IKS

Airbourne – „Airbourne” [Recenzja], dystr. Mystic Production

Airbourne to jeden z tych zespołów, od których po dwudziestu latach działalności oczekuje się ciągłego wymyślania siebie na nowo. Australijczycy od początku poruszają się po świecie, w którym wzmacniacze mają tylko jedno właściwe ustawienie, refren powinien dać się wykrzyczeć już po pierwszym odsłuchu, a gitarowy riff pozostaje argumentem wystarczającym sam w sobie. Po siedmiu latach od „Boneshaker” można było więc zastanawiać się, czy tak długa przerwa przyniesie jakąkolwiek rewolucję. Odpowiedź brzmi: nie – i chyba właśnie o to chodzi. Szósty album, zatytułowany po prostu „Airbourne”, stanowi najbardziej świadome podsumowanie wszystkiego, czym ta grupa od zawsze chciała być. Dwanaście utworów nie próbuje uciekać od AC/DC, Rose Tattoo, Motörhead ani stadionowego hard rocka lat osiemdziesiątych. Zamiast tego muzycy biorą własne inspiracje, koncertowe doświadczenie i ponad dwie dekady grania bez oglądania się na mody, po czym przekręcają wszystkie regulatory jeszcze trochę w prawo. Płyta ukazała się 4 września 2026 roku nakładem Spinefarm Records.

Siedem lat przerwy pomiędzy studyjnymi albumami to w przypadku Airbourne właściwie cała epoka. „Boneshaker” ukazał się w 2019 roku, a jego cykl koncertowy brutalnie przerwała pandemia. Kiedy świat ponownie się otworzył, grupa wróciła dokładnie tam, gdzie czuje się najlepiej – na scenę – i przez kolejne lata nadrabiała utracony czas. W międzyczasie ustabilizował się również obecny skład. Brett Tyrrell, który w 2022 roku zastąpił Matthew Harrisona, dołączył do Joela i Ryana O’Keeffe’ów oraz basisty Justina Streeta, i właśnie w tym zestawieniu Airbourne nagrał nowy materiał. Pierwszym wyraźnym sygnałem powrotu był „Gutsy”, grany publicznie już w 2025 roku. Sam tytuł przez pewien czas funkcjonował nawet jako robocza nazwa całego wydawnictwa. Ostatecznie stanęło na nazwie zespołu, co trudno uznać za przypadek – muzycy od początku podkreślali, że zależy im na nagraniu możliwie najczystszej esencji Airbourne.

REKLAMA

 

Nie oznacza to jednak, że płyta powstała według zasady: „wejdźmy do studia i zobaczymy, co się wydarzy”. Joel O’Keeffe mówił przed premierą o około pięćdziesięciu–sześćdziesięciu utworach i pomysłach, wielokrotnie przepisywanych, przerabianych i odsiewanych. Część nagrań zrealizowano w Music Farm Studio pod Byron Bay na sprzęcie silnie związanym z historią australijskiego rocka – między innymi na konsolecie Neve z Alberts Studios, przez którą wcześniej przechodziły nagrania AC/DC, Rose Tattoo i The Angels. Muzycy uparli się przy taśmie, mierzyli się z awariami, burzami oraz miejscową fauną, a następnie dokończyli sesję w Hothouse Studios w Melbourne, gdzie nagrywali swoją pierwszą EP-kę. Przy „Here She Comes” i „Who Put the Rhythm in You?” pojawili się dodatkowo Bryan Adams oraz Robert John „Mutt” Lange – producent kojarzony przecież z „Back in Black” czy „Hysteria”. Takie nazwiska mogłyby przytłoczyć mniej pewną siebie formację. Airbourne wykorzystuje je jednak raczej jak dodatkową turbosprężarkę.

 

zdj. materiały promocyjne

 

I rzeczywiście to słychać. „Gutsy” otwiera płytę dokładnie tak, jak powinien robić to utwór Airbourne: potężnym riffem, rytmem ustawionym pod koncertowe klaskanie i refrenem, który po minucie wydaje się znajomy od lat. „Alive After Death (Last Plane Out)” jest bardziej melodyjny i odrobinę mroczniejszy, a „Here She Comes” natychmiast zdradza rękę Lange’a i Adamsa – ma więcej przestrzeni, radiową gładkość oraz refren skrojony pod kilkadziesiąt tysięcy gardeł. Co ciekawe, jego geneza okazuje się bardziej dosłowna niż można byłoby przypuszczać: punktem wyjścia była potężna burza, która uderzyła w Music Farm podczas sesji, zanim pomysł przekształcono w typowo airbourne’owską dwuznaczność. „Kid in a Candy Store” oraz „Sky High” cofają grupę do jej najbardziej bezczelnej, pubowej odsłony, natomiast „Who Put the Rhythm in You?” dodaje nieco swingu i pokazuje, że Airbourne potrafi zmienić sposób chodzenia, nawet jeśli nadal porusza się tą samą ulicą. W drugiej połowie „Last Man Standing” i „Rock ’n’ Roll Ya” wracają do galopującej prostoty, „Bogotá” wnosi vanhalenowską sprężystość, a „Hells Got No Vacancy” działa jak kolejny hymn człowieka zbyt niepoprawnego nawet na piekło. Rewolucji nie ma, ale przez większość tych niespełna pięćdziesięciu minut zwyczajnie nie jest potrzebna.

