Wrocławski festiwal Avant Art trwał w tym roku wyjątkowo długo, bo aż w dwa pełne weekendy i niemal cały tydzień pomiędzy nimi (3-13.09.2026). I to jest też niestety największą wadą tej imprezy dla osób spoza Wrocławia – atrakcji jest aż za dużo, by w pełni się nimi nacieszyć. Choć bardzo bym chciał spędzić w stolicy Dolnego Śląska te 11 dni i chodzić sobie codziennie na koncerty, to w praktyce trudno to zrealizować. Trzeba więc wybierać. Mimo że festiwal był w tym roku tak rozciągnięty, to jednak gdy odkryto karty i organizatorzy podali harmonogram, już wiedziałem, co wybiorę. 11 i 12 września ułożyły się dla mnie idealnie. Mogłem zobaczyć w te dni nie tylko swoich muzycznych faworytów, ale odkryć nowych, nieznanych mi jeszcze artystów. Czyli najlepszy możliwy układ dla nałogowego koncertowicza. Jeśli chodzi o pewniaków, wiedziałem, że będę mógł liczyć na świetne występy The Necks i Zu. To naprawdę nie będzie wielki spoiler, jeżeli już we wstępie napiszę, że takie właśnie były. A co do nowych dla mnie artystów, szczególnie ciekawił mnie sobotni wieczór w Protokulturze i to, jak zaprezentują się razem na scenie polskie instrumentalne trio Extensa z gościnnym udziałem Mikołaja Trzaski oraz kanadyjski mocno improwizujący zespół Earth Ball. Oczywiście to nie jedyni ważni wykonawcy drugiego weekendu podczas Avant Art Wrocław 2026, ale po resztę zapraszam do całego tekstu.
Piątek, 11.09.2026
Wieczór piątkowy zaczął się od występu australijskiego tria The Necks we Wrocławskim Klubie Formaty. Znani z tworzenia bardzo długich, powoli rozwijających się kompozycji, również tutaj zaproponowali dwa pięćdziesięciominutowe utwory rozdzielone półgodzinną przerwą. Pierwszy z nich to przede wszystkim ogromny popis perkusisty Tony’ego Bucka, nie tyle poprzez wirtuozerię, a wstrzemięźliwość i wytrzymałość – grał niemal ten sam układ dźwięków przez cały czas trwania utworu przy pomocy pałki i grzechotki, którą pocierał jeden z bębnów. Więcej urozmaicenia mieli w swoich partiach kontrabasista Lloyd Swanton i pianista Chris Abrahams, którzy prowadzili między sobą coś na kształt dialogu. Lloyd równie chętnie co palcami, grał na swoim instrumencie smyczkiem, a melodie Chrisa zmieniały się stosunkowo często. Pod koniec tej improwizowanej kompozycji, przez jakieś 10-15 minut zrobiło się bardziej dramatycznie, może nawet trochę nerwowo, by wreszcie rozładować gromadzone napięcie i zarządzić przerwę przed drugim setem. A ten był dużo bardziej stonowany i skupiony na pięknych melodiach Chrisa. Na trochę mniej pozwalał sobie tym razem Lloyd, który nie używał smyczka, ograniczając się do wybijania rytmu na strunach. Większy przekrój dźwięków zaproponował tym razem Tony, który w miarę rozwoju kompozycji coraz szybciej przebiegał pałkami po bębnach, i przede wszystkim po talerzach, które zaczęły dominować pod względem głośności. Kontrapunktem były dla nich coraz bardziej przejmujące, nawet wzruszające frazy Abrahamsa. Na tyle, że w drugiej części tego setu nie raz słyszałem wokół siebie pociąganie nosem i widziałem ukradkowe ocieranie łez. Zupełnie mnie to nie dziwiło, bo samemu niewiele mi brakowało do takiej reakcji. Ostatnie 10 minut było momentem, gdy Chris przestał już poruszać w ten sposób publikę, przechodząc na dynamiczne niższe dźwięki, a Tony Buck okładał już talerze z prędkością karabinu. Takie kulminacje są charakterystyczne dla muzyki The Necks – ich budowane z mozołem kompozycje zawsze dokądś prowadzą. Widziałem Australijczyków kilka razy na żywo i nie zawodzili nigdy – również w piątek w WKF-ie spisali się wyśmienicie.

