IKS

OFF Festival 2026 (dzień 3) | 09.08.2026, Katowice [Relacja tekstowa]

Kiedy po zakończeniu festiwalu ustalaliśmy z moimi redakcyjnymi kolegami, który z nas opisze dany dzień, nie sądziłem, że w tym swoistym bingo przypadnie mi rozdział trzeci. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż w mojej skromnej opinii – pod każdym względem – to właśnie trzecia odsłona OFF Festivalu 2026 była najlepsza. Było najcieplej, zobaczyłem m.in. Wednesday, Johnny’ego Marra, Amyl and The Sniffers czy Deafheaven, udało mi się też przez chwilę porozmawiać z Szefem Wszystkich Szefów – czyli Arturem Rojkiem, no i generalnie sama atmosferka w Dolinie Trzech Stawów była jakaś taka najbardziej chillowa. OK – to oczywiście tylko moje subiektywne odczucia i nie musicie podzielać mojej opinii stawiającej właśnie ten dzień na piedestale. Zresztą w dalszej części tekstu napiszę też o pewnym koncercie i sporo z Was może uznać moje słowa za… kontrowersyjne. Ale po kolei.

Po przekroczeniu festiwalowych bramek moje kroki skierowałem pod Scenę Orlen, aby zobaczyć występ zespołu, który publiczności miał zaprezentować się dzień wcześniej. Kiedy muzycy Wednesday przebywali we Włoszech i stamtąd mieli przylecieć do Polski, erupcja wulkanu Etna spowodowała poważne zakłócenia w ruchu lotniczym. Pył wulkaniczny doprowadził do zamknięcia lub poważnego ograniczenia pracy lotniska w Katanii. Na szczęście wulkan się zlitował i zespół mógł następnego dnia dotrzeć do Katowic. Fani mieli furę szczęścia, że ich debiutancki występ w ogóle się odbył. A ponieważ muzycy byli zapewne całą sytuacją mocno nabuzowani, to i ich koncert wypadł naprawdę dobrze. Rozpoczęli od „Reality TV Argument Bleeds”, czyli reprezentanta najnowszego etapu ich twórczości. Hałaśliwe partie gitary, przeplatane spokojnym śpiewem Karly Hartzman od razu pięknie ustawiły ich występ. W dalszej części setu mieszali indie rock („Fate Is…”) z noisem („Bull Believer”) i country („Elderberry Wine”), czyli spokojne dźwięki przeplatali dość agresywnymi partiami. Koncert trwał 45 minut, czyli zapewne krócej, niż gdyby zagrali dzień wcześniej. Szkoda też, że pierwsza ich wizyta w naszym kraju miała miejsce już bez MJ Lendermana (nadal jest członkiem zespołu, ale nie występuje z nim koncertowo). Niemniej kto na OFFIE był rok wcześniej, ten upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu – wtedy muzyk wystąpił ze swoim solowym projektem. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki „Bull Believer”, szybciutko przeniosłem się do namiotu Trójki…

REKLAMA

 

Wednesday
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski

 

…by zobaczyć występ zespołu Allarme, który w trakcie tej edycji zagrał właściwie drugi raz. Dzień wcześniej muzycy zaprezentowali projekt „Ludzie Wschodu grają Nową Aleksandrię”. Nie będę się rozpisywał o odegraniu płyty Siekiery, bo szczegółowo zrobiłem to w posłowiu do naszej redakcyjnej relacji z drugiego dnia festiwalu. Tym razem Warszawiacy skupili się na swoim autorskim, mocno eksperymentalnym materiale. Wiele obiecywałem sobie po tym występie i ich muzyka oraz hasło „Love, Peace, Noise” w pełni mnie kupiły. Zespół sprawnie poruszał się pomiędzy post-punkiem, no wave i noisem, ale do tego dokładał elementy jazzu i afrobeatu. No i ja osobiście wpadłem w swoisty trans. Ubiegłoroczna płyta „Bruit” mnie zachwyciła, więc niczym offowy zombiak gibałem się z przymkniętymi oczami m.in. przy utworach „Czas” i „Posągi”, ale przede wszystkim przy moim ulubionym „Zwarciu Elektrycznym”. Pewne obawy miałem co do godziny koncertu, ale przyjemna, dość kameralna atmosfera Sceny Trójki w pełni pasowała do natury ich muzyki. Teraz zamierzam polować na klubowy występ Allarme, bo ten transik wywołany ich muzyką był bardzo przyjemny.

