IKS

Off Festival 2026 (dzień 1)| 07.08.2026, Katowice [Relacja]

Gdy dokładnie rok temu pisałem relację z OFF-a, trudno było uciec od kilku niewygodnych tematów. Edycja 2025 miała jeden z najlepszych line-upów w historii festiwalu, ale mam wrażenie, że jednocześnie los wyjątkowo często rzucał Arturowi Rojkowi i całej ekipie kłody pod nogi. Kiedy dołożymy do tego kilka niefortunnych decyzji organizacyjnych, bezlitośnie obnażyły się wszystkie słabości katowickiej imprezy… No cóż. Życie to życie. Problemy się zdarzają, wpadki też. Sztuką jest jednak wyciągać z nich wnioski i zrobić wszystko, żeby wyeliminować je na przyszłość. I właśnie dlatego tegoroczny OFF Festival oceniałem głównie przez pryzmat zeszłorocznej edycji. Bo choć – przynajmniej w moim odczuciu – line-up 2026 nie był już tak spektakularny jak ten z poprzedniego roku, bardzo szybko dało się zauważyć coś innego. Organizatorzy naprawdę odrobili lekcję. Widać było, że zeszłoroczne problemy nie zostały zamiecione pod dywan, lecz stały się materiałem do nauki i wyciągania wniosków. Co najważniejsze – w wielu miejscach przełożyło się to na konkrety. Sporo rzeczy poprawiono, kilka problemów po prostu samo zniknęło (koło fortuny tym razem zatrzymało się na polu „piękna pogoda”), a cały festiwal sprawiał wrażenie znacznie lepiej poukładanego. Czy było idealnie? Oczywiście, że nie. W naszej polskiej naturze leży przecież narzekanie, więc powiem tak: gdyby wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, pewnie trzeba byłoby się zacząć martwić. Tym razem jednak dużo łatwiej było mi skupić się na tym, po co na OFF przyjeżdżam od 2009 roku – na muzyce, a także czerpać przyjemność z samej imprezy i uroków Doliny Trzech Stawów.

Każdy, kto chciał zdążyć na któryś z początkowych koncertów, nauczony doświadczeniem z zeszłego roku, z pewnością musiał czuć lekki dreszczyk emocji, przeplatany z poczuciem niepewności. Na szczęście tym razem udało się uniknąć organizacyjnego armagedonu na skalę znaną z 2025. OFF na swoich kanałach informował o możliwości wcześniejszego opaskowania, które zaczęło się już w czwartek. Sama komunikacja zdawała się być dużo bardziej klarowna, co z pewnością przyczyniło się do usprawnienia wejścia. Oczywiście można się czepiać, że bramy otwarto zbyt późno, a w kwestii organizacji wejścia wciąż jest trochę do poprawienia. Ale mimo wszystko należy powiedzieć to głośno: było znacznie lepiej niż rok temu.

REKLAMA

 

W tym roku festiwal otworzył kwartet Atol Atol Atol złożony z weteranów wrocławskiej sceny alternatywnej. Ich muzyka to niekonwencjonalne podejście do post-punku, z domieszką psychodelii i szczyptą iście funkowego groove’u. Na żywo, mocno transowe przeżycie. Parafrazując tytuł jednego z kawałków: Atol Atol Atol – post-punk doprawiony sosem tysiąca wysp. Formacja celowo ucieka od streamingowych gigantów, z których osobiście – możecie teraz wytykać mnie palcami za ten konformizm – poznaję muzykę (a jak mi się podoba, dopiero potem kupuję na fizycznych nośnikach). Dlatego obcowanie z ich twórczością na żywo było dla mnie czymś naprawdę odkrywczym. Zgrabny wstęp do festiwalu – aż chce się powiedzieć, w starym dobrym stylu. Koncert, który pozostawił w mojej głowie jeszcze jedno pytanie: co Agata Horwat miała napisane na koszulce?

 

Joshua Idehen
Żródło : Off Festival – materiały prasowe, foto. M. Murawski

 

Szybka przebieżka na Scenę Eksperymentalną, gdzie swój set rozpoczął podopieczny PIAS – Joshua Idehen. Desek na tej scenie po raz kolejny rok z rzędu nie uraczyliśmy, a szkoda, bo przydałyby się idealnie na show, jakie Joshua za chwilę miał nam zaserwować.