zdj. Tobiasz Papuczys
Po tym koncercie trzeba było przenieść się do innej lokacji, bo reszta występów tego wieczoru miała odbyć się w kompleksie gastronomiczno-kulturalnym o nazwie HUTA. Choć położony jest niedaleko Formatów, to jednak odległość i długi koncert The Necks sprawiły, że spóźniłem się na choćby kawałek Everything Is Psychedelic (cóż, może uda mi się ich niedługo zobaczyć na Unsound). Na szczęście byłem już na właściwym stanowisku, gdy swój koncert rozpoczął indonezyjski duet Senyawa. Widziałem już parę ich występów, ale po raz pierwszy mogłem jeden z nich spędzić tak blisko muzyków. Dzięki temu mogłem dokładniej przyjrzeć się Sustainable Sonic Engine, czyli instrumentowi, który własnoręcznie zbudował odpowiedzialny za warstwę muzyczną projektu Wukir Suryadi. Do grubego pnia bambusa przyczepił szereg grubych strun, na których gra kostką, gałązkami, smyczkiem czy pałkami. Ta hybryda instrumentu strunowego i perkusyjnego ma dzięki temu bardzo szeroki wachlarz dźwiękowy, co zresztą Suryadi demonstrował tego wieczoru zarówno przy bardziej atmosferycznych, ambientowych partiach, gdy używał bambu jako chordofon, jak i dynamicznych, skupionych na rytmice fragmentach, gdy traktował swój sprzęt jak idiofon. Równie urozmaicona była podczas tego występu warstwa wokalna. Odpowiedzialny za nią Rully Shabara pokazał, że potrafi pięknie wykonać czyste partie przypominające ludowe zaśpiewy, popisując się swoją niebanalną intonacją. Zresztą to ostatnie należy pochwalić też w jego zdynamizowanych i zniuansowanych fragmentach, gdzie pozwalał sobie na wrzaski, pomruki, skrzeki, okrzyki – cały szereg dzikich, ale uporządkowanych technik wokalnych. Nawet repertuar był urozmaicony. Senyawa zaczęli koncert od skróconych wersji utworów ze swojej ostatniej studyjnej płyty, „Vajranala”, by przejść do kilku numerów z wydanej ponad dziesięć lat temu „Menjadi”, czy wreszcie w połowie i pod koniec występu zagrać obydwie części tytułowej kompozycji z mojej ulubionej „Alkisah”. To nagromadzenie różności od duetu było bardzo angażujące, również wizualnie – ich 45-minutowe rytualne show zleciało mi bardzo szybko. Jakoś dziwnie było wrócić z indonezyjskiej dżungli do rzeczywistości.

zdj. Tobiasz Papuczys
Kolejną zmianę klimatu przyniosła aya. Zaczęła od dynamicznego wykonania „I am the pipe I hit myself with”, otwieracza z jej ostatniego albumu „hexed!”, na którym łączy agresywny rap z dekonstrukcją brytyjskiej muzyki elektronicznej, by przez kolejne kilka minut skupić się na tym drugim. Odłożyła więc mikrofon i zajęła się konsoletą, by kombinować przy niej z niewydanymi (jeszcze?) numerami, w których mieszał się hardcore i UK bass. Wróciła też później do dwóch kompozycji z debiutanckiego „im hole”, choć jedna z nich, „Emley light us moor” była niemal całkiem przerobiona na szybki, taneczny utwór. Właściwie to planowała grać na zmianę rzeczy z płyt i „dance music”, ale po zachętach publiczności skupiła się na tych pierwszych. Dlatego set zdominowały dynamiczne wokalne kawałki, w tym zagrana na koniec, jak ją nazwała, jedyna piosenka popowa w jej repertuarze, najpopularniejsza na streamingach „off to the ESSO”. A najbardziej wyróżniającym się momentem tego show została tytułowa kompozycja z „hexed!” – świetny ambientowy track zagrany w niemal kompletnej ciemności. Szkoda, że to wszystko trwało tylko 35 minut, bo poziom urozmaicenia tego występu nie pozwalał się nudzić. I – jak wyznała aya – miała przygotowany nowy utwór, który testowała nawet w tej sali podczas próby, ale prawdopodobnie przez ograniczenie czasowe nie udało się go wykonać (koncert zaczął się z 10-minutowym opóźnieniem).

