Z okazji nadchodzącego koncertu Cryptopsy w Polsce miałam okazję porozmawiać z wokalistą zespołu, Mattem McGachym. Dyskutowaliśmy o najnowszym albumie, „An Insatiable Violence”, trzydziestoleciu legendarnego „None So Vile”, procesie twórczym, koncertowaniu, mediach społecznościowych, oraz o tym, dlaczego Polska stała się dla zespołu jednym z wyjątkowych miejsc na koncertowej mapie świata.
Jeśli chcecie więc dowiedzieć się, jak powstał najnowszy album, co Matt sądzi o współczesnym death metalu, i dlaczego zawsze z radością wraca do naszego kraju, zapraszam do lektury. A już 30 lipca będziecie mogli zobaczyć Cryptopsy na żywo w krakowskim Hype Parku, gdzie Kanadyjczycy wystąpią w ramach swojej europejskiej trasy.
Ula Skowrońska-Malinowska: Cześć! Jak się dziś masz?
Matt McGachy: Dobrze, dziękuję.
USM: Świetnie. Zaczynamy?
MMG: Tak, proszę.
USM: Wasze najnowsze wydawnictwo zostało bardzo dobrze przyjęte. Patrząc z perspektywy czasu – z czego jesteś najbardziej dumny?
MMG: Dziękuję, że to mówisz. Naprawdę czujemy, że album został bardzo dobrze przyjęty, a po ogromie pracy, jaki w niego włożyliśmy, to wspaniałe uczucie. Najbardziej dumny jestem z tego, że osiągnęliśmy cel, który sami sobie wyznaczyliśmy – napisaliśmy, nagraliśmy i wydaliśmy nowy album w ciągu dwóch lat od poprzedniego. Odkąd jestem w Cryptopsy, nigdy wcześniej nam się to nie udało. W przeszłości zawsze poświęcaliśmy mnóstwo czasu na analizowanie każdego szczegółu i dopracowywanie wszystkiego tak, aby spełniało nasze standardy. Tym razem udało nam się utrzymać ten sam poziom, pracując ze znacznie bardziej napiętym harmonogramem. Większość materiału napisaliśmy podczas trasy koncertowej, co jest niezwykle trudne. Wszyscy są wtedy zmęczeni, a kreatywność nie zawsze przychodzi naturalnie, więc naprawdę musieliśmy się zmobilizować. Najbardziej jestem dumny z naszej etyki pracy i z tego, że zrealizowaliśmy dokładnie to, co sobie założyliśmy. Myślę, że teraz zbieramy tego owoce – jesteśmy aktywni, nieustannie koncertujemy i dostarczamy fanom nową muzykę. Uważam, że we współczesnym przemyśle muzycznym jest to bardzo ważne.
USM: Myślę, że należy się wam za to ogromne uznanie. Trasy koncertowe, pisanie nowej muzyki i dbanie o fanów – to wszystko idzie ze sobą w parze. Fani uwielbiają oglądać was na żywo, ale jednocześnie zawsze czekają na nowy materiał.
MMG: Dokładnie. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Ludzie bardzo szybko zapominają o muzyce, ponieważ mają dostęp do nieskończonej ilości nowych rzeczy. Jeśli chcemy pozostać w świadomości słuchaczy, musimy nieustannie pchać się do przodu. Zdecydowanie chcemy powtórzyć ten proces – napisać kolejną płytę i wydać ją możliwie szybko. Jednak w tym roku obchodzimy trzydziestolecie albumu „None So Vile”, co opóźniło nasze plany o mniej więcej rok. Dlatego celujemy w wydanie nowego albumu w 2028 roku.
USM: Czy podczas pracy nad tą płytą była jakaś konkretna idea albo emocja, która wyznaczała kierunek jej powstawania?
