje jako drugi. Kiedyś zapisywałem sobie różne pomysły w notesie. Teraz w telefonie mam różne frazy, tytuły piosenek albo tematy, o których ciekawie byłoby zaśpiewać. A kiedy już pojawia się muzyka, sprawdzam, czy któryś z pomysłów z mojej listy pasuje do nastroju, jaki ona ze sobą niesie. W ten sposób zazwyczaj zaczynam pisać piosenkę. Muzyka musi więc być na pierwszym miejscu. Nigdy tego nie próbowaliśmy, by skomponować utwór do całego gotowego tekstu, choć pewnie byłby to ciekawy eksperyment. Ale myślę też, że teraz, dzięki temu systemowi pracy, piosenki nie są banalne i nie są wtłoczone w sztywne ramy. Zespół może dzięki temu wymyślić cokolwiek. A ja lubię to wyzwanie: sprawdzanie, czy uda mi się podpiąć pod jakiś pomysł i odnaleźć w nim piosenkę, którą mógłbym zaśpiewać.

 

 

AP: Jasne, rozumiem. Podoba mi się ogólny zamysł albumu, w którego tytule jest słowo „hotel”, a każdy utwór odpowiada innemu pokojowi. Czeka nas w każdym jakaś inna historia, ale wszystkie są w jednym budynku, więc pewnie mają jakiś wspólny mianownik. Co łączy utwory na „Hotel Usona”?

 

 

JC: Chciałem narzucić sobie pewne ramy, żeby wszystko miało jakiś motyw przewodni, i zastanawiałem się, jak daleko można z tym zajść. Bo hotel może być takim z koszmarów, prawdziwym budynkiem albo po prostu pewną ideą. Pisząc piosenkę, miałem mnóstwo ścieżek, którymi mógłbym podążyć. Taki właśnie był pierwotny pomysł, nie wiedziałem jeszcze, kto miałby w tym hotelu mieszkać ani co miałby ten budynek symbolizować. Ale w trakcie pracy nad utworami stało się dość jasne, że całość będzie prawdopodobnie traktować o obecnej sytuacji w Ameryce i tym, co się tam dzieje. Właściwie wszystkie płyty Protomartyr takie są, choć nigdy nie eksponują tego wątku aż tak wyraźnie, by czynić go głównym tematem. Wszystko kręci się więc wokół Ameryki i bieżących wydarzeń. Czułem po prostu, że każdy inny temat wydawałby się, przynajmniej w moim odczuciu, nieco błahy. Nie wiem, czy słusznie, ale tak to wyglądało. Czułem, że nie mogę tego pominąć. Niewłaściwe byłoby nagranie sześciu płyt Protomartyr odnoszących się do naszej rzeczywistości, a przy siódmej całkowite zignorowanie tego tematu. Gdy stwierdziłem, że po prostu napiszę o tym kolejną płytę, poczułem wręcz pewną ulgę.

 

 

AP: To naturalny temat dla Protomartyr. Dziwnie byłoby powstrzymywać się przed nim.

 

 

JC: Dokładnie tak. Kiedy pojawił się wątek ze starym, rozpadającym się hotelem, który nie funkcjonuje tak, jak powinien – to po prostu idealnie pasowało. To doskonała analogia do sytuacji w Ameryce, przełożenie jeden do jednego. Pisanie piosenek przyszło mi z dużą łatwością, gdy już ustaliliśmy, o czym będzie ten materiał.

 

 

 

 

AP: Podoba mi się teledysk do „Sounds We Cannot Hear”. Jest bardzo hipnotyzujący, ma wciągającą narrację i świetne zdjęcia. Wydaje się być częściowo krytyką mediów społecznościowych i tego, jak nami sterują – tak, jakbyśmy próbowali definiować samych siebie wyłącznie przez ich pryzmat. To trafne, a zarazem przerażające spostrzeżenie. Jakie jest twoje zdanie na ich temat? To nasze przekleństwo, czy narzędzie ułatwiające codzienne życie?