Było coś w tej muzyce, co miało pewien terapeutyczny aspekt („Don’t Let It Get You Down”), trochę politycznego manifestu („Choose yourself”) – oberwało się między innymi premierowi Izraela – a momentami wręcz duchowego przeżycia. Niczym szalona msza, podczas której Joshua wcielił się w rolę kaznodziei i próbował wypędzić z nas, słuchaczy, wszelkie demony. A jeśli już szukać odpowiedniej metafory, był to chyba najbardziej nieoczywisty miks stand-upu i muzyki tanecznej, jaki można sobie wyobrazić. Joshua nie pozwalał publiczności stać w miejscu. Tutaj trzeba było być zaangażowanym. I to na sto procent. Jeżeli ktoś – tak jak ja – nie przepada za ciągłą interakcją z innymi słuchaczami i samym artystą, mógł momentami poczuć lekki dyskomfort. Ale nawet wtedy trudno było odmówić temu wszystkiemu uroku. „Jeżeli mnie upuścicie, to koniec koncertu!” – usłyszała publiczność, po czym Joshua, niesiony na rękach słuchaczy, odśpiewał większą część piosenki „All You Can Do Is Try”. Na ostrzeżeniu się skończyło; wszystko przebiegło idealnie, a Idehen spokojnie będzie mógł wrócić na kolejny koncert (tym razem klubowy) do Polski – już w październiku… A na bis Joshua sięgnął po „Once in a Lifetime”, uwielbiany klasyk Talking Heads.

REKLAMA

 

To, za co Arturowi Rojkowi należą się chyba największe brawa, to ogarnięcie sponsorów. Trybuna mBank ustawiona tuż obok sceny głównej to był strzał w dziesiątkę! Co najważniejsze – mógł na nią wejść każdy, co już samo w sobie wyróżnia OFF-a na tle innych festiwali, gdzie za tego typu „atrakcje” trzeba płacić. Pierwszym koncertem, jaki zobaczyłem na scenie mBank, był występ Dana and Alden. Młodzi Amerykanie, w promieniach sierpniowego słońca, pozwolili mi rozpłynąć się w dźwiękach jazzu. A że na dedykowaną scenę dla tego gatunku – OFF’n’Jazz Club – dostanie się graniczyło z cudem (przynajmniej jeśli przychodziło się w trakcie koncertu), tym bardziej cieszyłem się, że chociaż tutaj mogłem przyjąć swoją dzienną dawkę jazzu. Wbrew temu, co mogły sugerować opisy zespołu (użyj jak najwięcej razy słowa klucza „TikTok”, a zwiększysz szanse na zainteresowanie młodzieży), grupa zaserwowała raczej bezpieczne podejście do gatunku. Łatwe w odbiorze, ale niepozbawione wdzięku i przede wszystkim pełne energii. Dokładnie takiej, jakiej w tym momencie potrzebowałem („Napa 86”).

 

Dana and Alden
Żródło : Off Festival – materiały prasowe, foto. M. Murawski

 

„Jazz, warm beers and long bike rides” – mogliśmy przeczytać na koszulce perkusisty i lidera formacji. Szkoda, że na OFF-ie nie można napić się piwka (nawet ciepłego!), stojąc czy siedząc pod sceną. Zamiast tego trzeba kisić się w jakichś klatkach czy innych wydzielonych strefach albo – o zgrozo! – przemycać alkohol w plastikowych butelkach, co samo w sobie urąga godności szanującego się festiwalowicza… i ochrony, która musi na to patrzeć (a raczej przymykać oczy).

Nick Rattigan, czyli Current Joys, na co dzień gra na perkusji i śpiewa w formacji Surf Curse (polecam sprawdzić!). Kilka lat temu zupełnym przypadkiem trafiłem na ich koncert, ale aż do tego OFF-a jakimś cudem nie skojarzyłem, że za zespołem stoi właśnie Rattigan. I może dobrze – na scenę Orlen (aka. Leśną) przyszedłem bez większych oczekiwań, nie wiedząc właściwie, czego się spodziewać. Current Joys swobodnie przeskakiwał między rozmytym, sennym indie rockiem a nerwowymi, momentami wręcz post-hardcore’owymi fragmentami. Paradoksalnie właśnie ta nieprzewidywalność była jego największą siłą – kiedy wydawało się, że wszystko zmierza w jednym kierunku i już nic nie jest w stanie cię zaskoczyć, następował gwałtowny zwrot. Całość wieńczyło zagrane bez kolegów z zespołu na gitarze akustycznej „Nervous”, przed którym Rattigan poprosił publiczność, by przestała klaskać, bo go to rozprasza. Można było się w tym koncercie pogubić, mógł sprawiać wrażenie bycia nierównym…, ale co jak co, to nie można mu zarzucić nudy. Za każdym razem, gdy wydawało się, że Rattigan wyczerpał już swoje pomysły, wykonywał kolejny zwrot o 180 stopni. Co do samej sceny Orlen i firmy jako kluczowego sponsora – kolejny strzał w dziesiątkę. Jeszcze za czasów Obajtka (ale też później) Orlen sponsorował jedną ze scen na czeskim Colours of Ostrava i już wtedy można było, kolokwialnie mówiąc, „chapnąć” hot doga. Dla mnie nie było to więc żadną szczególną nowością, ale wiem, że dla niejednego festiwalowicza hot dog w cenie jak na stacji benzynowej to prawdziwy game changer! Do tego darmowe przekąski (sękacze) i inne gratisy. A jeżeli przy okazji festiwal dostał zastrzyk gotówki (którą można wydać np. na lepsze toalety) – a umówmy się, na biednego sponsora nie trafiło – to ja jestem zachwycony. Tak właśnie powinno się promować markę.