MMG: Chcieliśmy postawić sobie wyzwanie. Naszym celem było stworzenie czegoś z wyraźnie większym groovem. W 2024 roku mieliśmy okazję zagrać cały album „None So Vile” podczas Maryland Deathfest. Poza Flo nikt z obecnego składu wcześniej nie wykonywał tego materiału za jednym razem. Dzięki temu znacznie lepiej zrozumieliśmy, dlaczego ten album tak mocno rezonuje z ludźmi. Riffy mają tam więcej przestrzeni. Są częściej powtarzane, w przeciwieństwie do okresu „Whisper Supremacy”, który Chris zawsze uwielbiał. Tym razem chcieliśmy pójść właśnie w tym kierunku – pozwolić riffom wybrzmieć, częściej powtarzać motywy i stworzyć album oparty na groovie, ale jednocześnie pozostający ekstremalnie ciężki. Od strony emocjonalnej nie był to łatwy proces, ponieważ musieliśmy zmuszać się do pracy mimo wyczerpania. Chcieliśmy, żeby album zachował ten mrok, brud, melancholię i, jak lubię to określać, pewien rodzaj ponurości inspirowanej Neurosis, a jednocześnie pozostał brutalny i oparty na groovie. Odnalezienie tej równowagi to coś, do czego Cryptopsy zawsze dążyło.
USM: Czy jest na tej płycie utwór, który znaczy dla ciebie więcej niż pozostałe?
MMG: Zdecydowanie „Malicious Needs”. Ten utwór idealnie oddaje wszystko, co chcieliśmy osiągnąć na tej płycie. Jest melancholijny, dziwny i pozostawia cię z uczuciem, jakbyś po jego wysłuchaniu potrzebował prysznica. Jednocześnie jest niesamowicie groove’owy i brutalny. Cały koncept albumu przyszedł do mnie podczas snu w sierpniu 2023 roku. Śniło mi się, że pewna osoba przez cały dzień pracowała w palącym słońcu, naprawiając maszynę. Kiedy słońce zachodziło i robiło się chłodniej, przypinała się do tej samej maszyny. Maszyna ją torturowała, ale ona to uwielbiała i chciała jeszcze więcej. Podczas tych tortur analizowała działanie maszyny, szukając sposobów, aby ją ulepszyć i sprawić, by całe doświadczenie było jeszcze bardziej satysfakcjonujące. Następnego ranka wprowadzała te ulepszenia, a potem cały cykl zaczynał się od nowa. Tytuł „An Insatiable Violence” również przyszedł do mnie w tym samym śnie. Ta osoba symbolizuje ludzkość, a maszyna reprezentuje media społecznościowe. W ten sposób rozwinąłem koncepcję całego albumu. „Malicious Needs” jest w zasadzie lirycznym opowiedzeniem tego snu, dlatego ma dla mnie tak szczególne znaczenie. To także jeden z naszych ulubionych utworów do grania na żywo, a publiczność również wydaje się go uwielbiać. To właśnie w nim najlepiej zawarłem wszystko, czym chciałem, żeby była ta płyta.
USM: To niesamowita historia i wspomniałeś o jednym konkretnym utworze, ale pytając bardziej ogólnie – jak zwykle wygląda u was proces komponowania? Zaczyna się od technicznych pomysłów, atmosfery czy po prostu od chwilowej inspiracji?