 

Allarme
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski

 

Po koncercie Allarme udałem się na Scenę Eksperymentalną, gdzie swój mocno energetyczny występ dał brytyjski duet Getdown Services. Ponieważ byłem jedynie na połowie tego koncertu, szczegółową relację z ich występu znajdziecie w posłowiu. W tym momencie zrobiłem sobie chwilę przerwy od doznań muzycznych, połaziłem chwilę po terenie festiwalu i zająłem dobre, strategiczne miejsce na nowej trybunie mBanku, by w komfortowych warunkach uraczyć się tym, co miał zaprezentować Johnny Marr.

Fanem The Smiths nigdy nie byłem, chociaż doceniam ich ogromny wkład zarówno w brytyjską, jak i światową muzykę. Miałem też być na tegorocznym koncercie Morrisseya, ale jak to w przypadku Morrisseya, ten oczywiście znalazł jakiś powód, żeby swój występ odwołać. Więc można rzec, że bliżej The Smiths niż tego sierpniowego dnia chyba w Polsce już nie będziemy. Uczciwie trzeba jednak dodać, że koncert Marra to nie był jedynie występ z cyklu „The Smiths bez Morrisseya”, chociaż faktem jest, że połowa setu wypełniona była klasykami tego zespołu. Były więc chyba najbardziej popularne utwory The Smiths: „This Charming Man”, „Please, Please, Please, Let Me Get What I Want” i przede wszystkim „There Is a Light That Never Goes Out”. Zupełnie zbędnym momentem jego koncertu był za to cover Iggy’ego Popa „The Passenger”. Z solowej twórczości Marr zaprezentował m.in. utwory „Armatopia” (od tego rozpoczął koncert), „Spirit, Power and Soul” czy „Easy Money”. Koncert miał jeszcze inne dodatkowe atrakcje. W czasie występu swoimi umiejętnościami akrobacji lotniczych chwalili się piloci z pobliskiego lotniska. I luzik – początkowo nawet Marr zażartował, że właśnie przyleciała jego podwózka. Kiedy jednak jedna z maszyn dość niebezpiecznie nisko przeleciała nad zgromadzonymi ludźmi i sceną, zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno takie popisy są odpowiedzialne. Panie Rojek – może warto w przyszłości skrócić lejce tym akrobatom, bo jak dojdzie do tragedii, epizod z Roskilde będzie przy tym „pikusiem”. Kończąc temat koncertu Marra, uważam, że była to jedna z najbardziej pozytywnych niespodzianek festiwalu. Zupełnie nie miałem żadnych oczekiwań, a jego brytyjski luz, super kontakt z publicznością, umiejętności muzyczne oraz wokalne, jak i pomieszanie różnych etapów jego kariery w rezultacie dały nadspodziewanie pozytywne combo.

REKLAMA

 

Johnny Marr
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak

 

W pełni ukontentowany występem Marra zacząłem się zastanawiać, co będzie moim następnym przystankiem. Ostatecznie jednak zagadałem się ze znajomym (Adaś, pozdrawiam Cię!), który stał przy barierce przed główną sceną, i tak sobie rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, aż okazało się, że nie opłaca mi się już iść na inny koncert i lepiej zająć jedno z najlepszych możliwych miejsc na występ Amyl and The Sniffers.