zdj. Tobiasz Papuczys
Obsuwy na szczęście nie zaliczyła Mariam Rezaei. Uzbrojona w dwa gramofony i ananasowy Jarritos (którym chwaliła się z dumą w socjalach następnego dnia) dała publiczności prawdziwy przegląd rozmaitości, może nawet trochę zbyt mocny. Mariam jest naprawdę świetną turntablistką i przez większość swojego 45-minutowego setu pracowała nad wciągającymi dźwiękami, czasem gwałtownymi, zwariowanymi czy wręcz kakofonicznymi („Weirdo club musics”, „Going Straight (and fucking it up)”), czasem łagodnymi i kojącymi swoją powtarzalnością („Vengabussed” i „Slipping”). Ale zdarzały się też chwile, gdy trochę ciężko było mi się wczuć w klimat, który proponowała, i nie do końca nadążałem za jej pomysłami, szczególnie w pierwszej części występu. Może potrzebowała po prostu trochę czasu, żeby się rozkręcić? A może to ja się musiałem odpowiednio nastawić? W każdym razie zmęczenie po podróży do Wrocławia i poprzednich występach zaczęło dawać mi się we znaki, więc część koncertu przesiedziałem. Ale za to, gdy zaczynałem się dostrajać do konkretnych sampli – cóż to były za zrywy! No i w drugiej części setu zsynchronizowaliśmy się już na tyle, że nie tylko zszedłem z bocznych siedzisk, ale nawet zacząłem się z powrotem ruszać. Mimo mojego marudzenia trzeba powiedzieć, że to był bardzo udany występ, a Mariam chętnie jeszcze zobaczę ponownie i solo, i z jej nowym świetnym kwartetem – The Sleep of Reason Products Monsters, który niedawno widziałem w Krakowie.

zdj. Tobiasz Papuczys
Wieczór zamykał jedyny reprezentant Polski – Larmo. Pod tą nazwą kryje się noise’owy projekt Mirosława Matyasika, znanego niegdyś lepiej (przynajmniej przeze mnie) jako C.H. District. Choć punktem wyjścia dla artysty jest elektroniczny hałas i stawiane często w jego ramach ściany dźwięku, nie rezygnuje w swoich utworach z rytmiki, która ma nadawać muzyce taneczny charakter. I tak też było podczas setu we wrocławskiej HUCIE. Pierwsze 10 minut stanowiło ambientowo-noise’owe wprowadzenie, ale później pojawiły się też dźwięki automatu perkusyjnego, coraz szybciej wybijając rytm, wchodząc w rejony industrialnego techno. Ale cały czas były w tych dźwiękach wyraźne wpływy noise’u: sample były zgrzytliwe, brzmienie perkusji było ziarniste, artysta bawił się też czasem poziomem głośności, jakby chciał sonicznie chłostać publikę. Nie zabrakło też dźwięku syren alarmowych, które zapewne miały nawiązywać do nazwy projektu, która w śląskiej gwarze oznacza nie tylko alarm, ale też hałas czy awanturę. Większość tu pasowała, na szczęście awantury nikt nie wszczynał, bo i nie bardzo było już komu. Na secie zostało już niewiele osób (i trudno się dziwić – zaczął się po 2:00), ale za to ich liczba się nie zmniejszała w trakcie występu. Najbardziej wytrzymali dostali na sam koniec w nagrodę kilkuminutową ścianę harsh noise’u, by grzecznie rozejść się do spania przed kolejnym intensywnym dniem festiwalu.