MMG: Muzycznie wszystko zaczyna się od riffów. Chris jest geniuszem, prawdziwym muzycznym geniuszem. Czasami bywa niesamowicie irytujący, bo jest tak utalentowany i doskonale o tym wie. Zdecydowanie jest znacznie lepszym muzykiem ode mnie. Zabawne jest to, że inspiracja może przyjść dosłownie z każdego miejsca. Może usłyszeć szum klimatyzatora albo odgłos pracującej maszyny i nagle w jego głowie pojawia się riff. Od razu nagrywa go sobie na telefon. Później, kiedy przychodzi czas pisania materiału, Chris, Flo, Ollie i ja siadamy razem. Przesłuchujemy wszystkie te notatki głosowe, aż ktoś powie: „To jest dobre”. Chris bierze gitarę i zaczynamy budować utwór. Nie jamujemy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Wszystko powstaje w warunkach studyjnych. Nagrywamy pomysły bezpośrednio do komputera, dzięki czemu możemy przestawiać poszczególne części, przesuwać riffy i eksperymentować z aranżacją, dopóki wszystko nie zabrzmi tak, jak powinno. Chris ma też niezwykle rygorystyczną zasadę: „żadnych słabych riffów”. Nienawidzi niemal wszystkiego, co napisze. W zasadzie nienawidzi prawie wszystkiego. Ale właśnie to jest jedną z jego największych zalet. Mamy ogromne szczęście, że jest z nami ktoś taki, bo to wyjątkowo utalentowany człowiek. Uwielbiam obserwować go podczas pracy. Chyba nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak niezwykły ma talent, ale ja doskonale to widzę.
USM: Domyślam się, że jest tak krytyczny, bo chce, żeby wszystko było perfekcyjne.
MMG: Dokładnie. Większość krytyki, którą ludzie mogliby kiedyś napisać w Internecie, on sam już wcześniej wobec siebie sformułował. Szczerze mówiąc, myślę, że to po części mechanizm obronny. Próbuje chronić samego siebie i dziedzictwo Cryptopsy. W 2008 roku, kiedy ukazał się „The Unspoken King”, zespół popełnił coś, co wiele osób uznało za poważny błąd. Chris z pewnością nigdy nie chce ponownie przechodzić przez coś takiego.
USM: Wyobrażam sobie, że to ciągłe balansowanie. Jeśli ktoś zawsze dąży do perfekcji, musi w pewnym momencie po prostu powiedzieć „dość”. Skąd więc wiesz, że utwór jest skończony? Czy kusi was czasem, żeby dokładać kolejne warstwy i jeszcze bardziej komplikować kompozycję?
MMG: Zdecydowanie. Jeszcze kilka lat temu prawdopodobnie dokładalibyśmy riff za riffem. Jeśli posłuchasz obydwóch części „The Book of Suffering”, to są niesamowicie intensywne wydawnictwa. Nie ma tam zbyt wielu momentów opartych na groovie. Są dosłownie napakowane riffami i potrzeba kilku przesłuchań, żeby w pełni je przyswoić. Jednak z biegiem lat Chris dojrzał jako kompozytor. Kiedyś często mocno się upijał podczas pisania muzyki, ponieważ nienawidził wszystkiego, co stworzył. Nagrywał mnóstwo pomysłów, a następnego dnia, już na trzeźwo, odsłuchiwał je ponownie. Jeśli nadal mu się podobały, wiedział, że są naprawdę dobre. Dziś nie musi już tego robić. Teraz pisze bardzo szybko, wraca do materiału później ze świeżym spojrzeniem, a właściwie świeżym słuchem, i jeśli nadal brzmi dobrze, jest zadowolony. Pomaga też to, że produkcja muzyki jest jego pracą na pełen etat. Jest przyzwyczajony do doprowadzania pomysłów do końca, akceptowania efektu i przechodzenia do kolejnych rzeczy.
USM: Cryptopsy od dekad przesuwa granice technical death metalu. Jak wciąż stawiacie sobie nowe wyzwania, nie tracąc przy tym własnej tożsamości?