 

W Bingo „Off Festival 2026” nie mogło zabraknąć zespołu z Afryki, który zniknął na 30 lat i powrócił z nową płytą. No i cyk – na scenie pojawili się W.I.T.C.H. Ich nazwa to akronim „We Intend To Cause Havoc”, czyli mniej więcej „Zamierzamy siać zamęt”. Według mnie zamętu nie zasiali, ale jako ciekawostka sprawdzili się bardzo przyzwoicie. Kolejne kawałki poprzedzały pogawędki i anegdotki z Zambii i tak dalej. Dla fanów mezaliansu muzyki afrykańskiej z klasycznym rockiem, funkiem i psychodelią – pozycja obowiązkowa. Dla mnie 30 minut w zupełności wystarczyło. Szybko pobiegłem na scenę główną, żeby dać kolejną szansę Black Country, New Road. I po raz trzeci utwierdziłem się w przekonaniu, że „Forever Howlong” do pięt nie dorównuje ich dwóm pierwszym albumom.

 

Black Country, New Road
Żródło : Off Festival – materiały prasowe, foto. M. Murawski

 

Nie rozumiem, dlaczego Black Country, New Road nie rozpadło się po odejściu Isaaca Wooda albo chociaż nie zmienił nazwy – skoro i tak nie gra nic starszego (ciągle katują nowy materiał). Było ładnie i melancholijnie, były bogate aranżacje i co z tego, jak całość jest nudna jak cholera… Co mogę powiedzieć… Isaac Wood wyrusza w trasę jako support Phoebe Bridgers i mam nadzieję, że przynajmniej tam zagra coś dużo bardziej porywającego.

OFF Festival od zawsze rapem stoi. Wystarczy wymienić takie nazwy jak MF DOOM, Pusha T czy Run The Jewels… a to tylko początek bardzo długiej listy. I chociaż miałem olbrzymie obawy co do występu rapowego headlinera soboty, na piątkowy koncert Earl Sweatshirta czekałem z niecierpliwością. Pierwsze wrażenie? Earl wyglądał, jakby właśnie co wypełzł ze swojego namiotu pod mostem w downtown LA, a chwilę wcześniej wypalił zdecydowanie za dużo zielska (kto wie, czy ta druga część nie jest prawdą). Rapował jak opętany do brudnych, poszatkowanych sampli… W tle przewijało się zapętlone pianino, perkusja była praktycznie nieobecna, a całość spowijał gęsty, senny klimat niczym mgła nad Los Angeles. Nie był to koncert łatwy w odbiorze. Ba, momentami potrafił być zajebiście męczący. Moje pierwsze odczucia były mieszane. Ale kiedy kurz po OFF-ie już opadł, zdałem sobie sprawę, że był to jeden z tych występów, o których myślałem najwięcej. A to już o czymś świadczy.

 

The Flaming Lips
Żródło : Off Festival – materiały prasowe, foto. M. Murawski

 

The Flaming Lips, którzy zamykali główną scenę, byli nazwą, która pierwszego dnia imprezy przyciągnęła na teren Trzech Stawów zdecydowanie największy tłum. Słuchając głosów ludzi po jego zakończeniu, koncert zrobił naprawdę spore wrażenie. Dla mnie jednak miał dwa podstawowe problemy.