 

 

JC: Na początku pewnie chodziło o dobre intencje. Istnieją już wystarczająco długo, byśmy mogli zobaczyć, jak to wygląda – zwłaszcza teraz, gdy wszystko kształtowane jest przez algorytmy. Zamykają nas w bańkach informacyjnych, więc nie doświadczasz świata takim, jakim jest naprawdę, tylko takim, jakim chce widzieć go twój algorytm. Widać to zwłaszcza u starszych osób, które dają się nabierać AI i wierzą we wszystko co jest na zdjęciu. Fakt, że nie możemy już ufać fotografiom i nagraniom wideo, że nie sposób ustalić, co jest prawdą, wydaje się całkowitym zaprzeczeniem tego, czym miał być Internet. Mam wrażenie, że możemy być teraz w punkcie zwrotnym, ale kto wie… Ciekawe, jak daleko to zajdzie, zanim trzeba będzie nieco ograniczyć lub kontrolować technologie typu AI. Pokolenie wyżu demograficznego jest teraz całkowicie miażdżone przez sztuczną inteligencję. Dotyczy to też młodszych dzieci. Mam znajomych nauczycieli, którzy mówią, że muszą opracować na nowo system nauczania i wrócić do takiego z XIX wieku, bo AI kompletnie zrujnowało edukację. Problem dotyka więc obu końców układu społecznego, a skoro obrywa się im, to środek pewnie też na tym cierpi. Nie mam więc dobrego zdania o mediach społecznościowych.

 

 

AP: Rozumiem to, bo ja też nie mam w związku z tym dobrych przemyśleń. W utworze „Exalted Eagles” mówisz coś w stylu: „Dostaliśmy złą recenzję”, po czym wchodzi partia instrumentalna, jakby była to przekorna odpowiedź, że was to nie obchodzi i będziecie grać dalej. Czy tak jest naprawdę? Nie interesują was recenzje?

 

 

JC: Wiesz, cały dramatyzm tej sytuacji polega trochę na tym, że jedyną monetą w tej sferze, której możesz się trzymać, jest informacja zwrotna. Teraz wszyscy dają feedbacki każdemu. A ja jestem jedną z tych osób, która przeglądając 100 recenzji na swój temat, nie zainteresuje się 99 dobrymi, tylko skupi się na tej jednej negatywnej. Natomiast w tej piosence chodzi jeszcze o coś innego. Dziś bez względu na to, czy jesteś korporacją, czy osobą fizyczną, potrzebujesz informacji zwrotnej. Idziesz do restauracji i pytają cię o to, jak sobie poradzili z twoim daniem – kciuk w górę albo w dół. Wszystko opiera się teraz na tym, czy coś ci się podoba, czy tego nienawidzisz. Nigdy nie widziałem nas w takim okropnym stanie, gdzie wszyscy wokół kręcą się i pytają się ciebie: „Czy nas lubisz?”. I niestety nie jest to dziwne w takim kraju jak Ameryka, gdzie u władzy jest narcyz, który potrzebuje innych ludzi, by mówili mu, jak dobrze sobie radzi.

 

 

AP: Coś w tym jest. Po kilku przesłuchaniach wciąż nie rozgryzłem jeszcze wszystkich tekstów, ale założę się, że nie śpiewasz o wesołych rzeczach, chociaż liryki mogą mieć swój humor. Czy myślisz, że nadejdzie taki czas, kiedy nie będziesz już miał czego krytykować i będziesz po prostu śpiewał o tym, jakie wszystkie jest piękne.