MMG: Właśnie tutaj wraca temat „The Unspoken King”. Ten album poszedł trochę za daleko w kierunku, który dziś eksploruje wiele deathmetalowych zespołów. Jednak w 2008 roku dla wielu ludzi było to po prostu zbyt wiele. Cryptopsy zawsze się rozwijało. Mogliśmy nagrać „None So Vile Part II”, „…Part III” albo „…Part IV”, ale nigdy nie chcieliśmy się powtarzać. Po wydaniu albumu, który w 1996 roku stał się jednym z fundamentów gatunku, od razu skręciliśmy w zupełnie inną stronę, nagrywając „Whisper Supremacy”. Płyta była bardziej techniczna, bardziej agresywna i jeszcze trudniejsza w odbiorze. Dzisiaj po prostu tworzymy muzykę, którą sami naprawdę kochamy. Nie próbujemy być najszybszym ani najbardziej technicznym zespołem. Wszystko zaczyna się od utworu, od riffu, emocji albo określonej atmosfery. Jeśli chodzi o wokale, również nieustannie eksperymentuję. Ostatnio sporo pracuję nad wyższymi screamami. Chris cały czas powtarza mi, że chciałby, żebym schodził niżej. Prowadziliśmy na ten temat mnóstwo dyskusji. Ja jednak nie chcę poświęcać wyrazistości ani dykcji tylko po to, żeby osiągnąć jak najniższy growl. Dlatego to temat, do którego ciągle wracamy.
USM: Po tylu latach co nadal najbardziej ekscytuje cię w tworzeniu ekstremalnej muzyki? Czy kiedykolwiek miałeś ochotę nieco złagodzić brzmienie i grać mniej ekstremalnie?
MMG: Nie. Nigdy. Dla mnie to niezwykle oczyszczające doświadczenie. Szczerze mówiąc, studio nie jest moim ulubionym miejscem. Nagrywanie potrafi być długie, wyczerpujące, a czasem wręcz nużące. Oczywiście satysfakcja pojawia się wtedy, gdy słyszysz gotowy efekt, ale sama droga do niego nie zawsze jest przyjemna. Scena to zupełnie inna historia. To właśnie tam nawiązuję kontakt z ludźmi. To moja ulubiona część bycia w tym zespole. Między nami a publicznością dochodzi do niesamowitej wymiany energii. Dajemy z siebie wszystko, wykonując utwory, które ludzie kochają od lat, a oni natychmiast oddają nam tę energię. Kiedy zaczynamy grać „Graves of the Fathers” i widzę ludzi patrzących na siebie, jakby mówili: „To jest mój numer!”, to jest jedno z najlepszych uczuć na świecie. Zawsze wyobrażam to sobie jak szklany zbiornik wewnątrz mnie. Każda trasa wypełnia go energią i inspiracją. Potem wracam do domu, życie wraca do normalności i ten zbiornik powoli zaczyna się opróżniać. W końcu poziom spada na tyle, że nie mogę się doczekać kolejnej trasy i ponownego napełnienia go. To właśnie mnie napędza.

USM: Twój wokal jest niesamowicie intensywny. Jak przygotowujesz się do nagrań i koncertów, zarówno fizycznie, jak i psychicznie? To musi być bardzo wyczerpujące.
MMG: Czasami rzeczywiście jest. Przez lata nauczyłem się jednak zachowywać pełen spokój podczas występów. Choć na scenie mogę wyglądać bardzo intensywnie, w rzeczywistości mam wszystko pod kontrolą. Nie krzyczę wyłącznie pod wpływem emocji. Wszystko opiera się na technice, a tego można nauczyć się tylko dzięki wielu latom praktyki. Ostatnio bardzo dużo koncertujemy, więc na szczęście mój głos pozostaje w dobrej formie pomiędzy trasami. Nie muszę za każdym razem odbudowywać kondycji, wystarczy, że ją utrzymuję. Wypracowałem też rutynę, która naprawdę się u mnie sprawdza. Przed trasą przechodzę cały koncertowy set sam w swojej sypialni dwa, trzy, a czasem nawet cztery razy, łącznie z machaniem głową. Właściwie zrobiłem to również dziś rano. Kiedy wychodzę na scenę, wszystko przychodzi już naturalnie. To dokładnie jak z siłownią. Jeśli przestaniesz trenować na sześć miesięcy, nie możesz oczekiwać, że pierwszego dnia podniesiesz taki sam ciężar jak wcześniej. Najpewniej skończysz z zakwasami, a może nawet z kontuzją. Utrzymywanie formy jest zawsze znacznie łatwiejsze niż odbudowywanie jej od zera.
