IKS

Fernando Ribeiro (Moonspell) [Rozmowa]

„Bycie w zespole to nie tylko pasmo sukcesów, to także potężne blokady twórcze i zmęczenie” – mówi Fernando Ribeiro. Wokalista Moonspell rozbija mity o idealnym życiu frontmana zespołu metalowego, zdradza kulisy powstawania albumu „Far From God” i opowiada o inspiracjach filmowych, w tym o tym, jak między innymi film Jerzego Kawalerowicza zainspirował ich najnowszy teledysk. Opowiada też o smutnej historii stojącej za powstaniem jednej z piosenek z albumu, który ukazał się 3 lipca 2026 roku.

 

Kuba Ryszkiewicz: Bom dia.

 

 

Fernando Ribeiro: Bom dia!

 

 

KR: Spędziłem ostatnio dwa tygodnie w Portugalii i trochę się poduczyłem.

 

 

FR: W Lizbonie?

 

 

KR: Nie, nie, w Barcelos.

 

 

FR: Barcelos, tak!

 

 

KR: 3 lipca, wydaliście swój nowy album „Far From God”. Proces twórczy był długi, zajął pięć lat kreatywnych poszukiwań, zwątpienia i odkrywania na nowo – jak piszecie na swojej stronie. Czy możesz opowiedzieć mi o tym nieco więcej?

 

 

FR: Postanowiliśmy po prostu być szczerymi w informacjach prasowych. Widzę wiele wywiadów, mam wielu przyjaciół w zespołach i widzę, że można odnieść wrażenie, że wszyscy są przeszkoleni, by mówić: „wszystko jest w porządku, zawsze mamy inspirację, kiedy jesteśmy w trasie, zawsze jesteśmy szczęśliwi”. Moje doświadczenia z zespołem są zupełnie inne. Bycie w zespole jest super, ale jednak wiąże się też często z dyskomfortem, z blokadą twórczą, ze zmęczeniem. Szczególnie gdy ma się na karku 35 lat wspólnego działania, tak jak my w Moonspell. Pracując nad „Far From God” mieliśmy świadomość, że ta płyta będzie bardzo ważna dla przyszłości i teraźniejszości Moonspell, dlatego potrzebowaliśmy czasu. Nie chcieliśmy stracić pędu, ale nie chcieliśmy robić czegoś tylko dlatego. Minęły dwa lata i pora na nowy album, potem znów koncertujesz przez dwa lata, i znowu album. Uznaliśmy, że zrobimy to w starym stylu – czekaliśmy, aż nadejdzie inspiracja. I myślę, że ostatecznie to się opłaciło. Najpierw musieliśmy znaleźć kierunek – to zawsze jest wyzwaniem, bo robiliśmy już mnóstwo rzeczy – od ekstremy, przez industrial, po rock. Myślę, że to, czego słuchaliśmy, to co robiliśmy, imprezy, na które chodziliśmy, to wszystko podpowiedziało nam, żeby pójść znowu w gothic metal. To była dobra decyzja. Minęło sporo czasu od ostatniego albumu „Hermitage”, a w międzyczasie wydarzyło się bardzo wiele. Mieliśmy kilka albumów koncertowych, itd. Kiedy już mieliśmy obrany kierunek w naszych głowach, samo napisanie albumu zajęło nam półtora roku.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

KR: Wspomniałeś, że w międzyczasie wydaliście albumy koncertowe, w tym zagraliście na żywo z orkiestrą.

