IKS

Stacja B. [Rozmowa]

Zaczynali jako dzieciaki w Ustrzykach Dolnych – pełni tremy przed pięcioosobową publicznością, pożyczanym basem i surowym kuratorem w postaci wożącego ich na koncerty wujka. Dziś Stacja B. to świetnie zgrana, bezkompromisowa, tętniąca energią grupa, która na scenie zjadła zęby. W swojej twórczości ucieka od sztywnych ram gatunkowych, eksperymentując z różnymi stylami. Ich najnowszy, głęboko osobisty album „Sługa Karnawału” stał się idealnym pretekstem do wspomnień i podsumowań. Basista Kornel Wójcik oraz perkusista Tomasz Blik opowiadają o bieszczadzkich korzeniach, swojej muzycznej drodze i magii grania na żywo.

 

Kuba Ryszkiewicz: Szukając informacji na wasz temat nie znalazłem strony, przynajmniej ja na nic nie trafiłem. Zaczynaliście jako ustrzycki zespół?

 

 

Kornel Wójcik: Tak. To w sumie jest ciekawa historia. Marek założył Stację B. z pierwszym perkusistą, Przemkiem. Przemek znał Michała i jego zaproponował właśnie na wokal. A Marek znał Grześka wcześniej, jako gitarzysta. I mnie znał, z tym, że różnica była taka, że ja miałem wtedy 13 lat i z Markiem się poznałem jak graliśmy na akademii z okazji 3 maja u nas w gimnazjum. Byłem w 6 klasie, on kończył gimnazjum. Graliśmy na gitarach na akademii. Tak się poznaliśmy. Zapytał mnie, czy nie zagrałbym na basie w jego zespole. Powiedział, że zakłada zespół i potrzebuje basisty. Byłem sceptycznie nastawiony. Byłem bardzo nieśmiały, zresztą dalej jestem, ale wtedy na samą myśl o czymś takim, łapała mnie trema.

 

 

KR: Ale z drugiej strony cię ciągnęło jednak na scenę, prawda?

 

 

KW: Tak, ciągnęło mnie do grania na gitarze, do grania muzyki, do tworzenia muzyki. Tylko wiesz, wtedy moim instrumentem wiodącym była gitara.

 

 

KR: A miałeś gitarę basową?

 

 

KW: Nie, nie miałem basu. Uczyłem się grać na basie w taki sposób, że grałem na czterech pierwszych strunach od gitary. Pierwsze koncerty grałem na pożyczonym basie. Ćwiczyłem na gitarze akustycznej. Powiedział: „wyślę ci taby i nauczysz się grać te piosenki, które gramy”. Pierwszy set, jaki był na próbie, składał się głównie z Analogsów, Emulatora i coś KSU było. Najpierw ja dostałem tabulatury, no to pyk, pyk, pyk, pyk, pyk, dobra, nauczyłem się, poszedłem na to, na tę próbę, tam się z chłopakami w ogóle poznać zresztą. No i była taka salka prób w Ustrzykach Dolnych u Marcina Kamińskiego, który prowadził wtedy salkę prób i studia nagrań w Ustrzykach. Korzystaliśmy właśnie z tych usług. A lata później Marcin kręcił nas na wielu koncertach i myślę, że jeszcze będzie kręcił na wielu. Na pierwsze koncerty musiałem pożyczać bas, od zespołu. I właściwie to było załatwiane na miejscu, było pytanie „chłopaki, mogę zagrać na waszym basie?”. I wiesz, zazwyczaj pożyczali. Dopiero po jakichś dwóch, trzech latach dorobiłem się swojego pierwszego basu, który grał ze mną jeszcze do Woodstocku.

 

 

KR: Takie przejście z normalnej gitary na bas. Łatwo było się odnaleźć na tym nowym gryfie?