USM: To właściwie odpowiada na moje kolejne pytanie. Czy twoje podejście do ekstremalnego wokalu zmieniło się na przestrzeni lat?
MMG: Całkowicie. Największa zmiana nastąpiła pomiędzy „The Book of Suffering” a „As Gomorrah Burns”. Kiedy dołączyłem do Cryptopsy, tak naprawdę nie byłem deathmetalowym wokalistą. Wywodziłem się ze sceny metalcore’owej i za wszelką cenę chciałem brzmieć jak najbardziej brutalnie. Przez to nieustannie forsowałem głos i wytwarzałem zbyt duże napięcie. Nigdy nie powodowało to bólu ani nie uszkodziło mojego głosu, ale też nie dawało brzmienia, którego naprawdę szukałem. Kiedy dziś wracam do niektórych swoich starszych wykonań, szczególnie z „The Book of Suffering”, szczerze mówiąc, już ich nie lubię. Gdybym mógł cofnąć czas i nagrać te utwory jeszcze raz z wykorzystaniem obecnej techniki, zrobiłbym to bez wahania. Dzisiaj moje podejście jest właściwie odwrotne. Staram się być maksymalnie rozluźniony i to zrobiło ogromną różnicę.
USM: Wiele osób uważa, że ekstremalny wokal to po prostu darcie się. Jakie jest największe błędne przekonanie na temat wokalistów deathmetalowych?
MMG: Że kompletnie nad sobą nie panujemy. Prawda jest taka, że większość z nas ma pełną kontrolę nad tym, co robi. Weźmy choćby Willa Ramosa z Lorna Shore. Otworzył przed młodymi wokalistami zupełnie nowy świat możliwości. Naprawdę nie mogę się doczekać, co stworzy kolejne pokolenie, inspirując się tym, co on robi. Lucas z Mental Cruelty to kolejny niesamowity wokalista. Jeśli chodzi o death metal, Travis Ryan z Cattle Decapitation jest fantastyczny, a George „Corpsegrinder” Fisher od zawsze był jedną z moich największych inspiracji. Ludzie często wyobrażają sobie, że jesteśmy bandą wariatów, którzy po prostu wrzeszczą bez żadnej techniki. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale praktycznie każdy wokalista, z którym koncertowałem, ma ogromną wiedzę. Nieustannie rozmawiamy ze sobą o technice, dbaniu o głos, rozgrzewkach, pielęgnacji gardła, miodzie, herbatach… o wszystkim. Przez lata wypróbowałem chyba każdą możliwą metodę. Dzisiaj głównie piję piwo i śpiewam do mikrofonu tak spokojnie i tak swobodnie, jak tylko potrafię.
USM: Wróćmy jeszcze do koncertów. Jak utwory Cryptopsy zmieniają się, kiedy trafiają na scenę? Czy z czasem ewoluują, czy staracie się pozostać wierni wersjom studyjnym?
MMG: Dzisiaj wykonuję je już po swojemu. W końcu wszedłem w buty takich wokalistów jak Lord Worm czy Mike DiSalvo. Przede mną było kilku naprawdę wybitnych wokalistów. Zawsze staram się jak najlepiej oddać szacunek każdemu z tych okresów w historii Cryptopsy. Jednocześnie na scenie to już mój głos. W końcu musiałem zaakceptować, że brzmię jak ja, a nie jak ktokolwiek inny. Przez lata próbowałem śpiewać coraz brutalniej, bo czułem, że muszę dorównać przeszłości. Dopiero kiedy naprawdę się rozluźniłem i zacząłem czerpać z tego przyjemność, odkryłem własny głos jako wokalista Cryptopsy.
USM: Czy jest w katalogu Cryptopsy utwór, który szczególnie trudno wykonuje się na żywo?