 

 

FR: Myślę, że mieliśmy szczęście. To znaczy: to wszystko stało się trochę przez przypadek, ponieważ próbowaliśmy po prostu walczyć z naszym brakiem inspiracji, musieliśmy utrzymać zespół w ruchu. Jesteśmy profesjonalnym zespołem, mamy swoich fanów, mamy ludzi, którzy od nas zależą. Dostałem telefon z największej areny w Lizbonie, gdzie grają wielkie zespoły halowe, i powiedzieli: „Czas na wasz własny duży koncert jako headliner, dla jakichś ośmiu, dziesięciu tysięcy ludzi”. To było dla ogromne wyzwanie, mimo że w Portugalii radzimy sobie bardzo dobrze. Zdecydowaliśmy więc, że zagramy z orkiestrą. Uważałem, że to świetny pomysł, ale nie chciałem, żeby orkiestra ugrzeczniła zespół. Chciałem zrobić coś naprawdę potężnego – połączyć potęgę metalu z mocą orkiestry. Mieliśmy świetnego aranżera, fantastycznie bawiliśmy się na scenie. Można to zobaczyć na DVD. Było naprawdę niesamowicie, znacznie lepiej niż się spodziewałem.

 

 

KR: To musiało być niesamowite uczucie mieć za plecami taką „ścianę dźwięku” płynącą z całej orkiestry.

 

 

FR: Tak, to prawda. Najwspanialsze uczucie. Dość osobliwe. Orkiestra gra najpierw sama, bez zespołu, żeby przećwiczyć swoje partie, czytać z nut i tak dalej. Czasami siedziałem tam na próbie, słuchałem tego i łapałem się na tym, że wcale nie chcę, żeby Moonspell grał na tym tle, bo uważałem, że to może zepsuć magię. Ale oczywiście z zespołem brzmiało to pełniej. Dla nas rezultat był niesamowity, a sam koncert świetny. Zagraliśmy też ten koncert w Meksyku. Zagramy go ponownie w Portugalii. Zagramy go również 1 sierpnia w Płowdiwie w Bułgarii. Więc, jak mówiłem, to spełnienie marzeń, bo zawsze robiliśmy aranżacje z użyciem klawiszy, czasem mieliśmy mały kwartet smyczkowy, ale nigdy pół setki muzyków. Wtedy naprawdę czujesz, że twoja muzyka zyskuje zupełnie inny wymiar, a to wspaniałe uczucie.

 

 

KR: Zawsze się zastanawiam, co im wtedy chodzi po głowach, prawda? Ponieważ oni wywodzą się ze środowisk akademickich, uniwersytetów muzycznych i tak dalej, a nagle stają przed 10-tysięcznym tłumem fanów metalu, którzy krzyczą.

 

 

FR: No tak, to był bardzo metalowy koncert, mieliśmy pirotechnikę, mieliśmy wszystko, co za tym idzie. Ja robiłem za dyrygenta, nikt nie siedział, nikt się nie obijał, to miał być koncert na DVD – miało być gorąco i potężnie. Ale ta orkiestra to prawdziwi profesjonaliści, grupa do zadań specjalnych. Słyszałem wcześniej koszmarne opowieści o współpracy z orkiestrami, ale u nas tak nie było. Wszystko szło gładko, oni uwielbiali, wręcz cieszyli się z przerwy od swojego stałego, klasycznego repertuaru. W orkiestrze, szczególnie w Meksyku, było wielu fanów muzyki metalowej, którzy znali nasze piosenki i byli bardzo szczęśliwi, że mogą tam być. Panował naprawdę świetny klimat. Kiedy przebierałem się w Lizbonie, żeby pójść na spotkanie z fanami, cała orkiestra już tam na mnie czekała, bo chcieli zrobić sobie zdjęcie z zespołem. Myślę więc, że to było naprawdę niesamowite doświadczenie także dla nich. Moonspell miał wielkie szczęście do tych muzyków, dali z siebie wszystko. My również traktowaliśmy ich z życzliwością. Zawsze było jakieś espresso, catering, ciasto – portugalska gościnność. Myślę, że ostatecznie to wszystko złożyło się na taki efekt. Nie mogę się też doczekać, żeby kiedyś zagrać z orkiestrą również nowsze utwory z „Far From God”. Myślę, że brzmiałyby pięknie, bo mają w sobie dużo przestrzeni.

 

 

KR: Poza tym tamte utwory były po portugalsku, prawda? Nawiązywały do ważnego wydarzenia w historii waszego kraju. Więc to był nie tylko koncert heavymetalowy, ale miał też pewne odniesienia historyczne.