 

 

KW: U mnie w rodzinie wszyscy są muzykalni w jakiś sposób. Mój dziadek, mój pradziadek, już świętej pamięci. Jak się uczyłem grać na gitarze, prosiłem, żeby mnie nauczył. On grał na rosyjskim stroju. I on gitary stroił do ucha. Dziwnie strasznie brzmiała ta gitara, chwyty dziwne na tym były. Każdy w mojej rodzinie na jakimś tam instrumencie potrafi coś tam pykać, więc jakoś to tak naturalnie mi przyszło, że nie miałem problemu z przejściem się z gryfu gitarowego na basowy. Chociaż te struny, wiadomo, no to jednak są dużo grubsze. Jeszcze na pożyczanych basach – jeden używa jakichś flatów, inny używa takiej grubości, a kolejny rundów i tak dalej.

 

 

Tomasz Blik: Jak się formował zespół, to było ile lat temu? Osiem?

 

 

KW: 2015 i na pierwsze koncerty miałem bardzo surowe obostrzenia ze strony mojej mamy.

 

 

KR: Ile miałeś lat wtedy?

 

 

KW: Trzynaście.

 

 

KR: Czyli byłeś takim Paulem McCartneyem Stacji B.

 

 

KW: Tak, tak, tylko przystojniejszy. Jak się formowała Stacja, na pierwsze koncerty woził mnie wujek.

 

 

KR: I pilnował?

 

 

KW: No tak, pilnował, żebym gdzieś tam nie poleciał w tango milonga w wieku 13 lat. Teraz to się w ogóle zmieniło, prawda? Wiadomo, człowiek starszy to też luźniej do tego podchodzę, ale wtedy był taki kij w plecach. Zresztą jakieś tam zdjęcia na Facebooku można znaleźć z pierwszych koncertów, mina poważna, za dużo ruchu scenicznego to tam nie było. Zagrać na wdechu, bo trema była straszliwa przed pięcioma osobami przy scenie, nie? A później z czasem jakoś to się zatarło.

 

 

KR: I na początku graliście głównie covery?

 

 

KW: Tak, głównie Analogsów, KSU, te klimaty.

 

 

KR: Ten skład, który gra teraz, to mniej więcej wtedy już się zaczął?

 

 

KW: Tomek dołączył do nas na perkusję jakoś, nie wiem, pół roku po założeniu zespołu, i co jest śmieszne, na pierwszym koncercie, jak graliśmy, to Tomek pogował pod sceną, bo wtedy grał w innym zespole też z Ustrzyk, już nieistniejącym. I oni też grali na tej samej imprezie.

 

 

KR: A nazwa Stacja B. skąd pochodzi?

 

 

KW: Nie możemy ci powiedzieć. To jest tajemnica i nie możemy jej zdradzić nikomu.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

KR: Od grania coverów jak przeszliście do własnego repertuaru i zaczęliście grać coraz większe koncerty?

 

 

KW: Ten przeskok był bardzo delikatny. Z mojej perspektywy był mało spektakularny, jeśli chodzi o wewnętrzną strukturę zespołu. Pojawiały się pierwsze piosenki. Michał zaczął swoje teksty przynosić.

 

 

TB: Mój brat się bardzo dobrze znał z perkusistą jednego zespołu, oni wzięli nas pod skrzydła i wciskali nas gdzie się dało. To były pierwsze koncerty, Sanok, Lesko, Kamień Leski i Ustrzyki Dolne.

 

 

KW: Sanok to było takie dla nas już wow, wyprawa.

 

 

TB: Mój pierwszy koncert był w właśnie Sanoku. Pamiętam jak jechałem z Grześkiem autobusem ze sprzętem perkusyjnym załadowanym w torbę po pizzy. Graliśmy z Burkami, oddaliśmy im potem stronnicę naszej pierwszej płyty, gdzie wymieniliśmy ich w podziękowaniach, bo faktycznie, dużo koncertów, tych początkowych, graliśmy dzięki nim.

 

 

KW: No a jednocześnie jak Burek grał koncert, to ściągali zespoły gdzieś z Dębicy, z Rzeszowa, z okolic, po prostu Podkarpacia. To też budowało naszą rozpoznawalność na tej scenie undergroundowej. A pierwszy dalszy koncert, jaki zagraliśmy, to było w Rzeszowie. Road 66 nazywało się to miejsce.

 

 

KR: Teraz macie już cały ten język, którym posługujecie się na scenie. Widać, że na scenie zjedliście zęby i dokładnie wiecie, co robicie. Jak się dochodzi do takiego stanu?