MMG: Tak. Jeden taki jest: „Open Face Surgery” – jest tam ten absurdalnie długi scream, który wszyscy znają. W domu, podczas ćwiczeń, wykonuję go bez najmniejszego problemu. Na scenie to już zupełnie inna historia, bo zwyczajnie daję się ponieść emocjom. Zabawne jest to, że cała nasza rozmowa kręci się wokół rozluźnienia i właśnie to jest klucz. Jeśli pozostaję rozluźniony, potrafię wykonać ten scream perfekcyjnie za każdym razem. Właściwie… dziś rano udało mi się utrzymać go nawet dłużej niż zwykle (śmiech)
USM: (śmiech) Wierzę ci.
MMG: Mój telefon leżał obok! Mam na to dowód! (śmiech)

USM: Wracając… Czy jest jakiś utwór, na którego wykonanie zawsze najbardziej czekasz podczas koncertów?
MMG: Zdecydowanie „Graves of the Fathers”. To trochę nasza tajna broń. Możemy umieścić ten utwór w dowolnym miejscu setlisty, a publiczność natychmiast reaguje. W środku jest potężny breakdown, po którym zawsze zachęcam ludzi do zrobienia ogromnego circle pita. To po prostu fantastyczny utwór do grania na żywo.
USM: Gdybyś miał przedstawić Cryptopsy komuś, kto nigdy wcześniej nie słuchał ekstremalnego metalu, jaki utwór byś wybrał?
MMG: Wybrałbym pierwszy utwór Cryptopsy, jaki w życiu usłyszałem czyli „Phobophile”. Zaczyna się przepięknym wstępem na pianinie, a potem nagle wchodzą te szalone wysokie wokale. To niesamowity kontrast. Ktoś, kto usłyszy to po raz pierwszy, pewnie pomyśli: „Co tu się, do cholery, dzieje?” I szczerze mówiąc… właśnie w tym tkwi cała zabawa.
USM: Przejdźmy do czegoś nieco lżejszego. Jaka była najbardziej pamiętna albo najbardziej nieoczekiwana sytuacja, jaka przydarzyła wam się ostatnio w trasie?
MMG: Ostatnio koncertujemy tak dużo, że takich historii jest mnóstwo, ale najbardziej nieoczekiwana wydarzyła się podczas naszej ostatniej trasy. Jechaliśmy nocą między dwoma miastami, kiedy boczne drzwi naszej przyczepy po prostu… zniknęły.
USM: Zniknęły?
MMG: Po prostu ich nie było. Odpadły gdzieś po drodze. Na szczęście nikt nie jechał bezpośrednio za nami, a przynajmniej mam taką nadzieję, więc nikomu nic się nie stało i nie straciliśmy żadnego sprzętu. Ogromne brawa należą się naszemu tour managerowi Chadowi, kierowcy Zachowi, a nawet młodemu chłopakowi pracującemu na stacji benzynowej gdzieś pośrodku Nebraski. Pomógł nam o czwartej nad ranem.
USM: O mój Boże.
MMG: Tak, to było niewiarygodne. W jednej chwili drzwi jeszcze były, a w następnej po prostu… zniknęły.
USM: Tego z pewnością nikt by się nie spodziewał.
MMG: Zdecydowanie nie.
USM: Czy jest jakiś kraj albo festiwal, na którym zawsze czujecie wyjątkową więź z publicznością?
MMG: Szczerze mówiąc, ostatnio niesamowicie jest w Polsce. Budzę się rano, jadę na miejsce koncertu na load-in, a przed wejściem czeka już dwudziestu albo trzydziestu młodych fanów death metalu. Niektórzy przynoszą nawet rysunki, które dla mnie przygotowali. To naprawdę niesamowite. Nie ma wielu miejsc na świecie, gdzie spotykamy się z aż taką sympatią.
USM: Cóż… naprawdę kochamy w Polsce ekstremalny metal.
MMG: Bardzo się cieszę, że to słyszę. Naprawdę nie mogę się doczekać powrotu na koncert w krakowskim Hype Parku 30 lipca.