 

 

FR: Tak. Jeśli chodzi o repertuar, graliśmy utwory z płyty „1755”, która ukazała się w 2017 roku i opowiada o wielkim trzęsieniu ziemi w Lizbonie. To był wymagający album, bo jest po portugalsku i dotyczy czegoś, co wydarzyło się w Lizbonie w XVIII wieku. Ale oczywiście chcieliśmy zagrać też klasyki Moonspell, takie jak „Vampiria” czy „Alma Mater”. To są historie wpisane w narrację naszej opowieści. Z drugiej strony chcieliśmy oprzeć ten koncert na płycie „1755”, ponieważ jest to z założenia album bardziej symfoniczny. To płyta, w której jest najwięcej teatru i najwięcej instrumentów. Więc dla nas to był naturalny punkt wyjścia. I tak naprawdę były to najtrudniejsze utwory dla orkiestry. Tamte starsze były jak otwarta księga, a te miały już swoją własną, skomplikowaną partyturę. Ale dyrygent, który najbardziej lubił grać – Vasco Pearce de Azevedo – uwielbiał tytułowy utwór „1755”, ponieważ ma te wszystkie dziwne metra. Wynika to również z faktu, że poza metalem zawsze słuchaliśmy muzyki klasycznej. Byliśmy fanami Musorgskiego, Prokofiewa, Strawińskiego. A także wielkich dzieł, takich jak „Requiem” Mozarta czy „Dies Irae” Verdiego. Lubimy epickość, jeśli chodzi o klasykę. I taki też był nasz zamiar. Nie żeby konkurować z tymi wielkimi kompozytorami, ale żeby zaadaptować ich sposób aranżacji i podejścia do muzyki. Wiele osób mawiało, że „Baba Jaga” Musorgskiego była pierwszym utworem heavymetalowym – jest tak potężna i ciężka. Można też spojrzeć na Schuberta z tymi wszystkimi zmianami rytmu, na Mahlera. Więc po prostu lubimy muzykę klasyczną. Muzyka to muzyka, prawda? Jest coś, co łączy oba te światy – historie, narracja, moc, akordy, a także eksperymenty. To świetny miks.

 

 

KR: Mówiąc o inspiracjach, na waszej stronie internetowej znalazłem twój cytat mówiący o tym, że podczas wspomnianej blokady twórczej obejrzałeś „Nosferatu” w reżyserii Roberta Eggersa, i że coś w tym filmie cię odblokowało.

 

 

FR: Cóż, myślę, że aby tworzyć muzykę, pisać teksty i koncepty, trzeba mieć otwarty i ciekawy świata umysł. Szukam inspiracji wszędzie. Czytam książki, słucham muzyki i oglądam filmy. Myślę, że to wciąż główne źródło inspiracji dla kreatywnych ludzi. Bardzo chciałem przywrócić romantyczną stronę Moonspell, tę wampiryczną. Ale nie byłem zadowolony z tego, co działo się z tym tematem w popkulturze. To były albo seriale komediowe, jak „Co robimy w ukryciu” (choć mam do tego słabość), albo Netflix, albo saga „Zmierzch”. Potrzebowałem czegoś współczesnego, co mogłoby odpalić ten zapalnik. Bardzo lubię Roberta Eggersa. Uwielbiam „Lighthouse”. Nawet w teledysku do „Far From God” widać wpływy „Lighthouse”, „Nosferatu”, itd. Jest tam mnóstwo filmowych odniesień.  Romantyczna strona wampira została zepchnięta na boczny tor. Tymczasem Dracula – ten z powieści Brama Stokera – jest moim zdaniem tak samo ważny jak Dorian Gray Oscara Wilde’a, jak Heathcliff z „Wichrowych Wzgórz”, czy doktor Faust u Thomasa Manna, Goethego i Marlowe’a. To bardzo ważna figura. I uważałem, że ta historia nie była odpowiednio opowiadana. Dracula to nie tylko potwór. Przede wszystkim to istota ludzka, której Bóg odebrał miłość życia. To doświadczenie zrodziło ogromny ból i ogromny dystans do Boga – dokładnie tak, jak opisano to w powieści. Chcieliśmy to przywrócić. Kiedy słuchałem aktora Billa Skarsgårda, jak mówi w filmie, przypomniała mi się nasza „Vampiria”. Pomyślałem: „Cóż, wiem, że masz całą tę pomoc, trenerów wokalnych i tak dalej, ale ja zrobiłem to samo w 1995 roku, będąc dzieciakiem”. Uznałem więc, że nadszedł czas, aby do tego wrócić. Nasi fani są z tego powodu bardzo szczęśliwi. Nie robiliśmy tego pod publiczkę, żeby im się przypodobać, bo z naszymi fanami nigdy nic nie wiadomo. Ale to było coś, co po prostu czułem, że muszę zrobić. To jest opowieść o ludzkiej kondycji. To nie jest historyjka ze sztucznymi zębami, kłami i krwią. Krew to tylko folklor. Ale jeśli zajrzeć głębiej, w historii Draculi jest mnóstwo głębokiego znaczenia. To historia człowieka przeklętego.