Biorąc pod uwagę, że Australijczycy byli zespołem, który najbardziej przyciągnął mnie na OFFA, uznałem, że miejscówka tak blisko sceny to rewelacyjny pomysł. Aż dziw bierze, że była to ich dopiero pierwsza wizyta w naszym kraju. No ale takie są fakty. Pewnie nie do końca jestem obiektywny, ale ich występ totalnie mnie poskładał. Ileż oni mają pasji, energii i szaleństwa! Gwoli ścisłości – prym w tym wiedzie jedyna i niepowtarzalna Amy Taylor. Zuch dziewczyna. Takich kobiet rock’n’roll potrzebuje. Spotkałem się z komentarzami, że to tylko festyniarstwo w punkrockowej otoczce, że kiepski kontakt z publicznością, że… to i tamto. Ja, spod samej sceny, widziałem zgoła coś innego – ile serca i energii dawali w ten występ. Poza tym zespół z płyty na płytę ewoluuje i zdecydowanie nie jest to masa podobnych do siebie utworów. A propos samych kompozycji – setlista była dość przekrojowa, a największym zaskoczeniem okazała się mocno podkręcona wersja „Big Dreams”. Oj, nie była to już balladka. Rewelacyjnie wypadły też absolutne bangery: „Capital”, „Guided by Angels”, a także nowsze „Chewing Gum”, „U Should Not Be Doing That” i „Jerkin”. Na koniec zabrzmiało „GFY” i to już było „morderstwo” na zmęczonych fanach. Przez cały koncert ryjek mi się cieszył jak postaciom z horroru „Smile”, ale momentami musiałem też walczyć o życie. Punk rock to przecież nie zabawa dla grzecznych dziewczynek. W mojej opinii było pięknie. „Szalone kangury” zdecydowanie wywiązały się z roli headlinera, ale po ich koncercie jeszcze długo nurtowała mnie jedna kwestia… Ile kalorii w czasie występu spaliła Amy?

 

zdj. Mariusz Jagiełło

 

No i przyszedł czas na Deafheaven na Scenie Orlen. Zespół przez wielu moich znajomych wręcz czczony. Zespół, który na pewno był jednym z większych magnesów tegorocznej edycji. Zespół, który w ubiegłym roku wydał płytę „Lonely People With Power”, która w wielu rankingach najlepszych albumów 2025 roku znajdowała się na samym szczycie. To również zespół, który… muzycznie zupełnie do mnie nie trafia.

Od razu wyciągam białą flagę i fajkę pokoju – nie mam na myśli tego, że to zespół, moim zdaniem, kiepski. Być może w swojej estetyce są geniuszami, ale ich dźwięki wywołują u mnie raczej irytację niż pozytywne doznania. OFF Festival proponuje różnorodną estetykę gatunkową i to jest jego ogromna siła. Ponieważ trafił mi się akurat trzeci dzień festiwalu, uznałem, że nie pominę tego koncertu w swojej relacji i szczerze opiszę swoje wrażenia, nawet jeśli momentami mocno się podczas tego występu męczyłem. Oczywiście w pełni rozumiem, że dla kogoś innego był to najważniejszy i najlepszy występ festiwalu. Absolutnie nie neguję takiej możliwości i nie zamierzam nawet z tym dyskutować – tym bardziej biorąc pod uwagę pasję i zaangażowanie, jakie widziałem u wokalisty George’a Clarke’a i pozostałych członków zespołu. Fani bardzo intensywnych dźwięków, blastów i porykiwania niewątpliwie mogli być zachwyceni. Zespół swój set oparł w większości na utworach z ostatniej płyty, ale były też dwa utwory z „Sunbather” i jeden z albumu „New Bermuda”. Jedyną ich płytą, którą lubię, jest „Infinite Granite” – z której nie zagrali nic. Dla mnie osobiście najlepszymi momentami ich występu były te klimatyczne, shoegaze’owe fragmenty. Jednak było ich tyle, co kot napłakał. Setlista opierała się na blackmetalowych, momentami postmetalowych walcach. I dla mnie było to zbyt intensywne. Widać, z wiekiem człowiek łagodnieje. Publiczność przyjęła zespół bardzo dobrze i zgadzam się z opinią, że to oni mogli tego dnia kończyć występy na dużej scenie. Ale o pustkach na koncercie Sunny Day Real Estate napisze już ktoś inny z naszej redakcji w posłowiu.