zdj. Tobiasz Papuczys
Sobota, 12.09.2026
A sobota, jeśli chodzi o Avant Art, nie zaczęła się dla mnie od muzyki, bo byłem jeszcze ciekaw, jak będzie wyglądać prezentowana w jego ramach wystawa „Los Pesados”. Pojawiłem się więc w Stajni 66P tuż po otwarciu, kiedy nie spodziewałem się jeszcze wielu zwiedzających. I tak faktycznie było, dzięki czemu mogłem chwilę porozmawiać z autorką „Ciężkich” (polski tytuł). Pochodząca z Chile Manuela Morales Délano opowiedziała mi o materiałach, z których wykonywała eksponaty, i o tematyce całej pracy. Główną atrakcją były rozmieszczone w całym pomieszczeniu konstrukcje i buty wykonane z cegieł, najczęściej w formie szpilek czy koturnów, gdzie łączone były z różnymi materiałami naszej codzienności, jak sztućce czy butelki i puszki po napojach. W ten sposób czasem szpilką była puszka po Red Bullu, a trzon buta – zamiast cegły – stanowiła butelka po Cisowiance. Manuela powiedziała, że zawsze stara się przemycać do swoich prac lokalny element, bo same cegły są przecież wszędzie pozornie takie same. Co ciekawe, sam układ pomieszczenia przypominał miejscami szpilki – przy ścianach uformowane były zwężające się do dołu łuki wykonane z – a jakże – cegieł. Choć to już był, jak mi uczciwie wyznała artystka, czysty przypadek. Po co to wszystko? Pomysł na wystawę ma swoje źródło w protestach i demonstracjach społecznych. Zapatyści wrzucali przecież buty w maszyny przemysłowe podczas rewolucji w Meksyku, a w 2019 roku w Hongkongu takie drobne konstrukcje z cegieł pełniły funkcję barykad drogowych. Nad tym wszystkim czuwali na wystawie The Heavy People – „ludziki” zrobione z odzieży i – nie zgadniecie – z cegieł. Moje wrażenia? Poza tym, że to fajnie wyglądało, nauczyłem się trochę historii najnowszej. Wymiana wiedzy zadziałała też w drugą stronę, bo Manuela dowiedziała się, że występujący później tego wieczoru Iggor Cavalera to ten sam człowiek, który przez lata tworzył grupę Sepultura, co zachęciło ją do wybrania się na jego koncert. Ale o tym już będzie trochę później.

zdj. Adrian Pokrzywka
Zanim główne wydarzenie tego dnia zaczęło się w Protokulturze, we współpracy z Galerią Toy Piano zorganizowano w tym miejscu jeszcze jeden występ muzyczny. I to nie byle jaki, bo głównym artystą całego przedsięwzięcia była kolejna muzyczna legenda – Jean-Hervé Peron z niemieckiej grupy Faust. Sam zainteresowany uczciwie wyznał od razu, że za główny pomysł na tę muzyczną współpracę i za największy udział w aranżowaniu samych utworów odpowiedzialny był Paweł Romańczuk, lider grupy Małe Instrumenty. I właśnie nazwy tych dwóch zespołów, które wymieniłem, odzwierciedlają to, co wydarzyło się tego wieczoru. Otóż 10 utworów z repertuaru Fausta zostało wykonanych przez zebranych muzyków na małych, często zabawkowych instrumentach. Jak we wstępie zaznaczył również Jean, wszystko, co mieliśmy zobaczyć i usłyszeć miało wynikać z czystej, niemal dziecinnej radości tworzenia dźwięków. Nauczył się w tym celu nawet jednego zdania po polsku, które wybrzmiało przed pierwszym utworem: „w muzyce nie ma nic poważnego”. Poza wspomnianymi wyżej liderami główny rdzeń projektu stanowili obsługujący pokaźną liczbę instrumentów perkusyjnych Andrzej Załęski oraz muzycy, których dotychczas znałem głównie z wrocławskich składów Kurws i Atol Atol Atol, czyli gitarzysta Hubert Kostkiewicz i basista Jakub Majchrzak. Ci ostatni mieli jednak dużo więcej pracy niż w macierzystych zespołach. Wprawdzie Hubert, gdy łapał za mini gitarę, grał w charakterystyczny dla siebie sposób, ale był też odpowiedzialny za kilka różnych instrumentów klawiszowych, gumowe kurczaki, telefon komórkowy i parę innych gadżetów. Kuba za to porzucił bas na rzecz organów, ksylofonu, rur pvc czy innych instrumentów strunowych, jak pipa i lutnia. Gościnnie w paru kompozycjach zagrał na drobnym saksofonie Mateusz Rybicki, a wokalnie Jeana wspierała Weronika Anna Brzychczy, jak choćby w figlarnym utworze „Giggy Smile”. Ta ostatnia gościni wniosła w występ dużo teatralnego pierwiastka (dla mnie nawet trochę za bardzo), często stosując melodeklamacje („J’ai mal aux dents”) i dialogi z muzykiem Fausta („Don’t Take Roots”), co ciekawe – wykonując swoje partie w języku polskim. I z jednej strony przez te 80 minut koncertu dostaliśmy naprawdę pokaźną dawkę wrażeń, a z drugiej – za dużo było tu dla mnie chaosu i nie do końca zsynchronizowanej improwizacji. A przecież te wszystkie utwory mają po kilkadziesiąt lat – może gdyby ich interpretacje były wierniejsze oryginałom, nie byłoby na scenie aż tyle zamieszania. Natomiast sądząc po reakcji publiczności i słysząc opinie niektórych widzów – występ ogólnie się podobał. Nie wspominając o samych artystach, którzy akurat ewidentnie bawili się świetnie, więc może nie będę tu już marudził. Warto jeszcze wspomnieć, że niektóre z tych kompozycji były wykonywane na żywo po raz pierwszy w historii, a to kolejna wartość dodana. Tak czy siak cieszę się, że mogłem obejrzeć ten muzyczny eksperyment.