 

 

KR: Był jeszcze jeden niedawny film, który użył wampirycznych motywów jako metafory – „Sinners”.

 

 

FR: Kapitalny film, świetne połączenie z bluesem. Naprawdę mi się podobał. Oglądałem też „Draculę” od Luca Bessona. Wszyscy go w zasadzie zhejtowali, jest w pewnym sensie bardzo komiksowy. Ale myślę, że to też świetny film, bo przypomina mi „The Company of Wolves” Neila Jordana i ma w sobie podobny burleskowy klimat. A „Sinners” – połączenie muzyki z wampiryzmem na południu Stanów Zjednoczonych… to był jeden z moich ulubionych filmów. Wampiry śpiewające irlandzkie pieśni ludowe – to było coś. I było to mroczne. Odpowiednio mroczne, przerażające. To poważne kino, a tego właśnie potrzebujemy.

 

 

KR: Wspomniałeś, że teledysk do „Far From God” był nieco inspirowany „Lighthouse”. Czy możesz opowiedzieć trochę o samych nagraniach? Jak wyglądała praca na planie?

 

 

FR: Pojechaliśmy na Łotwę, żeby to nagrać. Klip zrealizowała ekipa z tre.film. Pracują z wieloma zespołami, robili rzeczy dla Amon Amarth czy Gojiry. Zatrudniłem Pavla, on ma świetny zespół i genialnego operatora. Kiedy kogoś zatrudniam, nie chcę mu mówić krok po kroku, co ma robić. Rzucam tylko ogólny pomysł, kilka referencji. Wspomniałeś o „Nosferatu” i „Lighthouse” – stąd ten czarno-biały obraz i format ekranu 4:3. Ale chciałem też, żeby to nawiązywało do niemieckiego ekspresjonizmu, jak u Murnaua, który jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Ale też Ken Russell („Diabły”) czy „Matka Joanna od Aniołów”.

 

 

KR: Właśnie o to miałem cię zapytać! Bo całkiem niedawno oglądałem „Matkę Joannę od Aniołów” i czułem, że to mogło być źródło inspiracji.

 

 