 

 

JC: Tak, kiedy nabawię się uszkodzenia mózgu. (śmiech) A tak serio, myślę, że mógłbym podejść trochę bardziej optymistycznie do rzeczywistości w tekstach. Zresztą jesteśmy zespołem, który zawsze chce robić kolejne rzeczy trochę inaczej, nie lubimy się powtarzać. Ja nawet za każdym razem, gdy siadam do pisania tekstów na nową płytę, myślę sobie, że to będzie ta pozytywna. A później wychodzi jak zwykle u nas. Może kiedyś napiszę coś weselszego, może na początku będzie to tylko EP-ka albo singiel. Myślę też w głębi ducha, że nie może być tak tragicznie, nie jest tylko tak, że życie jest cierpieniem. Ok, to jest nieszczęście za nieszczęściem, ale ludzką reakcją na to jest zmuszanie się do chwil radości. Więc to przyjdzie. Chyba. Wiesz, właśnie urodziło mi się dziecko i Greg martwił się, że napiszę album o tym, że bycie rodzicem jest najwspanialszą rzeczą, i o uśmiechu, o promykach światła w uśmiechu dziecka itd. (śmiech) Ale obiecałem mu, że tego nie zrobię. Ale na kolejnej płycie… kto wie.

 

 

AP: Przeglądałem na przestrzeni lat różne wywiady z Protomartyr i zauważyłem, że dziennikarze prawie zawsze pytali o różnicę wieku między tobą a resztą składu. Chciałbym nieco odwrócić tę perspektywę, bo od założenia zespołu minęło sporo czasu i wydaje mi się, że po niemal dwudziestu latach ta różnica się zatarła. Im jesteście starsi, tym bardziej się do siebie zbliżacie – tak mi się przynajmniej wydaje. Jak ty to widzisz?

 

 

JC: W zeszłym roku graliśmy koncerty z okazji dziesiątej rocznicy wydania naszej trzeciej płyty. Musiałem więc wrócić do starych nagrań z tamtego okresu, żeby przypomnieć sobie niektóre utwory. I byłem zszokowany, widząc siebie sprzed dekady. Uważałem się wtedy za grubego starego nieudacznika. A gdy to teraz oglądałem – widziałem szczupłego młodego faceta. Ta perspektywa wydaje mi się zabawna. Granie w zespole to jest w ogóle zajęcie dla młodych. Moi koledzy z zespołu są teraz starsi, niż ja byłem, gdy zakładaliśmy Protomartyr. Więc tak jak mówisz – wszystko się wyrównało. Teraz chyba wszyscy jesteśmy za starzy. (śmiech) Mam nadzieję, że z każdym rokiem będę ewoluował i z „gościa z zespołu” awansuję na pozycję „weterana sceny” – osoby szanowanej za to, jak długo siedzi w tej branży. Ale na razie tak nie jest. Wszyscy pamiętali, że byłem stary, kiedy tak naprawdę byłem młody, a teraz, kiedy naprawdę jestem stary… nikogo to nie obchodzi. Więc nie zyskałem jeszcze szacunku należnego starszemu stażem muzykowi, na jakim mi zależy, ale będziemy próbować dalej.

 

 

zdj. Trevor Naud

 

 

AP: Trzymam kciuki. Powoli kończy nam się czas, ale chyba zdążę zapytać o jeszcze jedną rzecz. Usłyszałeś ode mnie dużo zasłużonych pochwał dotyczących „Hotel Usona”, ale teraz muszę trochę ponarzekać…

 

 

JC: Wiesz co, chyba muszę już lecieć… (śmiech)

 

 

AP: (śmiech) …ponarzekać na to, że dawno nie było was w Polsce. Ostatni raz był prawie 10 lat temu, a podczas nadchodzącej trasy też nie macie zaplanowanych u nas żadnych koncertów. Najbliżej mam do Pragi w Czechach, ale tam chyba nie uda mi się dotrzeć. Z czego to wynika? Mamy takich słabych promotorów? Nie podobało wam się ostatnio u nas?