 

 

KW: Zacznijmy od tego, że my nie mamy określonego stylu scenicznego, tych ruchów i tak dalej. My cały czas eksperymentujemy i szukamy swojej drogi. Bardzo długo graliśmy po prostu tak, jak przyjeżdżaliśmy. Wchodziliśmy i robiliśmy swoje. Od niedawna mamy potrzebę i chęć robienia czegoś więcej. Chcemy dać tę satysfakcję ludziom i właśnie taki teatr na scenie. A mówisz tu o zjadaniu zębów. Myślę, że właśnie ilość tych koncertów i poznawanie przeróżnych ludzi i przede wszystkim technicznych, odpowiedzialnych za sceny i nagłośnienia – to nam dużo dało. Poznawanie tego wszystkiego od kuchni, dużo rozmów. Właśnie to jest klucz do tego. Rozmowy, rozmowy z innymi zespołami. Jakie sprzęty używać, a jak stroić. Teraz wchodzimy na próbę i każdy wie, co ma robić, jak ma śpiewać na próbie. Tomek wie, jak ma stukać do wystrajania bębnów, ja wiem, jak mam bić w strunę gitary, w strunę basu, żeby to wszystko wybrzmiewało. Jak śpiewamy do mikrofonów, żeby miał akustyk możliwość dobrze nas wykręcić. Ta wiedza z czasem przynosi właśnie taki efekt, że można powiedzieć, że wiemy, jak to robić, z czym to się je.

 

 

KR: Na co dzień uczę w szkole, w technikum, i też mamy zespół punkowy, który właśnie zaczyna. Mają swój pierwszy kawałek na Spotify. Jakbyście mogli dać jakąś radę dla takich początkujących zespołów, to co byście im powiedzieli?

 

 

KW: To ja mogę powiedzieć dwie rzeczy. Pierwsza, wytrwałość jest ważna. Jeżeli jesteś pewny, że chcesz to robić, to będą kłótnie, będzie płacz, będzie pot, łzy i rzucanie gitarą w kąt pokoju milion razy i wybijanie okien pałeczkami. Ale wytrwałość po prostu doprowadzi do czegoś wielkiego. Zależy ile też osób jest w zespole. Im więcej, tym więcej różnych charakterów. To nie jest takie proste. My raczej staramy się, żeby te częstotliwości się zazębiały, a nie żeby szły na równo, bo każdy ma swoje życie i swoje sprawy, i każdy prowadzi swoje życie tak, jak potrafi najlepiej. A druga rzecz, to ja bym się raczej zastanowił, czy chcę grać w punk.

 

 

KR: Tak? Dlaczego?

 

 

KW: Bo punk, taki czysty punk, bo nie wiem jaką muzykę gra ten zespół… Uważam, że ograniczenie się do jednego stylu muzycznego nie jest dobre. Żeby po prostu wychodzić od czegoś faktycznie, od jakiegoś stylu muzycznego, ale nie ograniczać się w tym i eksperymentować, cały czas eksperymentować. Bo może się okazać, że gdzieś po drodze w tym eksperymentowaniu znajdzie się swój właśnie taki niepowtarzalny styl, który będzie później robił wow. A ty, Tomek, miałbyś jakąś radę?

 

 

TB: Nie wiem, nie chcę się stawiać w roli wujka dobrej rady, bo myślę, że to jest piękne mieć zespół, i początki są szczególnie piękne. No może nie nastawiać się, że to musi być sukces, bo to jest piękne, jeżeli nie ma jakichś wielkich oczekiwań. Nie trzeba grać muzyki tylko po to, żeby odnieść sukces. I myślę, że takie pozwolenie sobie na brak spiny, lekkie odpuszczenie sobie. Błogosławieństwem jest grać muzykę po prostu. My od tego zaczynaliśmy, że nie myśleliśmy w ogóle o tym, żeby coś z tego wyszło.

 

 

KW: No tak, na początku to była po prostu zabawa weekendowa.

 

 

TB: I to były najpiękniejsze chwile z graniem.

 

 

KR: Teraz już nie jest tak fajnie?