Pierwszym był fakt, że widziałem Flaming Lips na klubowym występie rok wcześniej, gdzie zagrali dwa pełne sety – „Yoshimi (…)” oraz „Greatest Hits” – a do tego bis. Łącznie 22 kawałki. Mając w pamięci tamto doświadczenie, czułem, że w Katowicach po prostu czegoś mi zabrakło. Do tego forma wokalna Wayne’a momentami pozostawiała sporo do życzenia… Jeżeli irytowało was jego nagabywanie „Keep going, keep going, keep going…”, to dodam, że w Londynie robił dokładnie to samo. Drugim problemem był pamiętany występ The Flaming Lips na OFF-ie z 2010 roku, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Ostatnio znalazłem w swoich notatkach – a tak naprawdę wyświetliło mi się wspomnienie na Facebooku – informację, że zespół rozpoczął tamto pamiętne show od wyjścia z wielkiej waginy; Wayne chodził po publiczności w ogromnej kuli. O części z tych rzeczy zupełnie zapomniałem! Jedno wiem jednak na pewno: oba wcześniejsze koncerty The Flaming Lips były po prostu lepsze od tego, co zobaczyłem w Katowicach tamtego piątkowego wieczoru. Czy było źle? Nie… Ciągle było rewelacyjnie! „Yoshimi…” to piękna i ważna płyta, a nawet jak ktoś jej nie lubi, to dostaliśmy wszystko to, za co ludzie kochają Flaming Lips: było konfetti, były ogromne różowe dmuchane roboty, no i ten wspaniały bis z wisienką na torcie w postaci „War Pigs”, „The Yeah Yeah Yeah Song” (z ogromnym balonem z wymienioną nazwą Katowic) oraz „Race for the Prize”. Wayne Coyne chyba zdał sobie sprawę, że 16 lat zaniedbywania fanów w Polsce to zdecydowanie za długo. Czy wróci, jak obiecał? Mam taką nadzieję.

 

Gdy Amerykanie zeszli ze sceny, chciałem jeszcze złapać chociaż fragment Los Thuthanaka – kolejnego zespołu, który pokazuje środkowy palec gigantom streamingowym. Niestety, zmęczenie dało o sobie znać i tym razem musiałem odpuścić. Może następnym razem. Został jeszcze tylko spacerek na parking przy centrum handlowym – bo niestety OFF po raz kolejny nie pomyślał o zmotoryzowanych. Panie Rojek, połowa Krakowa dojeżdża na festiwal i wraca z niego samochodem do swoich domów (w szczególności gdy nie ma pola namiotowego)! Może warto byłoby coś z tym zrobić, bo trochę mi głupio, kiedy zajmuję miejsce pod Auchanem babciom, które przyjeżdżają po bułki… No dobra, rozpędziłem się. Staję tam za darmo od 15 lat i pewnie będę stawał przez kolejnych 15 (jeżeli nic się nie zmieni). To był udany dzień – z perspektywy czasu najsłabszy w zestawieniu z dwoma kolejnymi, ale i tak zostawił po sobie kawał dobrych wspomnień!

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

Jak już wspomniał mój redakcyjny kolega Grzegorz, pierwszy dzień OFF Festivalu był niczym smaczna przystawka. Dania główne były jednak przeznaczone na kolejne dni. Wybaczcie mi to lekko wyeksploatowane kulinarne porównanie, ale coś w tym rzeczywiście było. Ja również uważam, że wszystko, co najlepsze, wydarzyło się w sobotę i niedzielę. Nie znaczy to jednak, że pierwszego dnia zabrakło koncertów ciekawych, a wręcz fascynujących. Kiedy więc moi redakcyjni koledzy zasłuchiwali się w skocznej poezji Joshuy Idehena, ja wybrałem się pod scenę Orlen, gdzie swój koncert dawał polski zespół Tercet Imperial. OFF Festival w swoich materiałach promocyjnych mocno eksponował ich wyróżnienie w Grand Prix 26. Festiwalu Folkowego Polskiego Radia „Nowa Tradycja”. To jednak nie nagroda skusiła mnie pod scenę, lecz połączenie oberków, mazurków i archaicznych pieśni weselnych z elektroniką oraz wpływami muzyki Afryki i Indii. Brzmi intrygująco? I taki właśnie był cały ich występ. Piotr Zabrodzki na klawiszach i Jan Emil Młynarski na elektronicznej perkusji budowali na swoich instrumentach wręcz transowy klimat. Czasami ich partie były skoczne, ale potrafiły również wprowadzić słuchaczy w mocno hipnotyczny nastrój. Nie oni jednak błyszczeli tego wieczoru na scenie. Zdecydowanie najważniejszą postacią była Joanna Sztucka, której „anielski” wokal, mocno zakorzeniony w tradycyjnym śpiewie wiejskim Radomszczyzny, wręcz czarował swoją surowością i naturalnością. Zespół promował wydany w maju album „Prymat” i właśnie na nim oparł swoją setlistę. Rozpoczął, podobnie jak na płycie, od utworów „Rozgłaszaj” i „Oczepiny”. Katowicka publiczność usłyszała również „Kawalerkę”, „Kałamarzyk” i „Jasię”, a na zakończenie „Siwcową”. Polski folk w takim wydaniu najwyraźniej trafił pod scenę, bo publiczność szybko dała się wciągnąć w ten osobliwy, wiejski trans. Osobiście uważam, że był to jeden z bardziej pozytywnych koncertowych momentów festiwalu. Zabawa była iście wiejska.