FR: To genialny film. I niewiele osób go dzisiaj ogląda. Robię więc tak: piszę krótki zarys scenariusza, wysyłam go reżyserowi i dorzucam kadry z tych filmów. Jak z „Matki Joanny od Aniołów”. Oglądałem też wtedy „Iwana Groźnego” Eisensteina – uwielbiam ten film i zdjęcia. Potem reżyser napisał scenariusz. Może nie do końca jak w „Sinners”, ale pokazujący niuanse i dwuznaczność między Kościołem katolickim a wampirami. Jest tam pewna niejednoznaczność, bo ksiądz tak naprawdę sam może być wampirem. Potem pojechaliśmy tam, spędziliśmy dwa dni i nakręciliśmy dwa teledyski: do „Far From God” oraz „Cross Your Heart”. „Cross Your Heart” poszło bardziej w stronę Davida Lyncha – więcej kolorów. Najlepsze dla mnie było to, że Pavel na co dzień pracuje z bardziej ekstremalnymi zespołami. A wiesz, na planie teledysku musisz powtarzać utwór tysiąc razy. Pytałem go: „Nie masz już dość tego kawałka? Tyle razy go puszczaliśmy”. A on na to: „Nie, nie, to świetny numer, bardzo dobrze się go słucha. Jest bardzo chwytliwy, nie działa na nerwy. Na co dzień pracuję z kapelami ekstremalnymi, gdzie jest ciągła ściana dźwięku. Taka odmiana jest super”. Jedynym problemem było to, że przylecieliśmy z Portugalii na Łotwę, a tam było minus 18 stopni. Poniżej zera. Dlatego na wideo widać ten dymiący oddech – na zewnątrz było potwornie zimno. Co dla nas akurat było spoko, bo po prostu wsadziliśmy piwa w śnieg. W Portugalii na widok śniegu bardzo się ekscytujemy, bo prawie go nie mamy. Dla was to pewnie kolejny zwykły dzień zimy, ale my byliśmy jak dzieci – chłodzenie piwa w zaspie, spacery po śniegu… Bawiliśmy się świetnie.

 

 

KR: Możesz mi opowiedzieć trochę o okładce płyty? Jak wyglądała współpraca z Eliranem Kantorem? Bo to niesamowity obraz. Nie kojarzyłem wcześniej tego artysty, ale kiedy wejdzie się na jego stronę i przejrzy prace, to jest to coś niebywałego – cała dyskografia tam wisi. A sama strona jest jak wizyta w galerii sztuki, tyle że inspirowanej heavy metalem.

 

 

FR: On sam jest fanem heavy metalu. To już wielkie nazwisko w branży, prawdziwa ikona. Pracuje z wieloma zespołami – Loudblast, Kreator, Sodom, Testament, Hatebreed. Robi mnóstwo rzeczy. Sam mam wiele płyt w swojej kolekcji, kupiłbym je dla samej jego okładki. Szczerze mówiąc, kiedy go angażowałem, nie miałem jeszcze nawet tytułu albumu. Wiedząc, jak jest zajęty, zaklepałem jego termin już w 2023 roku. A album przechodził potem mnóstwo zmian, tytuł się zmieniał, wszystko. Przygotowałem Eliranowi mały skrypt, co byśmy chcieli, pokazałem jakieś obrazy, klasyczne tropy. Eliran był bardzo tajemniczy – nic mi nie mówił, nic nie podsyłał.

 

 

KR: Czyli to była dla ciebie niespodzianka?

 

 