 

 

TB: W niektórych eksperymentach jest jeszcze lepiej, ale mi chodzi o momenty na salce prób. Teraz, jak siedzimy na salce prób, jest super, jak nam coś wyjdzie, jest fantastycznie, prawda? Ale jest z tyłu głowy, że my to robimy, bo wyjdziemy na scenę, bo nagramy płytę. Ta możliwość dawania muzyki szerokiej publiczności, dawania cząstki siebie jest fenomenalna. Ale jednak jest też presja. A pamiętam, że jak spotykaliśmy się na salce prób wyłącznie po to, żeby grać, to nawet jeszcze nie myśleliśmy o koncertach żadnych. Taki był plan, żeby pójść i grać. To było najczystsze. To było takie piękne same w sobie.

 

 

KW: Kurde, ruszyłeś coś we mnie.

 

 

KR: Nie wiem, czy to będzie pasować. Jestem fotografem. Kiedy zaczynałem z koncertową fotografią, to zawsze robiłem zdjęcia podłogom gitarowym, bo były jakieś tam ciekawe, ładne światełka, setlisty, tego typu rzeczom. To wszystko było dla mnie nowe. I jakby każde dostrzeżenie jakiegoś jednego elementu na scenie to była właśnie ta frajda. A teraz jak już jestem w fosie, tak jak byłem na przykład w Palladium, to tej podłogi już nie fotografuję, tylko się skupiam na czymś innym. I też jest frajda, ale ona jest już zupełnie inna. Ale tak jak mówisz, na początku to wszystko było nowe, świeże i niezwykle ekscytujące. A wracając do tematu, jak wam się grało w Palladium?

 

 

TB: Palladium to jest świetne miejsce do koncertowania. Piękne, bardzo przestrzenne. Bardzo doceniam kluby, w których są miejsca ciszy. I nie mówię tylko o backstage’u, ale ogólnie można wyjść z sali koncertowej i normalnie sobie porozmawiać. To jest rzadkość. Dla mnie ważną częścią koncertu jest też rozmowa z ludźmi. Możemy zostawić sprzęt. Możemy gdzieś sobie usiąść. Jest kawka. Jak jest kawka, jest komfort.

 

 

TB: Jak chodzi o klubowe koncerty, to myślę, że Palladium jest u mnie wysoko pod względem infrastruktury i wielkości, wszystkiego, co za tym idzie, taki top 3, myślę. Bo jeszcze Katowice, P23, to dla mnie super miejsca.

 

 

KR: Ja do Palladium mam jeszcze o tyle sentyment, że tam było kino wcześniej. Pamiętam dokładnie, jak chodziłem do tego kina na filmy. Ta atmosfera trochę tam została. To, że jest tam balkon, że sala ma taki, a nie inny kształt. Trochę kojarzy mi się ze starym MTV, koncertami unplugged, na które polowałem z gotowym VHS-em w latach dziewięćdziesiątych.

 

 

KW: Myślałem do tej pory, że to jest teatr. Tylko jak są koncerty, to wymianka.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

KR: Mam też takie wrażenie, że w Palladium energia bardzo wraca z publiczności na scenę, że od ludzi też tam strasznie dużo energii płynie. Jak wy to odbieracie?

 

 

KW: My graliśmy tam dwa razy. Przez te dwa koncerty energia była super. Ale myślę, że ta energia wracająca od ludzi zależy głównie od zespołu. To, jaką my damy energię na wymianę, taką dostajemy z powrotem. Bywają trudniejsze koncerty, łatwiejsze, ale myślę, że to jak zagramy koncert, i to, ile damy publiczności, to wróci do nas właśnie w takiej postaci, jak to wyglądało chociażby w Palladium.

 

 

KR: Ten koncert był też tuż po premierze waszej płyty. Teraz ją ogrywacie na koncertach?

 

 

KW: Odbiór tej nowej płyty jest niesamowicie pozytywny i ta płyta jest bardzo energetyczna.

 

 

KR: Ona jest też bardzo osobista, prawda?