 

Deafheaven
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski

 

W moim podsumowaniu muszę koniecznie wspomnieć o jednej, dość istotnej kwestii. To była moja pierwsza wizyta na OFF Festivalu. Nie pytajcie dlaczego – najwyraźniej połowę życia spędziłem pod kamieniem. Jest to jednak o tyle istotne, że na pewne kwestie mogę spojrzeć okiem „offowego prawiczka”. W podsumowaniu odniosę się zresztą nie tylko do trzeciego dnia, ale do całego festiwalu. Organizacyjnie oceniam te trzy dni na czwóreczkę z plusem. Z rozmów z weteranami wiem, że organizatorzy w tym roku zadbali o wyższy standard toalet (hitem było oddzielne stanowisko z pisuarami), postawili również trybunę mBanku, na której osobiście spędziłem trzy koncerty. Problemem nadal pozostały kolejki po opaski i do bramek – szczególnie pierwszego dnia – oraz przede wszystkim brak pola namiotowego i parkingów. Dwie ostatnie kwestie mnie osobiście nie dotyczyły, ale wiem, że dla wielu osób były bardzo ważne. O ile bardzo podobała mi się oferta gastronomiczna, jeśli chodzi o posiłki (jako wegetarianin miałem naprawdę całkiem spory wybór), o tyle jako osoba niepijąca alkoholu i nieprzepadająca za piwami bezalkoholowymi, jeśli chodzi o zimne napoje, nie miałem właściwie żadnej alternatywy poza wodą. Możliwe jednak, że jakiegoś stanowiska z innymi zimnymi napojami po prostu nie znalazłem. Za to bez problemu można było kupić kawę – chociaż pewnie, gdyby padało i było chłodniej, problem byłby w tym zakresie dużo większy. No właśnie – pogoda. Ona też była jednym z superbohaterów tego festiwalu. Każdy festiwalowicz wie, jak ważny to element. A pogoda w tym roku była wręcz idealna. Nie za gorąco w dzień, w nocy rześko, ale całkiem przyjemnie. Można się też doczepić do braku gumowych mat pod scenami, przez co po koncercie Amyl and The Sniffers kurz miałem chyba na całym ciele. Najwyraźniej gdzieś jednak trzeba było ciąć koszty.

 

Finalnie były to trzy bardzo udane dni, przy naprawdę dobrej i różnorodnej muzyce (chociaż pierwszy dzień wyraźnie odstawał), wśród przyjacielskich, nieagresywnych ludzi. Miałem wrażenie, że publiczność była nastawiona przede wszystkim na słuchanie muzyki, a nie żłopanie piwska. W tym miejscu polecam serdecznie pełną festiwalową abstynencję. To autentycznie zupełnie inny odbiór – NA PLUS. Czy za rok wrócę? Tego nie wiem, ale na pewno bardzo bym chciał. Po pierwszym razie lekko zauroczyłem się tym miejscem, a jak widać, jestem również zaklinaczem deszczu, za co nie musicie dziękować. Nie zamierzam też tworzyć rankingu najlepszych koncertów, bo stylistyka była tak różna, że po prostu nie jestem w stanie tego zrobić. Ale było fajnie. Naprawdę fajnie. I to w tym wszystkim jest najważniejsze.

 

Mariusz Jagiełło

 

Trzeci dzień OFFA 2026 był dla mnie jak powrót do złotej ery festiwalu – tej, w której od pierwszego do ostatniego koncertu człowiek biegał między scenami, bo wszystko było warte zobaczenia. Zero narzekania „co za gówno, przeczekam ten slot przy frytkach albo w Strefie Jelenia”. Line-up tak równy i tak mocny, że nawet chwila na spokojne zjedzenie burrito czy hot doga wydawała się luksusem.

