IKS

Electric Callboy – „TANZNEID” [Recenzja], dystr. Sony Music Entertainment

Electric Callboy od dawna funkcjonują w rzeczywistości, w której granica między metalowym koncertem, klubową imprezą i świadomie przerysowanym widowiskiem właściwie przestała istnieć. Co więcej, robią to z taką skutecznością, że trudno już traktować ich wyłącznie jako efektowną ciekawostkę sceny. Wyprzedane hale, wysokie miejsca na festiwalowych plakatach i ogromne liczby w serwisach streamingowych mówią same za siebie. „TANZNEID”, siódmy album Niemców i drugi pełnowymiarowy materiał wydany po zmianie nazwy z Eskimo Callboy, nie próbuje tego porządku burzyć. Wręcz przeciwnie – skupia w jednym miejscu wszystko, czym zespół stał się w ostatnich latach: metalcore, eurodance, techno, pop, punk rock, ciężkie breakdowny, chwytliwe melodie i humor, który w rękach kogokolwiek innego mógłby zakończyć się katastrofą. Nie jest to jednak drugie „TEKKNO”. Tamten album był eksplozją nowej formuły, tutaj dostajemy jej dopracowaną, pewną siebie i jeszcze bardziej widowiskową kontynuację. Electric Callboy doskonale wiedzą już, kim są, czego oczekuje od nich publiczność i – co najważniejsze – jak sprawić, żeby ta publiczność ani przez chwilę nie stała spokojnie.

Droga do „TANZNEID” zaczęła się właściwie jeszcze w czasach „TEKKNO”. Album z 2022 roku ostatecznie ugruntował nowe oblicze zespołu, a „We Got the Moves”, „Pump It” czy wcześniejsze „Hypa Hypa” przestały być jedynie internetowymi fenomenami i zamieniły się w koncertowe pewniaki. Sukces wyniósł Electric Callboy na poziom, który jeszcze kilka lat wcześniej trudno byłoby przewidzieć nawet najbardziej optymistycznym fanom. Nowy materiał nie powstawał jednak jako zamknięta całość przygotowana z myślą o jednej premierze. Przez kolejne dwa lata pojawiały się single, współprace i kolejne eksperymenty, które dopiero z czasem zaczęły układać się w większą historię. Jednym z najważniejszych jej elementów było oczywiście „RATATATA”, nagrane z BABYMETAL i wydane w 2024 roku. Połączenie obu zespołów okazało się niemal zbyt oczywiste, żeby mogło nie zadziałać – podobne zamiłowanie do przesady, kontrastów i bezwstydnie chwytliwych melodii sprawiło, że utwór momentalnie zaczął żyć własnym życiem. Co ciekawe, jego pozorna prostota jest trochę złudna. Muzycy wspominali, że zanim znaleźli właściwy kształt kompozycji, powstało wiele jej wariantów. Dobrze pokazuje to sposób działania Electric Callboy: muzyka ma sprawiać wrażenie spontanicznego szaleństwa, choć za kulisami jest bardzo precyzyjnie zaplanowana.

REKLAMA

 

Kolejne elementy układanki dochodziły stopniowo. „Elevator Operator” przyniósł następną porcję klubowo-metalowego absurdu, „Revery” pokazało bardziej mroczne i melancholijne oblicze grupy, a cover „Still Waiting” Sum 41 zyskał również osobisty kontekst. Po odejściu Davida-Karla Friedricha za zestawem perkusyjnym coraz częściej pojawiał się Frank Zummo, wcześniej związany właśnie z kanadyjskim zespołem. Spontaniczne koncertowe wykonania z czasem przerodziły się w wersję studyjną i jeden z ciekawszych pomostów między przeszłością muzyków a teraźniejszością Electric Callboy. Równie przypadkowa jest geneza tytułu albumu. „Tanzneid” to wymyślone połączenie niemieckich słów „Tanz” i „Neid”, czyli w luźnym tłumaczeniu „taneczna zazdrość”. Określenie miało narodzić się podczas pracy nad klipem do „Elevator Operator” i okazało się na tyle trafne, że najpierw zostało nazwą utworu i trasy, a później całej płyty. Do zestawu dołączyły jeszcze „Hypercharged”, powiązane z „Brawl Stars”, „Let the Good Times Roll” z The Offspring oraz „The Way You Are” – numer, w którym lukrowana ballada rodem z boysbandów sprzed ćwierć wieku zostaje bez ostrzeżenia zmiażdżona przez ciężkie gitary. W efekcie „TANZNEID” przypomina nie tyle zapis jednej konkretnej sesji, ile kronikę ostatnich dwóch lat życia zespołu.