 

 

KW: Jest bardzo osobista i ma dużo dojrzałych, dojrzalszych historii w porównaniu do pierwszej płyty. Historia jak każda inna. Co nie zmienia faktu, że największy krzyk publiczności, ta energia najbardziej wybucha przy końcu koncertu, kiedy gramy można powiedzieć nasze szlagiery z pierwszej płyty, czyli „Jeden dzień anarchii”, „Pogo” czy „Dewoty”. Ale wracając, druga płyta jest o wiele bardziej dojrzała i poważniejsza, a jednocześnie dająca jeszcze więcej energii niż pierwsza.

 

 

TB: Kawałki z drugiej płyty już gramy na koncertach od bardzo dawna. Bo my, zanim wypuściliśmy pierwszą płytę, mieliśmy dużo kawałków na drugą. Różnie w życiu bywa. Są kawałki na tej płycie, które my już gramy na koncertach od pięciu lat.

 

 

KR: Nawet były na waszym kanale na YouTube. Klipy do tej płyty były z dwa lata temu publikowane.

 

 

TB: Ale faktycznie jest różnica, jak graliśmy te kawałki przed wypuszczeniem. Różnica w odbiorze przed wypuszczeniem i po. Mimo to mamy pewne grono wiernych ludzi podróżujących za nami na nasze koncerty.

 

 

KW: Pozdrawiamy Koniecpol. Wiele miłości dla Koniecpola przesyłamy.

 

 

TB: Oni znali wszystkie teksty do naszych utworów, których my nie wypuściliśmy, których nawet ja nie potrafiłem zaśpiewać. Natomiast widać różnicę. Na koncercie ciężko się poznaje nowe rzeczy, przynajmniej dla mnie. Jest zupełnie inaczej, kiedy jadę odkrywać zespoły, ale jak jadę na konkretny zespół, lubię usłyszeć to, co już znam. Albo zmienić zdanie o jakiejś piosence, w której nie zauważyłem nic konkretnego, a na koncercie ona okazuje się być zupełnie inna i potem wracam do niej w domu i już jest inne podejście.

 

 

KR: A macie czasem takie zaskoczenie, że piosenka, którą kiedy gracie w studio, macie pewien stosunek do niej, ale nagle ona zaczyna żyć własnym życiem na koncertach?

 

 

TB: „Staszek”. Ludzie lubią „Staszka”. Ja przez ludzi polubiłem ten utwór. Wcześniej nie bardzo  lubiłem ten kawałek, ale ludzie zaczęli na niego pozytywnie reagować i my gramy go najczęściej w Bieszczadach, bo to jest kawałek o sytuacji, która się wydarzyła w Bieszczadach. Polubiłem ten utwór, bo ludzie go polubili. Trochę inna kolejność. Albo kiedy Misiek przyniósł tekst do „Małej” i zaczęliśmy tworzyć do niego muzykę, pamiętam ten dzień. Nie lubiłem tego utworu przez pewien czas, przez rok, przez miesiąc. Zajęło mi mniej więcej rok, żeby grać ten utwór i myśleć sobie „to jest fajny utwór”. Więc tak, zdecydowanie zmienia nam się podejście do utworów. Jak dołączyłem do zespołu po pół roku od jego założenia, mieliśmy już ten jeden numer pośród tych wszystkich coverów: „Jeden dzień anarchii”. Przez duży kawał czasu ja myślałem, że to jest cover Analogsów, bo tak mi się podobał ten numer.

 

 

KW: Ja teraz przeżywam jakiś taki etap ze „Wskazówką”. Lubiłem ten utwór, ale teraz już po prostu ciężko mi się go słucha. Porywał mnie do pewnego momentu, od początku on mi się podobał, bo pierwszy raz zagraliśmy go podczas COVID-u, w Kostrzynie. Ale teraz zacząłem, nie wiem dlaczego, ale to czasami tak jest, że lubisz jeść banany, więc jesz banany codziennie, i nagle ten banan przestaje ci smakować i już nie sięgasz tak często po te banany.

 

 

TB: To u mnie ze „Wskazówką” jest tak, że od kiedy zaczęliśmy ją grać na koncertach, kiedy ją dopracowaliśmy do perfekcji, to dla mnie jest już tylko wersja live. Już nie słucham tego na płycie, dla mnie „Wskazówka” to tylko wersja live.