FR: Byliśmy już blisko deadline’u. Zadzwoniłem więc do niego i pytam: „Jakieś wieści? Musimy oddać materiał do tłoczni”. I wtedy przysłał mi to dzieło, które mamy teraz – najpierw w formie czarno-białego szkicu. Z bardzo fajnym wyjaśnieniem. Powiedział, jaki miał koncept, ten obraz w głowie był już gotowy i czekał tylko na odpowiedni zespół i odpowiedni album. I to był czysty przypadek, że idealnie pasował do „Far From God”. Oczywiście słuchał utworów, demówek i finalnego mastera, żeby wyciągnąć z tego jak najwięcej, ale to nie było nic, czego się spodziewałem. Miało to jednak tę konkretną cechę, na którą liczyłem – dokładnie tak, jak powiedziałeś: ten obraz mógłby wisieć w galerii lub w muzeum, patrzyłbyś na niego i opowiadałby ci całą historię. Eliran potrafi genialnie opowiadać historie obrazem. Powiedziałem mu: „Stary, to jest niesamowite. Nie wiem dlaczego, ale to po prostu krzyczy: «far from God»”. Wyjaśnił mi, że chciał użyć motywu pocałunku, który w kulturze zachodniej jest zarówno symbolem miłości, ale i zdrady. Chciał stworzyć opowieść, w której nie wiesz, czy ona go całuje, wabiąc ku śmierci (ze względu na gilotynę w tle), czy całuje go na pożegnanie. Dla niego ten album jest o zatraceniu, o wymianie. Myślę, że ta okładka nigdy się nie zestarzeje. Patrzę na nią i zawsze znajduję nowe detale. Ona ma w sobie jakiś niesamowity ruch. Dla edycji zespołowej (zawsze wydajemy specjalną wersję Moonspell) zdecydowałem, że na okładce nie będzie żadnego logo, ani nazwy albumu – tak jak na tej wersji z orkiestrą. Chciałem pozwolić tej sztuce oddychać. Wersje sklepowe, dystrybuowane przez wytwórnię, mają logo, które wkomponował sam Eliran, bo musimy szanować jego wizję. Stworzył piękną, bardzo intrygującą i oryginalną okładkę. Byłem całkowicie oszołomiony. Kiedy pokazałem ją moim bliskim znajomym i żonie, reakcja była niesamowita. Byli wręcz zahipnotyzowani. Nie mówili „fajne” czy „niefajne”. Do takich dzieł nie podchodzisz jak krytyk. Nie idziesz do Caravaggia, Goi czy wybitnego współczesnego artysty, żeby powiedzieć „fajne”. Po prostu stoisz i patrzysz. Nie chciałem okładki „Far From God”, na której koleś z krzyżem ucieka przed wampirem, albo wilk ucieka przed krucyfiksem. To byłoby zdecydowanie poniżej poziomu artystycznego, w który celuję. Chcę, żeby ten album miał głębię, żeby wciągał ludzi. Nie mogliśmy znaleźć lepszego artysty. Jeśli tylko będzie chciał, następną okładkę też zrobimy z nim, żeby zobaczyć, co wymyśli.

 

 

 

 

KR: Myślałem, że to była długa dyskusja między tobą a nim, gdzie omawialiście motywy i tak dalej. A ty zostałeś po prostu zaskoczony samym konceptem.

 

 

FR: Dla mnie to nawet lepiej. Nie jestem typem gościa, który zatrudnia kogoś i mówi mu, co ma robić. Mam swoje pomysły, mam swoje koncepty i dzielę się nimi, bo artyści nie lubią pracować jako tabula rasa. Ale Eliran, dzięki Bogu, ma silną osobowość i miał głęboko gdzieś to, co mówiłem. Nawet nie potrafię nic narysować. Wyszedł z tego strzał w dziesiątkę.

 

 

KR: On słuchał piosenek albo czytał teksty?

 

 

FR: Tak, przeczytał wszystko. Tego właśnie potrzebował. Słuchał demówek, słuchał gotowego mastera CD i czytał teksty. To mu w zupełności wystarczyło.

 

 

KR: Skoro mowa o tekstach, chciałbym zapytać o „The Great Wolf in the Sky”. Kryje się za nim smutna historia. Czy możesz opowiedzieć o tym coś więcej?

 

 