 

 

JC: Nie o to chodzi. Właściwie ostatnio rozmawiałem z różnymi osobami z Polski, nawet częściej niż z przedstawicielami innych krajów. Mówiłem nawet naszemu menedżerowi, że Polska naprawdę teraz dopisuje, i pytałem go o to, dlaczego tam nie gramy. Ta sytuacja wydaje się bez sensu. Powiem dwie rzeczy. Nasz pierwszy w życiu koncert w Europie odbył się w Polsce, na OFF Festivalu. To występ, który pamiętamy doskonale. Kiedy gra się mnóstwo gigów, pewne rzeczy zacierają się w pamięci – a tamto wydarzenie wywarło na nas ogromny wpływ. Byliśmy wtedy zwykłym garażowym zespołem z Detroit, a występ na tak dużym międzynarodowym festiwalu był dla nas czymś niesamowitym. Co do drugiej rzeczy, Polska chyba dzieli los z Detroit w USA – mamy tam wielu fanów, ale jesteśmy traktowani jako rynek drugoplanowy. Różne zespoły często grają w Chicago, a potem przejeżdżają przez Detroit w drodze do innego miasta. Myślę więc, że może chodzić o lokalizację. Ale fakt, że tym razem gramy w Pradze – bo w Czechach też występowaliśmy rzadko, daje mi nadzieję na dotarcie bardziej na wschód Europy, w tym do Polski. Musimy sami zacząć o to zabiegać. Przez długi czas mieliśmy podobną sytuację w Irlandii – nie mogliśmy tam trafić przez problemy logistyczne. W końcu dopiąłem swego i dojechaliśmy tam… a później przez jakieś 10 lat graliśmy tam tyle razy, że mam już dosyć Irlandii. (śmiech) Rozmawiałem już z naszym menedżerem i namawiam go do Polski. Na razie próbuje nam załatwić ponowny występ na OFF Festivalu. Jak wspominałem ci na początku, po wydaniu płyty spędzamy jakiś rok w trasie, więc będziemy chcieli przyjechać do Europy w okresie letnim, zagrać na kilku festiwalach i zwiedzić trochę sam kontynent, zobaczyć go więcej. Wiesz, Niemcy są świetne, ale mam wrażenie, że za każdym razem, gdy jedziemy do Europy, gramy tam ze 20 koncertów. To zapewne kwestia logistyki, finansów itd. W każdym razie nie mamy nic przeciwko Polsce i mam nadzieję, że znów tam zagramy.

 

 

AP: No cóż, dziękuję za wyjaśnienie tej kwestii. Pogadaj jeszcze z menedżerem. Praga jest ostatnim przystankiem waszej europejskiej trasy. Może uda się ją nieco wydłużyć? I z przyjemnością zobaczyłbym was na OFFIE. Swoją drogą, byłem tam raptem trzy dni temu [rozmowa odbyła się w połowie sierpnia – przyp. AP]. Festiwal dalej się odbywa i z roku na rok się rozwija…

 

 

JC: Wiesz, co roku patrzę na plakat każdej edycji i czuję ukłucie zazdrości. Myślę sobie: „Dlaczego tam nie gramy? Powinniśmy tam grać”. Bardzo lubię też koncerty klubowe, a mam wrażenie, że zagraliśmy w Polsce tylko jeden taki koncert. Dwa razy występowaliśmy też na festiwalach, ale za drugim razem ten festiwal był chyba tylko z nazwy, bo graliśmy w barze [chodzi prawdopodobnie o Spring Break 2016 i występ w poznańskim klubie Pod Minogą – przyp. AP]. Ale tak, musimy do was wrócić i po prostu zagrać. Dla mnie na tym polega bycie w zespole – na koncertowaniu i zwiedzaniu świata.

 

 

AP: Zostaniecie tu ciepło przyjęci. Ok, Joe, dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że zobaczymy się już w przyszłym roku.

 

 

JC: Ja też. Do zobaczenia!

 

 

Rozmawiał Adrian Pokrzywka

 

Za pomoc w zorganizowaniu tej rozmowy pragniemy podziękować SONIC Records.

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020