 

 

zdj. materiały promocyjne

 

 

KR: Czyli słuchacie swojej płyty?

 

 

TB: Pierwszej już nie. Pierwszej już się zesłuchałem. Ona to jest to pierwsze dziecko, teraz się skupiamy na nowym dziecku, tamto już trochę dorosło. Pierwsza już chodzi do szkoły.

 

 

KR: Już jest irytującym nastolatkiem.

 

 

KW: „Wskazówka”, którą wypuściliśmy najpierw na YouTube i na streamingu jako singiel, jest inaczej grana niż na tej płycie, co teraz jest. Na tej płycie już są te wszystkie smaczki, dopracowania. To mi się podoba w tym, jak gramy koncerty, że znajdujemy przestrzeń, czasami przypadkowo, a czasami specjalnie. Jazda rytmiczna znajduje momenty, w których coś dodaje live. Coś, co będzie niepowtórzone, bo już zapomnisz to najprawdopodobniej zaraz po zakończeniu tej piosenki, prawda? Właśnie we „Wskazówce”, kiedy jest bridge i są przejścia, to często słyszę jak Tomek doda inną blachę. Ja na basie też robię tutaj jakiś prym, jakąś kwintę, coś tam. Wiesz, kombinuję po prostu w momentach, w których czuję, że może można to usprawnić. Bardzo mi się to podoba w koncertach, że znajdzie się ta przestrzeń na jakiś smaczek, który będzie niespodziewany, a może akurat będzie czymś fajnym na dalszy czas, że wejdzie na stałe, jeśli zapamiętasz.

 

 

TB: Są zespoły, które z natury improwizują na scenie, są zespoły, które z natury się trzymają stricte co do planu i mają wyreżyserowane wszystko. My byliśmy tym drugim zespołem, nie bawiliśmy się raczej w improwizację, ale ku mojej uciesze się zmienia. Zszedł stres trochę.

 

 

KR: Ale to się słyszy. Sola brzmiały zupełnie inaczej, tak jak mówicie, właśnie sekcja, ta spontaniczność wokalu też była na koncercie odczuwalna i ten dialog Michała z publicznością był czymś, co niesamowicie wzmacniało wasz repertuar.

 

 

KW: To jest ważne, że dialog Michała i to, jak on wodzirejuje, to jest zawsze improwizacja. Najczęściej setlisty potrafimy pisać na pięć minut przed koncertem. Mi się to podoba, bo muzyka wtedy żyje i energia jest taka, że nawet jakieś przyspieszenie tempa czy coś, w zależności od tego jak publika reaguje, to wtedy to się potęguje, ta kulminacja tego wszystkiego, tutaj ścianę zróbcie, a ludzie już są tacy nabuzowani, ja też jestem już tak nabuzowany, mówię sobie: „ja pierdzielę, alebym poszedł do was”. Najbardziej przerąbane ma Tomek, bo jest uwięziony za tymi bębnami i musi siedzieć na tyłku i grać. Miałbyś ochotę na niektórych koncertach po prostu przebiec się z instrumentem po scenie?

 

 

TB: Myślałem o tym, jak to rozwiązać. Są te bębny VR. Żebym założył gogle i po prostu zagrał solówkę, tak sobie latając po scenie. I do tego hełm wirtualnej rzeczywistości i po prostu podpinałbym je HDMI do ekranu, żeby ludzie widzieli, co ja widzę. Kurczę. Jezu, tylko strasznie dużo rąbania, myślę, z tym by było.

 

 

KR: Porozmawiajmy trochę o płycie, bo ona ma coś, co na mnie robi duże wrażenie. Książeczka wygląda naprawdę świetnie. Są wszystkie teksty. Wizualnie jest bardzo spójna, wymyślona szata graficzna.

 

 

KW: Były godziny dyskusji i przeplatania miliarda pomysłów z umiejętnościami fotografów, grafików, przyjaciół, narzeczonych, dziewczyn, rodzin, wszystkiego. Długo zajęło, zanim doszliśmy do konsensusu i ostatecznej wersji. Myślę, że Tomek jest jednym z najbardziej odpowiedzialnych za właśnie wnętrze i za te fotografie.