 

fot. materiały promocyjne

 

I właśnie jako taką kronikę najlepiej tej płyty słuchać. Pierwsza połowa jest niemal bezczelnie przebojowa. Tytułowe „TANZNEID” łączy metalowy ciężar z klubowym pulsem i refrenem napisanym jakby od pierwszej sekundy z myślą o wielotysięcznym tłumie. „RATATATA” nadal działa świetnie, bo BABYMETAL i Electric Callboy spotykają się dokładnie w tym punkcie, w którym przesada przestaje być wadą, a zaczyna stanowić główną atrakcję. „Hypercharged” dorzuca kreskówkową wręcz energię, „Let the Good Times Roll” skręca w stronę kalifornijskiego punk rocka, a „Elevator Operator” po raz kolejny pokazuje, ile pomysłów Niemcy potrafią zmieścić w trzech minutach bez zamiany utworu w kompletny chaos. Jeszcze ciekawiej robi się jednak wtedy, gdy na chwilę odkładają żart na bok. „Heartclub” należy do najcięższych fragmentów całości, „The Savior” ma zadatki na kolejny potężny numer koncertowy, natomiast zamykające właściwą część albumu „Revery” wprowadza więcej przestrzeni, melancholii i mroku. Dzięki takim momentom „TANZNEID” nie zamienia się w czterdzieści minut powtarzania tego samego dowcipu. Schemat pozostaje znajomy, ale proporcje zmieniają się wystarczająco często, by poszczególne kompozycje miały własny charakter.

Największą siłą Electric Callboy nadal pozostaje jednak coś znacznie prostszego: oni zwyczajnie potrafią pisać refreny. Cała otoczka – stroje, absurdalne klipy, syntezatory, breakdowny i stylistyczne wolty – nie miałaby większego znaczenia, gdyby pod spodem nie znajdowały się melodie pozostające w głowie już po pierwszym odsłuchu. „Elevator Operator”, „TANZNEID” czy kompletnie niedorzeczne „The Way You Are” są tego najlepszym przykładem. Ten ostatni korzysta zresztą z patentu znanego z „Hurrikan”: najpierw słuchacz zostaje wciągnięty w przesłodzoną stylistyczną pułapkę, a chwilę później wszystko rozbija ściana ciężaru. Tym razem dostajemy estetykę spod znaku dla Millenialsów – Backstreet Boys czy Westlife, a dla Pokolenia Z – Bruno Marsa czy One Direction. Jeszcze ciekawsze są jednak „Heartclub” i „The Savior”, bo przypominają, że zespół potrafi funkcjonować również bez ciągłego mrugania okiem do odbiorcy. Warto też zwrócić uwagę na linię łączącą „Still Waiting” oraz „Let the Good Times Roll”. Obecność Zummo prowadzi bezpośrednio do Sum 41, z kolei współpraca z The Offspring brzmi jak ukłon w stronę punkrockowych inspiracji muzyków. „TANZNEID” jest więc także płytą mocno zakorzenioną w muzyce, na której członkowie grupy sami dorastali, nawet jeśli dziś przepuszczają ją przez własny, kompletnie pokręcony filtr.