Z koncertów, które chciałbym dorzucić od siebie, z pewnością na uwagę zasługuje uroczo odklejone duo Getdown Services. Ben Sadler i Josh Law grają tak, jakby świat nie istniał – jakby jedyną rzeczą, która ma znaczenie, było to, żeby ludziom pod sceną odwaliła korba. Ich miks tanecznych bitów z brudnym, garażowym rockiem zadziałał jak zastrzyk adrenaliny, a absurdalne brytyjskie poczucie humoru tylko dokręciło śrubę. Widać, jak ludzie byli głodni takiej imprezy. Pod Sceną Eksperymentalną zebrał się tłum tak duży, że na początku naprawdę ciężko było się wcisnąć do namiotu. Kto wytrwał do końca (obok grał Johnny Marr, więc nie dziwię się, że część osób postanowiła zaklepać sobie dobre miejsce!), dostał nagrodę w postaci coveru „Sabotage” od Beastie Boys. A gdy na scenie zrobiło się naprawdę gorąco (nie trzeba na to było długo czekać) i chłopacy zdjęli koszulki, pokazali, jak wygląda najbardziej pożądana męska sylwetka sezonu festiwalowego 2026. Każdy, kto był dzień wcześniej na Chat Pile, czy widział kiedyś na żywo Sebastiana Murphy’ego z Viagra Boys, wie, o czym mówię!

 

Getdown Services
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. Krzysztof Szlęzak

 

Na koncert Joanne Robertson trafiłem kompletnie z przypadku. Początkowo planowałem zostać na całym występie Nu Genea live band, ale ich festyniarskie granie skutecznie mnie od siebie odstraszyło. Uciekłem po dwudziestu minutach i ponownie schroniłem się pod namiotem Sceny Eksperymentalnej, gdzie Robertson grała swój set. Po chwili zorientowałem się, że jej muzyka działa na mnie jak miękkie lądowanie po dwóch i pół dnia festiwalowego szaleństwa. Delikatne, oniryczne kompozycje na gitarę elektryczną, momentami przywodzące na myśl „Engine of Hell” Emmy Ruth Rundle, pozwoliły mi wyciszyć się i zanurzyć w czymś dużo bardziej intymnym. Joanne sprawiała wrażenie wycofanej, może nawet trochę zagubionej – co chwilę zerkała na zegar, jakby sprawdzała, ile jeszcze zostało do końca setu, jakby myślami była gdzieś daleko poza Katowicami. Ale właśnie ta niepewność, ta kruchość paradoksalnie działała na korzyść koncertu. To nie była muzyka łatwa, ale mam wrażenie, że wielu z nas potrzebowało dokładnie takich dźwięków, żeby na chwilę uspokoić głowę. Publiczność odwdzięczyła się artystce ciszą podczas wykonywania kolejnych kompozycji – co na letnim festiwalu, którego jednym ze sponsorów jest producent piwa, nie zawsze jest takie oczywiste. Po zakończeniu żałowałem tylko jednego: że nie wybrałem się na jej występ na ubiegłorocznym Unsoundzie. No i „Blurrr” to naprawdę świetna płyta!

 

To był bardzo udany OFF, zarówno pod względem organizacyjnym, ale też programowym. Jestem przekonany, że część artystów, którzy pojawili się w tegorocznym line-upie, przez kolejne miesiące i lata będzie tylko rosnąć, i wróci do naszego kraju na znacznie większe sceny. I to jest chyba największa siła tego festiwalu – że mamy możliwość zobaczyć wybitnych twórców tuż przed tym, zanim staną się naprawdę popularni i zanim inni promotorzy zaczną się o ich bookingi zabijać (co tylko przełoży się na wzrost cen i trudność kupienia biletu). Widziałem i poznałem naprawdę wiele zajebistych kapel… jednego tylko żałuję: że nie udało mi się zostać do końca Sunny Day Real Estate (niestety względy logistyczne zwyciężyły). Wcześniej nie załapałem się na fascynację tą formacją – po ich płyty sięgnąłem zaledwie kilkukrotnie (przed samym OFFEM też nie było szczególnie czasu, żeby nadrobić ich dyskografię). Sam zespół kojarzyłem bardziej z okładek niż z konkretnych kawałków. Te trzy kwadranse, które udało mi się z nimi spędzić pod sceną główną, tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to odpowiedni moment, żeby naprawdę poznać ich muzykę. Bo jak nie po tak dobrym koncercie, to kiedy?