 

 

TB: Jakby ktoś pytał, dlaczego ta płyta jest tak bardzo opóźniona, to właśnie dlatego, że wygląda tak, jak wygląda.

 

 

KW: Mieliśmy już wszystko właściwie klepnięte dwa dni przed rozpoczęciem tłoczenia i nagle pada pytanie: „słuchajcie, a słyszeliście o digibooku”. Szybko patrzymy. „Ku*&wa no, fajnie by było. Do jutra, do 18 decyzja.”

 

 

TB: I kolejne pół roku przekładania premiery.

 

 

KR: Ale za to bardzo dobrze to wygląda.

 

 

TB: Jestem zaskoczony, jak dużo ludzi rozpoznaje ten obraz.

 

 

KR: W szkole na polskim było.

 

 

TB: O, możesz się zapytać, czy przerabiali to.

 

 

KR: Na waszym koncercie w Palladium była cała ekipa uczniów z mojej szkoły. I właśnie mówią: „o, pan Ryszkiewicz, a co pan tutaj robi?”.

 

 

KW: Nie interesuj się, jestem po godzinach.

 

 

TB: A czego uczysz?

 

 

KR: Angielskiego w technikum.

 

 

TB: Kornel, odmień być.

 

 

KR: No uczysz się tego piąty rok, w szkole i na kursach… Miałem piątą klasę niedawno, to całymi lekcjami jechaliśmy „Dniem świra”.

 

 

KW: Ta, krew od razu.

 

 

KR: Skoro jesteśmy przy filmowaniu, to wy macie bardzo bogatą filmografię. Lubicie nagrywać teledyski?

 

 

KW: Jak cholera. Najdłuższą rolę miałem w „Zrodzony by umrzeć”.

 

 

 

 

KR: To jest ten teledysk, gdzie chodzisz z oszronionym basem.

 

 

KW: Cała gra i konieczność wcielenia się w jakąś rolę, tutaj w rolę pacjenta z zakładu. To było coś niesamowitego. Zwłaszcza, że wymagało to bardzo dużych emocji i w bardzo duży dyskomfort wprawiło mnie to, że musiałem być ubrany w kaftan, w taki normalny kaftan bezpieczeństwa. Jak mnie związali, było jednocześnie niekomfortowo i bardzo ciekawie. No i bardzo przykre, że niektórzy ludzie w tym kończą.

 

 

TB: Z teledyskami jest tak, że gdyby tylko występować i nie trzeba było ogarniać niczego innego… to byłoby idealnie. A niestety trzeba wszystko – scenografie, scenariusze… Zaczynając od pierwszego klipu, który nagraliśmy, „Znikam”…

 

 

KW: Przepraszam, muszę zaznaczyć, że nigdy Tomka nie widziałem w takim ferworze zadaniowym. Tylko brakowało mu takiego intercomu-podkładki z dokumentacją. Ale tak serio, to wszyscy trochę byliśmy reżyserami. Współpracujemy z jedną firmą przy wszystkich teledyskach, które nagrywamy. To są nasi znajomi z Ustrzyk i bardzo dobrze nam się współpracuje. Ale przy pierwszym wszyscy byliśmy po trosze reżyserami, wszyscy byliśmy po trochu scenarzystami, wszyscy byliśmy scenografami. Kreatywna praca, która wrzała przez bardzo długi czas. Ale to było bardzo wyczerpujące.

 

 

TB: No to jest to co ci na początku mówiłem. Połączyć pięć osób jest ciężko, a jeszcze dodatkowe dwadzieścia do statystowania to już jest logistyka level hard.

 

 

KR: A klip do „Hydrozagadki” był w takim razie odskocznią?

 

 

KW: Tak, i do „Kakao” tak samo.

 

 

TB: To jest kwestia koncepcji. Były jakieś alternatywne scenariusze i pomysły, ale to był pomysł, który wszystkim od razu zaskoczył.

 

 

KR: Z „Hydrozagadką” długo debatowaliście czy pójść dokładnie w tę stronę? To bardzo ciekawy klip.