Największą siłą materiału okazuje się jednak nie sama energia, lecz sposób, w jaki Airbourne spogląda wstecz, nie zamieniając się przy tym w muzealny eksponat. „Alive After Death (Last Plane Out)” wyrasta z przekonania, że zmarli muzycy pozostają żywi tak długo, jak ktoś słucha ich nagrań i wypowiada ich nazwiska. Dla Joela O’Keeffe’a centralną postacią tej idei był Lemmy, któremu Australijczycy od lat przypisują ogromne znaczenie dla własnej historii. Motyw powraca w finałowym „Send Me to Rock ’n’ Roll Heaven”, gdzie przywołani zostają między innymi Lemmy, Bon Scott, John Bonham, Malcolm Young, Eddie Van Halen, Little Richard, Doc Neeson i Ozzy Osbourne. Dzięki temu wydawnictwo otwarte hasłem „Gutsy” kończy się czymś na kształt pokoleniowej deklaracji: tę muzykę odziedziczono po poprzednikach i teraz trzeba utrzymać ją przy życiu. Świetną historię ma również „Bogotá”. Ryan O’Keeffe wspominał, że pomysł narodził się spontanicznie, gdy Joel zaczął grać na znajdującej się w studiu gitarze Van Halena, a perkusista po prostu do niego dołączył. Kilka dni później numer był gotowy, natomiast tekst wyrósł z doświadczeń muzyków w Kolumbii. Właśnie w takich momentach Airbourne brzmi najbardziej naturalnie – najpierw pojawiają się impuls i hałas, a dopiero później cała reszta.

REKLAMA

 

 

To, co stanowi największą zaletę „Airbourne”, siłą rzeczy wyznacza również granice tego wydawnictwa. Jeśli ktoś przez ostatnie dwie dekady zarzucał Australijczykom zbyt silne zapatrzenie w AC/DC, szósta płyta raczej nie zmieni jego zdania. Początek „Last Man Standing” niemal automatycznie uruchamia skojarzenia z „For Those About to Rock (We Salute You)”, kilka riffów brzmi tak, jakby istniało w australijskim hard rocku od zawsze, a tekstowy świat grupy nadal obraca się przede wszystkim wokół kobiet, rock’n’rolla, drogi, piekła i imprezowania. „Christmas Bonus” jest przy tym żartem tak bezczelnym, że jednych rozbawi, innych zaś może skłonić do sprawdzenia, czy przypadkiem nie wróciliśmy do 1987 roku. Bardziej od tych świadomie ogranych schematów doskwiera mi fakt, że po tak długiej przerwie chciałoby się częściej usłyszeć odrobinę świeżości obecnej w „Who Put the Rhythm in You?” czy „Bogotá”. Gdy kilka bardziej klasycznych numerów pojawia się jeden po drugim, formuła staje się wyjątkowo czytelna. Trudno jednak traktować to jako poważny zarzut wobec zespołu, który nigdy nie obiecywał stylistycznej rewolucji. Tym bardziej że nawet najbardziej przewidywalnym kompozycjom nie brakuje wykonawczej energii ani refrenów, które po dwóch odsłuchach zaczynają żyć własnym życiem.

 

Ostatecznie „Airbourne” okazuje się więc płytą dokładnie taką, jaką obiecuje jej tytuł: nie nowym początkiem, lecz możliwie czystym destylatem stylu Australijczyków. Muzycy nie zamierzają udowadniać, że potrafią nagrać progresywną suitę, sięgnąć po elektronikę czy stworzyć dojrzały koncept o przemijaniu. Wolą ustawić wzmacniacze, znaleźć riff, który przetrwa próbę grania na pełnej głośności, i sprawdzić, ilu ludzi po chwili zacznie kiwać głowami. Tym razem robią to jednak z większą produkcyjną dbałością niż na „Boneshaker”, z wyjątkowo mocnym Joelem O’Keeffem przy mikrofonie i kilkoma momentami pokazującymi, że nawet w ramach własnego, bardzo wąskiego języka nadal potrafią przesunąć akcent. „Here She Comes”, „Who Put the Rhythm in You?”, „Bogotá” oraz świetnie domykające całość „Send Me to Rock ’n’ Roll Heaven” należą do najmocniejszych punktów materiału. Nie jest to album, który przekona ludzi od lat czekających, aż Airbourne przestanie być Airbourne. Dla wszystkich pozostałych stanowi bardzo solidny dowód na to, że rock’n’roll nie zawsze musi odkrywać nowe lądy. Czasem wystarczy, że nadal potrafi narobić odpowiednio dużo hałasu.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020