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

Sunny Day Real Estate
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski

 

Trzeciego dnia dość dziwnie ułożył się przedostatni slot festiwalu. O ile dobrze pamiętam, zawsze należał do headlinera – zespół grający jako ostatni na scenie głównej był jednocześnie tym, który na plakatach był wyróżniony największą czcionką. A w tym przypadku występujący o tej porze Sunny Day Real Estate byli headlinerem tylko we własnym mniemaniu – taką informacją chwalili się w swoich mediach społecznościowych. Sam OFF utrzymywał, że to grający parę godzin wcześniej Amyl and The Sniffers byli główną gwiazdą tego dnia, tak też podkreślone to było graficznie w materiałach wizualnych. I może dla fanów tych formacji te ustalenia są zbędne, bo każdy miał swój najważniejszy punkt programu, ale z drugiej strony – miało to według mnie ujemny wpływ na frekwencję SDRE, którzy wiele stracili przez brak oficjalnego statusu headlinera, a przecież gdyby zabrać go Amyl and The Sniffers, grupa z Australii w ogóle by tego nie odczuła, szczególnie o tak dogodnej porze. Innym, chyba nawet lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu zamienienie im slotów. Głównie starszej publice mogło ciężko być w ogóle doczekać godziny tego koncertu w ostatni dzień festiwalu, a co dopiero dotrwać do jego końca.

A gdy moi starsi koledzy z redakcji dreptali na Sunny Day Real Estate, ja dobrze wiedziałem, że należy obrać kierunek przeciwny. Dosłownie i w przenośni, bo Ninajirachi wypełniająca ostatni slot festiwalu na Scenie Trójki proponowała jakże odmienną muzykę od amerykańskich indierockowców, choć niepozbawioną też pewnej nostalgii. Był to zresztą trudny wybór, bo prawdziwy offowicz ma szerokie horyzonty muzyczne i stawia na jakość, bez dłuższego oglądania się na gatunki muzyczne. I spotkałem wielu znajomych, którzy chętnie obejrzeliby obydwa występy. Niektórzy stawiali na możliwość obejrzenia starego, kultowego zespołu, który nigdy jeszcze nie grał w Polsce, ale ja wybrałem również debiutującą w naszym kraju bardziej współczesną artystkę, która przyjechała do nas – kto wie – być może w swoim najlepszym momencie, tuż po wydaniu kapitalnego albumu, który podbijał zeszłoroczne rankingi płytowe. Nie kierowałem się więc żadnym wyrachowaniem – trzeba stawiać na to, co się naprawdę lubi. A jak tu nie kochać Niny, która prosto z Australii przywiozła nam materiał na najlepszą elektroniczną imprezę festiwalu. Próbuję tu napisać, jak dobry był to występ, choć w zasadzie już przed startem tegorocznego OFFA wiedziałem, że będzie to mój numer jeden. Bo wystarczyłoby, gdyby Nina podeszła do konsoli i nacisnęła „play”, a publiczność słysząc cały „I Love My Computer” nawet bez żadnej obróbki na żywo – i tak próbowałaby roznieść namiot Trójki w strzępy.

