Na swojej drugiej płycie Kneecap pokazują, że się już trochę uspokoili po swoim energetycznym i niepokornym debiucie. Co nie znaczy, że zmienili swoje poglądy. Albo że zapomnieli o tym, jak zrobić kawałki, które będą zaangażowane społecznie, a jednocześnie będą mogły służyć jako imprezowe bangery. Tylko teraz częściej można się do nich po prostu miarowo pobujać niż wymachiwać chaotycznie kończynami, co zdarzało się przy piosenkach z „Fine Art” sprzed dwóch lat. Wydaje się, że duża w tym zasługa producenta, którym na „Fenian” został Dan Carey, znany ze swojej współpracy choćby z Foals czy Fontaines D.C., a więc zespołami o trochę lżejszej sile rażenia muzycznie niż to, co dostaliśmy na debiucie Kneecap. Lirycznie za to dalej jest ostro – krytyka władz Wielkiej Brytanii i gloryfikacja tożsamości Irlandii dalej wydają się podstawowymi tematami poruszanymi w tekstach grupy. Napięcie między tymi państwami jest już zawarte w samym tytule płyty: „Fenian” to wśród Brytyjczyków obraźliwy zwrot kierowany do irlandzkich katolików, dla tych drugich wręcz przeciwnie – określa rewolucjonistę walczącego o wyzwolenie narodu.
I choć wspomniałem o pewnym stonowaniu środków wyrazu, to przecież na nowej płycie Irlandczyków wcale nie jest lekko – mocny przekaz jest tu po prostu bardziej wyrafinowany. Spokojne intro przechodzi w „Smugglers & Scholars”, gdzie panowie rapują o rewolucyjnej przeszłości swojego narodu na tle mrocznego i ciężkiego dubstepującego podkładu. Ten utwór może prognozować, w jakim tonie będzie utrzymana większość albumu – Kneecap trochę zwolnili, stawiając na ciężar – nie prędkość. Pojawiają się też elementy trip hopu, choćby w kolejnym na płycie „Carnival”, z plemiennymi bębnami, a w warstwie lirycznej obśmiewającym brytyjski wymiar sprawiedliwości – to m.in. nawiązanie do procesu, podczas którego jeden z członków grupy, Mo Chara, był oskarżony przez tamtejsze służby o terroryzm. To pokłosie wsparcia dla okupowanej wciąż Palestyny, której Kneecap pozostają nadal konsekwentnymi obrońcami. I to bardzo bezpośrednimi – flagi tego kraju powiewają na ich wszystkich koncertach, a na „Fenian” znalazł się utwór zatytułowany po prostu… „Palestine”, zresztą z udziałem Fawziego – palestyńskiego rapera z kolektywu BLTNM.
Nowa płyta to też mnóstwo muzycznych nawiązań do rave’u – kwaśna elektronika w „Liars Tale” może przypominać The Prodigy, szczególnie syntezatory w refrenach. To jeden z moich ulubionych kawałków na płycie, z niepokojącą i jednocześnie bardzo bujającą linią basową. Mimo ogólnej mrocznej wymowy albumu, Kneecap nie zapomina też o przebojowości, czego przykładem jest utwór tytułowy, z nadającym się do chóralnego skandowania na koncertach refrenem. Kwaśne podkłady wracają następnie w „Big Bad Mo”, a później ten acid house całkiem płynnie przechodzi w jedyny na płycie drum’n’bassowy kawałek, „Headcase” – z dynamiczną partią rapu, a dalej w „An Ra” – z interesującymi echami psytrance’u.
W trzeciej części płyty tempo już trochę zwalnia. Imprezowe rave’owe style znikają, by początkowo zaskakująco oddać miejsce spokojnej, ciepłej elektronice podbitej dźwiękami gitary w „Cold at the Top”. Ten synthpopowy kawałek ma chyba najbardziej przebojowy refren w całej dotychczasowej karierze Kneecap. I do końca płyty klimat się już uspokaja. Wspominałem wyżej o trip hopie, który wraz z elementami downtempo wraca w „Occupied 6” – tu znów robi się bardzo przestrzennie. A w kolejnym „Gael Phonics” ponownie słychać gitarę, pojawiają się też organicznie brzmiące klawisze.

Sama końcówka płyty jest już nie tylko lekka, ale wręcz radiowa, co jest pewnie zasługą dwóch najciekawszych występów gościnnych na „Fenian”. I dalej zaskakująca brzmieniowo. Gdy jakiś czas temu poznawałem tę grupę, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek usłyszę na ich płycie tak przyjemnie fuzzującą gitarę w podkładzie i tak uroczą partę śpiewu jak to, co wniosła w ten utwór Radie Peat z zespołu Lankum. Znów robi się triphopowo, ale nie w stylu Massive Attack, jak na początku płyty – bardziej przychodzi na myśl Portishead. Album kończy kompozycja o nazwie – a jakże – „Irish Goodbye”, z kolejnym celnym featuringiem, bo swoją wrażliwość wnosi tu Kae Tempest, wraz z przyjemną melodyjką na fortepianie podciągając utwór pod pop rap.
Mnogość stylistyk i wpływów muzycznych może wydawać się tu zbyt liczna, by stworzyć spójne wydawnictwo, ale Kneecap opracowali to całkiem sprawnie (pewnie duża w tym zasługa producenta). I choć wspominałem wcześniej, że niektóre rozwiązania wydają się zaskakujące, to przecież trudno zarzucić jakiemukolwiek artyście, że chce się rozwijać i testować różne środki wyrazu. Tym bardziej, jeśli te wpływy nie są przypadkowe, bo choć wymieniłem w tym tekście sporo gatunków muzycznych, to przecież są to w zasadzie podstawowe style brytyjskiej elektroniki, które muzycy z tego rejonu mają w swoim DNA od urodzenia. Sprawne żonglowanie nimi i wplatanie ich elementów w rapowy album wydaje się na „Fenian” bardzo naturalne. Szczególnie przy kolejnych odsłuchach, gdy mija już moment zdziwienia rozmaitością użytych środków i przychodzi uznanie dla ich skutecznej realizacji.
Adrian Pokrzywka