zdj. Kazimierz Ździebło
Na kolejne muzyczne atrakcje trzeba się było przenieść do klubu Protokultura, w którym miało wystąpić tego wieczoru aż pięciu kolejnych artystów. Na pierwszy ogień znów poszedł reprezentant Indonezji, tym razem solo. Wukir Suryadi dzień wcześniej grał w duecie Senyawa, a w sobotę samodzielnie wszedł w muzyczną rozmowę z polską kulturą („Dialog Złotego z Opłatkiem”). Techniki, które stosował podczas gry na Sustainable Sonic Engine były podobne do tych z piątku, choć tu cały set był jedną spójną narracją, a nie wyborem kompozycji. I jego poszczególne elementy były specjalnie przygotowane dla polskiej publiczności. Poza grą na swoim instrumencie smyczkiem, gałązkami i pałkami używał też jednego nietypowego materiału. Otóż Wukir przygotował sobie torebkę drobnych groszy (tak, tych pieniędzy), które przez część koncertu zrzucał między struny swojego bambusa, na tyle umiejętnie, by spadając z wysokości generowały pożądane dźwięki perkusyjne. Pokazał tym samym, że by uzyskać naprawdę dobre brzmienie, nie potrzeba jakichś wielkich funduszy. Obiecanym w opisie tego koncertu opłatkiem (kolejnym lokalnym nawiązaniem do tradycji) zostały z kolei wafle ryżowe, które artysta łamał pod mikrofonem na tle postawionych wcześniej ambientowych plam. Niby w stosunku do poprzedniego wieczoru zabrakło tu wokalu jego kolegi Rully’ego Shabary, ale dzięki temu można było skupić się na jednej konkretnej dźwiękowej narracji, co wciągnęło mnie chyba jeszcze bardziej. Tym bardziej, że w secie nie było żadnych przerw – muzyka nie cichła nawet na chwilę.