 

Tego dnia dane było mi również zobaczyć występ Claytona Petteta, który na festiwalu występował jako Babymorocco. Artysta zaprezentował się na Scenie Eksperymentalnej i był to zdecydowanie jeden z najbardziej imprezowych punktów OFF-a. Podejrzewam, że fanów Chat Pile czy Deafheaven raczej nie dało się zobaczyć pod sceną podczas jego wygibasów. Zresztą same tytuły utworów wiele mówią o tym artyście: „Give Me Luv”, „Shmarmaladeharmonica”, „Body Organic Disco Electronic”, „Bikinis and Trackies” czy „Really Hot”. Oj, było grubo – tandetnie, seksownie i mocno eurowizyjnie. Fanem tego Brytyjczyka pewnie nie zostanę, ale przy jego mieszance dance, electro, 2-stepu i happy hardcore’u wybawiłem się konkretnie. I tyle dodatkowych koncertów ode mnie. Pierwszego dnia bawiłem się bardzo dobrze, ale to właśnie podczas kolejnych dni zaliczałem już prawdziwe mentalno-dźwiękowe orgazmy.

 

 

Mariusz Jagiełło

 

Tercet Imperial
Żródło : Off Festival – materiały prasowe, foto. M. Kuczyńska

 

Gdy moi starsi koledzy z redakcji pojechali już do spania po piątkowych koncertach, ja stanąłem przed największym dylematem tegorocznej edycji, który na długo przed pierwszym weekendem sierpnia spędzał mi sen z powiek. Niestety ktoś wymyślił, żeby w tym samym czasie grały projekty tak wybitne jak Los Thuthanaka i HTRK.

Choć na początku tego roku, gdy po raz pierwszy pojawiła się w aplikacji festiwalowej rozpiska godzinowa, postawiłem na tych pierwszych (przecież ich debiut był numerem jeden w moim podsumowaniu rocznym), to im bliżej rozpoczęcia imprezy, tym częściej myślałem o HTRK, których nigdy wcześniej jeszcze nie widziałem na żywo. I mimo tego, że kwaśna propozycja Amerykanów z Los Thuthanaka spodobała się praktycznie wszystkim moim znajomym, nie pluję sobie w brodę. HTRK wypadli wprost cudownie na chyba jedynej słusznej dla nich przestrzeni OFF-a – Scenie Eksperymentalnej. Nie ze względu na związaną z nią nazwę, a na wyjątkowo intymną atmosferę, jaka potrafi się wytworzyć na niektórych koncertach w tym namiocie. HTRK to mistrzowie minimalizmu – do zaprezentowania swojej twórczości wystarczył temu duetowi bit z taśmy, do którego dogrywał się na gitarze Nigel Yang, a swoje chłodne, ale zmysłowe i przejmujące wokale dokładała Jonnine Standish. Wieloletniego fana bardzo ucieszyła przekrojowa setlista. Nieraz żałowałem, że nie udało mi się zobaczyć ich na Unsoundzie w Krakowie tuż po wspaniałej płycie „Work (Work Work)”. Trochę zostało mi to wynagrodzone, bo w Katowicach zagrali z niej dwa kawałki, podobnie jak z mojej ukochanej „Venus in Leo”. Niemal cały koncert w drugim rzędzie zleciał mi bardzo szybko i był to najmocniejszy dla mnie punkt tego wieczoru. Będę się teraz mocno rozglądał za ich klubowym gigiem… no i za Los Thuthanaka też.

 

Adrian Pokrzywka

 

Relacja z dalszej części OFF Festivalu 2026 już niebawem na sztukmix.pl

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020