USM: Wróćmy jeszcze do tekstów. Kiedy je piszesz, zależy ci przede wszystkim na opowiadaniu historii, wywoływaniu emocji, czy traktujesz tekst bardziej jak kolejny instrument w muzyce?
MMG: Zawsze zaczynam od koncepcji. Praktycznie każdy album, który napisałem dla Cryptopsy, poza moim pierwszym, jest albumem koncepcyjnym. Posiadanie nadrzędnego motywu pomaga mi budować narrację i daje kierunek podczas pisania. Zawsze staram się coś przekazać. Nasze dwie ostatnie płyty opowiadają o negatywnym wpływie Internetu, a zwłaszcza mediów społecznościowych, na ludzkość.
USM: To idealnie prowadzi do mojego kolejnego pytania. Czy twoje teksty odzwierciedlają twoje własne poglądy, czy są głównie fikcyjnymi historiami?
MMG: Zdecydowanie wynikają z moich własnych przekonań. Tak jak większość ludzi, jestem poważnie uzależniony od mediów społecznościowych. To coś, nad czym naprawdę chciałbym zapanować. Ciągle próbuję, ale za każdym razem wpadam w tę samą pułapkę. Biorę telefon tylko po to, żeby sprawdzić pogodę i zobaczyć, czy powinienem założyć sweter… a dwadzieścia minut później nadal przewijam zupełnie niezwiązane z tym treści.
USM: Doskonale wiem, o czym mówisz. Mam dokładnie tak samo.
MMG: Szczerze mówiąc, myślę, że dotyczy to niemal każdego.
USM: Chyba że ktoś nadal używa jednego z tych starych telefonów z klapką.
MMG: Właśnie. Może to jest prawdziwe rozwiązanie.
USM: Pewnie wszyscy powinniśmy do nich wrócić. Spędzamy tyle czasu, wpatrując się w telefony jak zombie.
MMG: Dokładnie.

USM: Czy zdarzyło ci się kiedyś napisać tekst, który naprawdę wywołał u ciebie dyskomfort?
MMG: Tak. Na albumie „As Gomorrah Burns” jest utwór „Godless Deceiver”. Opiera się na prawdziwej historii kobiety, która została napadnięta przez grupę ludzi. Celowo napisałem tekst z perspektywy napastników. Kiedy byliśmy jeszcze w Nuclear Blast, powiedziano mi, że prawdopodobnie powinniśmy dodać do utworu odpowiednie zastrzeżenie, ponieważ ktoś mógłby uznać, że promuje on przemoc wobec kobiet. Szczerze mówiąc, nawet nie przyszło mi to do głowy. Musiałem wyjaśnić, skąd wziął się ten tekst, i pokazać oryginalne artykuły prasowe, ponieważ utwór został zainspirowany prawdziwą sprawą z Brazylii. To był chyba pierwszy moment, kiedy uświadomiłem sobie, jak bardzo ludzie mogą różnie interpretować to, co napisałem.
USM: Teraz trochę bardziej osobiste pytanie. Po tylu latach spędzonych w muzyce, czy twoja definicja sukcesu się zmieniła?
MMG: Zdecydowanie. Kiedy byłem młodszy, sukces oznaczał podpisanie kontraktu z wytwórnią i wyjazd w trasę koncertową. W końcu udało mi się osiągnąć oba te cele. Potem człowiek uświadamia sobie, że ich realizacja wcale nie sprawia automatycznie, że czuje się spełniony. Po prostu pojawiają się kolejne cele. Za każdym razem, kiedy osiągam jeden z nich, od razu zaczynam myśleć o następnym. W tym roku osiągnęliśmy bardzo ważny kamień milowy, wracając do tras, podczas których sami jesteśmy headlinerem, zarówno w Europie, jak i w Ameryce Północnej. Przez dłuższy czas nie czuliśmy, że mamy wystarczające wsparcie, by organizować własne trasy jako główna gwiazda wieczoru. Na początku tego roku zakończyliśmy bardzo udaną europejską trasę headlinerską, a niedawno wróciliśmy również z amerykańskiej Decibel Tour, która także okazała się dużym sukcesem. To były dla nas bardzo ważne cele. Teraz pora zastanowić się, co dalej.