zdj. Tobiasz Papuczys
Następnym koncertem była kolaboracja stosunkowo młodego stażem (ale na pewno nie średnią wieku jego członków) polskiego zespołu Extensa i jednego z najbardziej znanych i lubianych polskich saksofonistów, czyli Mikołaja Trzaski. Gdy występ się zaczął, myślałem początkowo, że ten ostatni nie dojechał, bo na scenie zainstalowało się tylko wspomniane instrumentalne trio. I obsługiwali swoje sprzęty tak intensywnie, jakby chcieli wypełnić brak po obiecywanym gościu. Ale tu akurat wyszedł mój brak przygotowania, bo okazało się, że Extensa po prostu gra w taki sposób cały czas – ciężko, gęsto, wręcz monolitycznie. Gdy się już trochę oswoiłem z tym sonicznym atakiem i rozejrzałem się po publiczności, zauważyłem stojącego obok mnie Mikołaja, który był chyba pod jeszcze większym wrażeniem niż ja – był dobrym przykładem tego, jak może komuś „opaść kopara” z wrażenia. Nie wiem, czy taki był od początku plan, ale dopiero po trzecim kawałku dołączył do reszty na scenie, aby uzupełniać kolejną już kompozycję z zeszłorocznego albumu „Echomora” dodatkową ścieżką na saksofonie. A gdy Trzaska już się bardziej zadomowił i uporał się z dźwiękowcem z drobnymi problemami technicznymi z odsłuchem, zespół cofnął się w repertuarze do swojej poprzedniej płyty, czyli eponimicznego debiutu. Najwyraźniej utwory z tego albumu bardziej nadawały się do tego, by dołożyć do nich dodatkową warstwę dętą. A jeśli już o nią chodzi, to o ile w innych projektach wolę osobiście partie Mikołaja na saksofonie barytonowym, tak tutaj lepiej sprawdził się tenorowy, po który zresztą częściej sięgał tego wieczoru. Był najzwyczajniej w świecie lepiej słyszalny – te niższe ścieżki na barytonie ginęły często w gęstej ścianie dźwięku Extensy. A jeżeli już mowa o trio, to chętnie nadrobię braki i posłucham ich z płyt, choć coś czuję, że ta psychodeliczna intensywność lepiej sprawdza się na żywo na porządnym nagłośnieniu. I takie też mieli zapewnione tego wieczoru wszyscy muzycy.

zdj. Tobiasz Papuczys
Earth Ball również na tym skorzystał. W ich wypadku oglądanie i słuchanie grupy na żywo ma jeszcze jedną zaletę. Cały materiał, który prezentowali na scenie, był jedną ponadpółgodzinną improwizacją, mimo częstych repetycji i formowania drone’owych struktur bardzo urozmaiconą. Miałem wrażenie, że to grupa stworzona idealnie pode mnie. Z jednej strony potrafili wprowadzić w trans zapętlonymi frazami, których rytmika skutecznie bujała publicznością. Z drugiej – cały czas dodawali kolejne elementy, zmieniali instrumenty, w nieoczekiwanych momentach pojawiały się wokale, które nagle okazywały się idealnie pasującym fragmentem układanki, którą poznawali na bieżąco zarówno odbiorcy, jak i sami artyści. Wydaje mi się, że tylko perkusista nie wychodził ze swojej roli i trzymał wszystkich w kupie. Reszta muzyków cały czas próbowała czegoś nowego i uzupełniała się wzajemnie. Gdy główny saksofonista odkładał swój instrument, jeden z gitarzystów dął w plastikową rurkę podpiętą do swoich efektów. Gdy ten ostatni wracał do szarpania strun, drugi gitarzysta łapał za trąbkę albo śpiewał. Za wokale odpowiadała też basistka, która czuwała również nad syntezatorem i perkusjonaliami. Właściwie tymi drugimi zajmowali się w Earth Ball… w sumie wszyscy. Bardzo niewdzięczny to koncert do relacjonowania. Gdybym chciał w miarę wiernie opisać, co działo się podczas tego występu w Protokulturze, musiałbym chyba przez cały czas robić notatki. A i tak pewnie nie ogarnąłbym wszystkiego. I tak też właściwie było. Nie raz łapałem się na tym, że zawieszam się na grze pojedynczego muzyka, podczas gdy obok ktoś prowadził równoległą, uzupełniającą to narrację. Koniecznie muszę jeszcze ich kiedyś zobaczyć, bo to był dla mnie prawdopodobnie najlepszy koncert tegorocznej edycji Avant Art. Odpoczywając później na schodach, widziałem jak gratulował Kanadyjczykom świetnego występu bohater kolejnego akapitu, więc w swojej opinii chyba nie jestem odosobniony.