 

Oczywiście dostaliśmy dużo więcej, nie tylko jeśli chodzi o ilość utworów, ale i samo ich miksowanie. Hiciory ze wspomnianego wyżej debiutu pojawiały się gęściej bliżej końca setu, szczególnie zabójczy był tu tryptyk „iPod Touch” / „All At Once” / „Fuck My Computer”, ale pojedyncze numery przewijały się już wcześniej dość regularnie przez te półtorej godziny. I nie były to surowe wersje z albumu, Nina korzystała często z remiksów zaprzyjaźnionych artystów, jak i krzyżowała ich rozpoznawalne motywy. Pierwszą część setu zdominowały starsze utwory i kilka coverów, z których spore poruszenie wywołał „Berghain” Rosalíi, a jeszcze większe szaleństwo wybuchło przy świeżutkim numerze Charli xcx – „Rock Music”, gdzieś w połowie występu. Z drugiej strony, dziwnie mi się pisze o poruszeniach publiczności, w momencie kiedy to trwało w zasadzie przez całe półtorej godziny. I to nie było zwykłe tupanie nóżkami do rytmu, większość osób wyglądała, jakby wpadła w amok, co jakiś czas otwierało się też koło, które zamieniało się w mosh pity, oczywiście dopiero w drugiej połowie koncertu, kiedy namiot minimalnie się rozluźnił. A ścisk pod Sceną Trójki był niemiłosierny, porównywalny do tego z Have a Nice Life z poprzedniej edycji. Duża w tym zasługa samej artystki. Jak wspomniałem wyżej, napisała już świetną muzykę i nie musiałaby się bardzo starać dla jakości tego show, ale bardzo zręcznie żonglowała utworami. Mimo że znałem jej całą dyskografię, i tak co chwilę czułem się zaskoczony kolejnym wyciąganym asem z rękawa, no i sam szał publiki również mi się udzielił. Słychać też było, że na wysoką frekwencję nie zadziałał jakiś czynnik owczy. Namiot wypełnili szczelnie fani, którzy zdzierali gardło na wszystkich refrenach, odpowiednio też przez Ninę moderowani. Trzeba powiedzieć, że umiała odnaleźć się na scenie – pokierować nie tylko doborem i remiksem kawałków, ale i samym kontaktem z publicznością. Z czegoś, co na papierze zapowiadało się na elektroniczny secik, otrzymaliśmy w rezultacie show przypominające dzikie rockowe koncerty. Tym bardziej cieszę się, że jednak nie skusiło mnie popłakiwanie na Sunny Day Real Estate, bo wydaje mi się, że w warunkach klubowych, przynajmniej w Polsce,  podobny występ Niny nie do końca da się powtórzyć – klimat na OFFIE w trakcie takich gigów jest nie do podrobienia. 

 

Ninajirachi
Źródło: OFF Festival – materiały prasowe, zdj. M. Murawski

 

Gdy próbowałem ochłonąć po tym wszystkim i wyszedłem z namiotu, który – o dziwo – jeszcze stał, postanowiłem zakończyć festiwal na spokojnie, przy rozmytych dźwiękach kolejnej shoegaze’owej legendy, które Artur Rojek wygrzebuje regularnie od czasu renesansu tego gatunku jakieś 15 lat temu. Ale nie była to dobra decyzja, bo z najlepszego występu festiwalu trafiłem na najgorszy. Nudno zagrany, kiepsko zaśpiewany i fatalnie nagłośniony (szczególnie wokal lidera – aż dziwne, że nikt tego nie poprawił przez cały koncert) LSD and the Search for God był największą wtopą tego festiwalu, i to chyba nie tylko tej edycji, ale nawet biorąc pod uwagę koncerty wszystkich shoegaze’owych artystów, jacy przewinęli się przez Dolinę Trzech Stawów. Żeby się dodatkowo nie znęcać nad LSD, którzy może mieli jakiś wyjątkowo słaby dzień, wrócę do pozytywów: Ninajirachi została pod sam koniec festiwalu nową królową OFFA. Wiem, że nie tylko dla mnie.

 

Adrian Pokrzywka

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020