 

 

KW: Nie. Pomysł wyszedł od Michała. Ten klip wzbudza skrajne odczucia i emocje. A co przez to rozumiesz? Dla jednej osoby to będzie obrzydliwy teledysk, okropny, po prostu zły. Dla mnie on jest ciekawy, bogaty właśnie w prostotę.

 

 

 

 

KR: Ale on nie jest bardzo prosty. Niby formalnie jest, kamera podchodzi i odchodzi. Bardzo jestem ciekaw, ile take’ów robiliście. Bo to jednak jest zagrane w punkt.

 

 

KW: Uważam, że ilość przekazywanej treści musi być odpowiednio zbalansowana. Treść wizualna do treści lirycznej.

 

 

TB: To, co powiedziałeś, było piękne, muszę sobie zapisać.

 

 

KW: Wytatuuję sobie to tutaj i pokażę.

 

 

KR: A to przejdzie na plecy chyba.

 

 

TB: Kurczę, już zapomniałem, co to było, bo było skomplikowane.

 

 

KW: A wracając do samej piosenki, pozwól, że ci coś powiem nie tylko na temat teledysku, ale całego utworu. Piosenka, warstwa liryczna i muzyczna samej tej piosenki jest na tyle złożona i na tyle z głębokim przekazem, że jeżeli byśmy zrobili teledysk, który byłby taki, jak na przykład „Zrodzony by umrzeć” albo ”Znikam”, gdyby ilość scen była podobnie duża, to teledysk nie byłby tak mocny, to by się zabijało wzajemnie. To by były pasożyty względem siebie. Minimalizm tego teledysku, to połączenie tego tekstu i warstwy muzycznej.

 

 

KR: On też jest wyjątkowy w waszym feedzie na YouTubie, bo większość teledysków macie bardzo dynamicznych, a drugie teledyski macie takie, że jest dużo takiej warstwy dokumentalnej, nie, że jest dużo tych zdjęć jakby z VHS-ów.

 

 

KW: Tak, wszystkie są VHS-owe. To są nagrania z kaset naszych rodziców.

 

 

KR: A „Stacja Raz” z Londynu, ona też ma ten taki vibe oglądania wideo z bycia w Anglii.

 

 

KW: To też było nagrywane VHS-em.

 

 

KR: Jeszcze chciałbym zapytać o „Moją wściekłość”. To jest taki utwór, który dał mi po zębach, jak zacząłem słuchać. Pierwsze skojarzenie jakie miałem – ja mam duży sentyment do „St. Anger” Metalliki, ten wściekły gniew, który w sobie hodujesz. I tu odebrałem coś podobnego. Ale potem, kiedy zajrzałem do waszego digibooka i na spokojnie zacząłem czytać tekst, to tam jest, że „nikt nie wierzy w szczery śmiech aktora”. Potem obejrzałem teledysk – tam też jest ten element sceny. O czym jest ta piosenka?

 

 

TB: To znowu był scenariusz Miśka i on by się najlepiej tutaj wypowiedział. No ale chodziło o to, by ukazać pewien stan emocjonalny człowieka, kiedy już zostaje w amoku. Kiedy już nad rozumem biorą kontrolę emocje.

 

 

KR: Tam jeszcze pojawia się kościół. Ale na końcu i tak wygrywa wściekłość.

 

 

KW: Ja mam fajną anegdotkę z planu. Jak jest scena na końcu, że wszyscy wbiegają i się biją. No to my też w tym bierzemy udział. No i było tak, że mieliśmy kręcić tę scenę.  Staliśmy tam w piątkę i akcja jeszcze nie padła. Wszyscy siedzą na fotelach. A my nie wiem dlaczego, zaczęliśmy się bić, tylko nasza piątka. My się lejemy, po prostu, markujemy, rzucamy się po ziemi. Tylko my. Wszyscy stoją na nas i patrzą jak, wiesz, wryci. „I co wy robicie? Chłopaki, akcji nie było”. „Tak, no dobra, to jeszcze raz”. Otrzepaliśmy się. Reset.

 

 

KR: Wielkie dzięki za rozmowę.

 

 

TB: Dzięki. Dzięki wielkie.

 

 

KW: Hej, hej, cześć.

 

 

Rozmawiał Kuba Ryszkiewicz

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020