zdj. Tobiasz Papuczys
Najpopularniejszym muzykiem na festiwalu zorientowanym na niszową i tak muzykę eksperymentalną był bez wątpienia Iggor Cavalera, założyciel legendarnej Sepultury. Ten słynny bębniarz znany jest też z tego, że nie odcina kuponów od swojej dawnej metalowej twórczości, a równie chętnie zajmuje się eksplorowaniem możliwości, jakie stoją za syntezatorami modularnymi, automatami perkusyjnymi i ogólnie za muzyką elektroniczną. Tego wieczoru zaprezentował się trochę jak muzyczny naukowiec: okulary, skupienie na rozłożonym sprzęcie, między którym przechadzał się, uruchamiając i obrabiając kolejne ścieżki dźwiękowe, sprawiały wrażenie, jakbyśmy obserwowali artystę dopiero projektującego muzykę. I tak właściwie chyba było, przez co podróż wśród pomysłów Cavalery stała się bardzo immersyjna. Zaczęło się statycznie, od plemiennego ambientu, a później pojawiało się coraz więcej niepokojących sampli wokalnych. Trochę zaskakujący był moment w połowie setu, gdy nagle usłyszałem cieplejsze syntezatorowe dźwięki – ta progresywna elektronika wpuściła trochę powietrza. Zimniej zrobiło się po wprowadzeniu sampli obrzędowych dzwonów tybetańskich, ale w warstwie rytmicznej nadal było wiele przestrzeni. W końcowej części elektronicznej tego występu Iggor postawił na styl EBM, przez chwilę poczułem się przez to jak na Wrocław Industrial Festival. Ale na sam finisz maestro zasiadł wreszcie za ustawionym z tyłu zestawem perkusyjnym, by na tle zaprogramowanych wcześniej drone’owych ścieżek wreszcie trochę pomachać rękami. Choć Cavalera ewidentnie dobrze bawi się wszystkimi elektronicznymi instrumentami i całym tym sprzętem, widać, że wielką frajdę wciąż daje mu tradycyjne analogowe napieprzanie w bębny. Jego występ był tego wieczoru na tyle urozmaicony, że 55 minut zleciało bardzo szybko.

zdj. Tobiasz Papuczys
Ale jeśli mowa o czasówce, tu muszę zgłosić reklamację. Bo właściwie pierwotnie ten slot powinni zajmować muzycy Zu, którzy dopiero w dniu koncertu zostali zamienieni w harmonogramie z Iggorem. Jak się później zorientowałem, od początku coś tu nie grało w poprzedniej wersji rozpiski czasowej, bo przecież sam Massimo Puppilo w rozmowie, którą z nim przeprowadziłem (tutaj), deklarował, że podczas koncertów w 2026 roku będą grali cały nowy, trwający 80 minut album, „Ferrum Sidereum”. Przepinka po Cavalerze trwała pół godziny i dokładnie o tyle opóźnił się występ Włochów. W tym momencie już wiedziałem, że niestety nie obejrzę go w całości, bo miałem zarezerwowany powrót do Krakowa, pierwotnie o bardzo bezpiecznej porze, długo po zakończeniu koncertów. Trochę trudno uwierzyć w taki brak zorganizowania w 2026 roku, myślałem, że tak potężne obsuwy należą już w naszym kraju do przeszłości. Ale skupmy się na pozytywach. Jak przewidziałem już po pierwszych występach tego wieczoru w Protokulturze, Zu zabrzmiało naprawdę potężnie. Tyczyło się to wszystkich instrumentów. Partie Massimo na basie były odpowiednio ciężkie, saksofon barytonowy Luki brzmiał majestatycznie, a syntezatory, które naprzemiennie obsługiwał, stanowiły trochę lżejszy kontrapunkt. Najwięcej pracy zdawał się mieć Paolo na perkusji, który w zasadzie nie miał zbyt wiele oddechu, bo musiał dbać o rytmikę nawet w spokojniejszych fragmentach tego pozbawionego przerw show. Ale że wszyscy dali radę utrzymać tę wysoką formę przez półtorej godziny i zagrać całe monumentalne „Ferrum Sidereum” na żywo, muszę niestety tylko uwierzyć na słowo. A szkoda, chętnie posłuchałbym tych epickich kompozycji z drugiej części płyty. Następnym razem wezmę poprawkę na obsuwy.

zdj. Tobiasz Papuczys
Choć tegoroczny wrocławski Avant Art nie zakończył się dla mnie szczęśliwie, cieszę się, że mogłem kolejny raz wziąć udział w tej kultowej już imprezie, szczególnie w stolicy Dolnego Śląska. Mimo że festiwal rozrósł się o kolejne miasta, to tu się przecież wszystko zaczęło. Wrocław obfituje w różne muzyczne, czy ogólnie kulturalne wydarzenia, ale jeśli chodzi o współczesną muzykę eksperymentalną, to właśnie Avant Art jest jego najjaśniejszym punktem.