USM: Kolejne bardziej osobiste pytanie. Nie musisz odpowiadać, jeśli uznasz, że jest zbyt prywatne. Co mogłoby najbardziej zaskoczyć fanów, gdyby dowiedzieli się o tobie czegoś spoza świata muzyki?
MMG: Myślę, że wiele osób już o tym wie, ale kiedy nie jestem w trasie, pracuję jako wychowawca dzieci we wczesnym wieku. Pracuję w placówce opieki nad dziećmi w wieku od sześciu miesięcy do pięciu lat, choć najczęściej zajmuję się trzylatkami, czterolatkami i pięciolatkami. Robię to od prawie dwudziestu pięciu lat. Tak naprawdę muzyka i praca z dziećmi od zawsze były dwiema najważniejszymi częściami mojego życia i obie dają mi ogromną radość.
USM: To zabawne, bo mamy coś wspólnego. Ja również kształciłam się do pracy z dziećmi.
MMG: No proszę!
USM: Czy z wiekiem zmieniło się twoje podejście do agresji w muzyce?
MMG: Niespecjalnie. Największa różnica polega na tym, że dziś znacznie lepiej panuję nad własnymi emocjami. W efekcie występuję dużo spokojniej niż wtedy, gdy byłem młodszy.
USM: Teraz pytanie trochę dla zabawy. Jakiego pytania dziennikarze prawie nigdy ci nie zadają, a twoim zdaniem powinni?
MMG: To trudne pytanie. Szczerze mówiąc, kiedyś dziennikarze trochę zbyt często pytali mnie o „The Unspoken King”, więc doceniam, że ty tego nie zrobiłaś. Jeśli chodzi o pytanie, które chciałbym usłyszeć… Szczerze mówiąc, nic nie przychodzi mi do głowy. Jestem raczej prywatną osobą. Jeśli ktoś mnie o coś zapyta, odpowiem, ale nie ma żadnego pytania, na które po cichu liczę.
USM: Gdyby ktoś miał tylko jedną okazję zobaczyć Cryptopsy na żywo, co chciałbyś, żeby zapamiętał po wyjściu z koncertu?
MMG: Intensywność. Muzykalność. Umiejętności. Ale przede wszystkim poczucie wspólnoty, które rodzi się w sali pomiędzy nami a publicznością. To właśnie chciałbym, żeby ludzie zapamiętali.
USM: Na koniec: co czeka Cryptopsy? Co możesz zdradzić, „nie pakując się przy tym w kłopoty”? (śmiech)
MMG: Za dwa dni ruszamy na europejską trasę festiwalową. Zagramy między innymi w Krakowie. Później czeka nas krótka, trzykoncertowa trasa, podczas której wystąpimy również na festiwalu Billy’ego Stringsa w Michigan. Billy Strings to zdobywca nagrody Grammy i muzyk bluegrassowy. Tak więc… zagramy na festiwalu bluegrassowym. Jestem naprawdę ciekaw, jak publiczność zareaguje na Cryptopsy podczas imprezy tego typu. To będzie interesujące doświadczenie.
USM: Muszę przyznać, że mam jeszcze chyba milion pytań, ale niestety kończy się nam czas.
MMG: Nie ma żadnego problemu. Ja zresztą za kilka minut też mam kolejny wywiad.
USM: W takim razie zakończmy tutaj, zanim całkowicie stracę głos po tak intensywnej rozmowie. Bardzo dziękuję za poświęcony czas. To była ogromna przyjemność z tobą rozmawiać i dziękuję za odpowiedzi na wszystkie moje pytania.
MMG: Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że zobaczymy się w Krakowie.
USM: Dziękuję. Do zobaczenia!
MMG: Do zobaczenia!