FR: Tak, to był jeden z pierwszych utworów, jakie napisaliśmy. Chciałem znowu napisać o wilkach, ale nie jako o terytorialnych bestiach. Chciałem napisać o wilku-opiekunie. O kimś w rodzaju boga natury, boga gwiazd. O kosmicznym wilku, który nad nami czuwa. Myślę, że to jedna z najlepszych piosenek na płycie. Ma w sobie taki chwytający za serce motyw braterstwa, watahy. Na początku miał to być utwór o nas – bo mamy fanów, agentów, promotorów. Kiedy jednak wróciliśmy ze studia nagrań, dotarła do nas wiadomość, że zmarł nasz bliski przyjaciel i niesamowity fan Moonspell, Pedro Silva. To była jedna z pierwszych informacji, jakie dostaliśmy po powrocie. Pojechaliśmy na jego pogrzeb. Z tego co wiem, został pochowany w koszulce Moonspell. Pochodził z moich stron – z przedmieść Lizbony, gdzie dorastałem i gdzie zakładałem Moonspell. Był jednym z tych fanów, którzy zawsze stali w pierwszym rzędzie, razem z żoną i córką. To było potwornie smutne. Na pogrzebie było mnóstwo fanów Moonspell i ogólnie muzyki metalowej, bo Pedro był bardzo szanowaną i drogą osobą dla całej metalowej sceny w Portugalii. Rozmawiałem z wdową, Sonią, oraz z córką Caroliną i zapytałem: „Czy pozwolicie mi zadedykować mu ten utwór?”. Wiedziałem też, że w domu mówili na niego „Wilk”. To był ich wilk. I choć nie jesteśmy katolikami, to jednak zawsze patrzy się w to niebo, nawet w ten pogański sposób. Pomyślałem, że dedykacja tej piosenki właśnie jemu będzie bardzo właściwa. Pojawiło się też mnóstwo niesamowitych zbiegów okoliczności. Ten utwór ma mieć premierę singlową 3 lipca – a to dokładnie 25 rocznica jego ślubu. Z kolei cały album ukaże się bodajże w dzień rocznicy jego śmierci. Nie było to w ogóle planowane. Muzyka może być dla ludzi niczym, a może być wszystkim. Ale tym, czym muzyka jest na pewno, to narzędzie do tworzenia wspomnień. Dobrych czy złych – nieważne. Jest częścią naszego życia. Kiedy jesteś muzykiem, nie mówisz o przeszłości: „w 1996 roku było tak i tak”. Nie, mówisz: „w roku wydania Irreligious”, „w roku Sin” albo „w czasach Wolfheart”. W ten sposób odliczamy upływający czas w naszych głowach. Pedro naprawdę zasłużył na tę piosenkę. Myślę, że to będzie bardzo podniosły moment, kiedy zagramy to na żywo.

 

 

 

 

KR: Przyjeżdżacie do Polski na festiwal Castle Party w Bolkowie. Powiedz, czego możemy się spodziewać po tym występie.

 

 

FR: To będzie nasz drugi raz na tym festiwalu. Byliśmy tam, kiedy ten festiwal dopiero startował. Oczywiście na co dzień kojarzymy się mocniej jako zespół metalowy, ale uwielbiamy też kulturę gotycką. Nigdy nie było tajemnicą, że lubimy elegancję muzyki gotyckiej zmieszaną z tą bardziej agresywną stroną, nazwijmy to metalem. Kultura gotycka ma w sobie piękno i elegancję. Uwielbiam grać na takich festiwalach jak Castle Party. Niedawno byliśmy na Wave-Gotik-Treffen w Lipsku, który jest chyba największym festiwalem gotyckim na świecie. Zagraliśmy tam przekrojowy set, bo na koncertach Moonspell nie gramy wyłącznie nowych numerów. Nie robimy koncertów pod siebie, robimy je dla fanów. Szykujemy mocną setlistę. Ale tamtejsza społeczność gotycka bardzo ciepło przyjęła nasze nowe utwory. Myślę, że jesteśmy teraz w dobrym punkcie jako zespół. Dobrze nam się gra, w koncertach jest dużo elementów teatru. Będziemy jednym z ostatnich zespołów, chyba headlinerem tego dnia, więc będzie ogień. Wiem, że w Bolkowie jest wymieszana publika – fani gotyku i fani metalu. Jako ciekawostkę powiem, że jedliśmy tam wtedy najlepszą kiełbasę w życiu. Polską kiełbasę z grilla. Może to mało gotyckie, ale lubimy dobrze zjeść! (śmiech). No i sam Bolków to piękne miejsce. Zazwyczaj gramy w klubach lub na typowych festiwalach, więc możliwość zagrania wewnątrz zamku lub blisko ruin nadaje naszej muzyce zupełnie inny klimat. Chciałbym wszystkich serdecznie zaprosić. To będzie prawdopodobnie nasz jedyny koncert w Polsce w tym roku. Wrócimy w 2027 na pełną trasę, ale Bolków to idealne miejsce, żeby zobaczyć trasę promującą „Far From God”.

 

 

KR: To mam nadzieję do zobaczenia w Bolkowie. Obrigado.

 

 

FR: De nada. Do zobaczenia. Cześć.

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020