REKLAMA

 

 

Największy problem „TANZNEID” nie leży w jakości materiału, lecz w sposobie jego wydania. Z dziesięciu zasadniczych kompozycji zdecydowaną większość można było usłyszeć jeszcze przed premierą albumu. „RATATATA” funkcjonowało w obiegu od dwóch lat, a „Elevator Operator”, „Revery”, „Still Waiting”, „TANZNEID”, „Hypercharged”, „Let the Good Times Roll” i „The Way You Are” zdążyły wcześniej trafić do słuchaczy jako single lub element koncertowego repertuaru. W rezultacie pierwszy odsłuch nie daje takiej frajdy, jaką zwykle przynosi odkrywanie nowej płyty. Bardziej przypomina układanie dobrze znanych puzzli i dokładanie do nich kilku brakujących elementów. Jeszcze bardziej dyskusyjna jest decyzja o dodaniu na końcu czterech remiksów: „We Got the Moves (Sullivan King Remix)”, „TANZNEID (Paolo Ferrara Remix)”, „Hypercharged (Paul Elstak Remix)” i „Revery (Sullivan King Remix)”. Same w sobie nie są pozbawione sensu i doskonale pasują do klubowej strony Electric Callboy, ale po „Revery” zasadnicza opowieść zwyczajnie się kończy. Pozostaje też pytanie, jak długo grupa będzie w stanie eksploatować mechanizm oparty na zderzaniu cukierkowego refrenu, elektroniki, ciężkiego riffu i obowiązkowego breakdownu. Na razie nadal działa. Tyle że „The Way You Are” pokazuje już, jak łatwo przewidzieć moment, w którym za chwilę wydarzy się „niespodzianka”.

 

Mimo tych zastrzeżeń Electric Callboy znajdują się dziś w miejscu, o którym jeszcze kilka lat temu prawdopodobnie mogli tylko marzyć. „TANZNEID” nie jest kolejnym przełomem i dobrze, że nawet nie próbuje nim być. To raczej potwierdzenie, że formuła wypracowana przy „Hypa Hypa” i doprowadzona do pełni na „TEKKNO” nie była chwilowym wybrykiem, lecz językiem, który zespół naprawdę potrafił uczynić własnym. Jest ciężko, przebojowo, absurdalnie, chwilami bezwstydnie kiczowato, ale przede wszystkim niezwykle energetycznie. Najwięcej nadziei na przyszłość dają te momenty, w których Niemcy wychodzą poza swój najbezpieczniejszy schemat – „Heartclub”, „The Savior” czy „Revery” sugerują, że nadal mają dokąd przesuwać granice. Największy niedosyt pozostawia natomiast konstrukcja samego wydawnictwa. Gdybyśmy zamiast albumu złożonego w większości ze znanych wcześniej singli dostali dziesięć świeżych kompozycji bez remiksowego ogona, efekt mógłby być znacznie mocniejszy. W obecnej formie „TANZNEID” jest przede wszystkim bardzo efektownym podsumowaniem pewnego etapu. Nie zmienia świata Electric Callboy, ale pokazuje, że zespół nadal potrafi urządzić w nim imprezę, z której trudno wyjść przed końcem.

 

Szymon Pęczalski

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek.

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Asp

    Recenzent nie rozumie jak działa wspólczesne wydawanie muzyki. To już nie te czasy, że wrzucasz 3 single z teledyskami i album. Teraz każdy numer musi być singlem, trendem, rolką i tak działa EC. Świetna płyta, a ich główną siłą są rewelacyj w koncerty. Oby szybko wrócili do Polski.

    1. Szymon Pęczalski

      Dzięki za komentarz. W recenzji nie chodzi jednak o krytykę współczesnego modelu wydawania muzyki ani brak zrozumienia tego, jak dziś funkcjonuje promocja singli, klipów czy treści w SM. Zwróciłem jedynie uwagę na skutek takiej strategii z perspektywy odbioru całego albumu.

      Jeżeli przed premierą znam już znaczną część materiału, to pierwszy odsłuch płyty siłą rzeczy daje mniej poczucia odkrywania czegoś nowego. Można uznać, że dziś nie ma to większego znaczenia — i to jest jak najbardziej uczciwy punkt widzenia — ale dla mnie album nadal jest również osobną formą, którą oceniam jako całość.

      Co do koncertów EC pełna zgoda. To zdecydowanie jedna z największych sił tego zespołu.

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020