IKS

Doja Cat (+Naomi Sharon) | 19.06.2026 | Kraków, Tauron Arena | org. Live Nation Polska [Relacja tekstowa]

Doja Cat wreszcie wystąpiła w Polsce na arenowym koncercie. Nie była u nas po raz pierwszy – dwa lata temu zaliczyła debiut na Openerze i to w charakterze headlinerki jednego z festiwalowych dni. Ale w piątek, 19 czerwca 2026 roku, w krakowskiej Tauron Arenie odbył się jej pierwszy pełnoprawny występ w zamkniętym obiekcie w naszym kraju. Tym koncertem zamykała jednocześnie swoją europejską trasę promującą jej piąty album, „Vie”, który – jak można było się spodziewać – zdominował setlistę artystki. Supportem na całej trasie była holenderska wokalistka Naomi Sharon, która porusza się w trochę spokojniejszych klimatach – między soulem a R&B.

I właśnie wybór takiej stylistyki w ramach rozgrzewki przed Doją mnie trochę dziwił. Przecież studyjnie utwory Naomi mają jednak bardziej „pościelowy” charakter i średnio mi pasowały do imprezy, jaką na swoich koncertach rozkręca Doja Cat. Wprawdzie ta ostatnia na swoim nowym albumie prezentuje muzykę trochę bardziej wygładzoną i elegancką w stosunku do swojej poprzedniej twórczości, ale jednak spokojne balladowe piosenki Naomi mogłyby uśpić fanki i fanów czekających na główną gwiazdę. Tak się jednak nie stało. Większą część półgodzinnego występu Sharon stanowiły utwory z jej nadchodzącego albumu „No Sleep in Paradise” (5 piosenek). I już pochodzące z niej dwa znane już single, „Miss That” i „Weak”, które otwierały ten set, pokazały, że raczej nie będzie miejsca na nudę. Opatrzone pulsującym basowym beatem kawałki potrafiły uruchomić kończyny. Zresztą nie tylko widzów – Naomi z dwiema towarzyszącymi jej tancerkami miały przygotowane już własne układy, w wykonaniu których pomógł artystce mikrofon nagłowny. Tego klasycznego używała już przy starszych kawałkach, jak choćby w balladzie „Feels Like Home”. To też był jeden z momentów w środkowej części występu, gdzie muzyk obsługujący konsolę chwycił za gitarę elektryczną, by dołożyć trochę organicznych dźwięków do tych spokojniejszych partii setu. Koncert zakończyły dwa numery z debiutanckiego „Obsidian” – „Definition of Love” i „Another Life”, największy przebój Naomi. Choć ogólnie uważam ten występ za udany, to momentami miałem wrażenie, że nowym kompozycjom brakuje trochę wyrazistości, by zostały w głowie na dłużej. No ale słyszałem je też po raz pierwszy/drugi w życiu, może spróbuję dać jeszcze szansę pełnemu albumowi, który będzie miał premierę 26 czerwca.

 

zdj. Greg Noire

 

Co innego mam z utworami Dojy, zresztą sądząc po liczbie osób, które wypełniły większą cześć płyty i niemal wszystkie trybuny w Tauron Arenie – nie ja jeden. Tu piosenek zostających w głowie było już o wiele więcej, ale po kolei… Koncert zaczął się z drobnym opóźnieniem, choć 15 minut można jeszcze wybaczyć headlinerce. Najpierw zobaczyliśmy niemal cały zespół na podwyższonej szerokiej platformie na środku sceny. Niemal, bo trio muzyków obsługujących instrumenty dęte pokazało się i zagrało krótkie intro w bocznej części, by po chwili przenieść uwagę na samą Doję, która wyłoniła się z podłogi i zaczęła wznosić się na podwieszeniu dobrych kilka metrów w górę. Suknia, którą miała w tym czasie na sobie, była wymierzona długością do podłoża i trzeba przyznać, że ten widok był imponujący – zrobienie mocnego pierwszego wrażenia powiodło się. Doja chyba chciała przyzwyczaić się do wysokości, bo pierwszą część koncertu spędziła ze swoimi muzykami na platformie. W tym czasie setlista skupiona była na utworach z nowej płyty, która nawiązuje swoim brzmieniem do funku i synthpopu lat 80. To tam wykonała takie utwory, jak choćby „Cards”, „Gorgeus” czy „Take Me Dancing”, nie zapominając jednak o kilku starszych kawałkach z „Planet Her”, jak skrócone „Kiss Me More” czy „Get Into It (Yuh)”. Doja spędzała ten czas kolektywnie, między członkami swojego zespołu o jednolicie eleganckim outficie – wszyscy panowie mieli na sobie śnieżnobiałe garnitury. Dzięki temu ciężko było ją stracić z oka, jej asymetryczny zielono-różowy strój wyróżniał ją nawet, gdy nie śledziło się przebiegu zdarzeń na telebimach. I muszę przyznać, że przyciągał wzrok. Gdy na samym początku zobaczyłem muzyków i te wszystkie instrumenty – perkusje, gitary, trąbki, puzon – pomyślałem sobie, że fajnie będzie też obejrzeć, jak tworzony będzie cały ten akompaniament. Ale później uświadomiłem sobie, że właściwie gitarzystę zarejestrowałem tak naprawdę lepiej, gdy… Doja wykonywała jeden z utworów wijąc się między jego nogami.

 

Właściwie cała pierwsza połowa setu była trochę bardziej stonowana w intensywności. To była cały czas dominacja „Vie”, a gdy Doja po kilku pierwszych utworach schodziła już coraz częściej z platformy, by pojawiać się na froncie sceny czy wybiegu wpuszczonym w publiczność, to zaczęła wplatać w set coraz więcej starszych kawałków. Ale jeszcze w tym momencie, nawet jeśli pojawiło się coś z jej najagresywniejszego albumu – „Scarlet”, to było to jeszcze balladowe „Agora Hills” czy lekko funkowe „Paint the Town Red”. Trochę mniej instrumentalnie, a bardziej indywidualnie, ze zorientowaniem na rap, zaczęło się robić, gdy Doja sięgnęła jeszcze dalej w przeszłość, po dwa utwory z „Hot Pink”, czyli „Juicy” i „Streets”. A już całkiem o tym, że ktoś został na platformie, można było zapomnieć podczas najbardziej energicznej części setu, czyli agresywnym tryptyku ze „Scarlet” („Wet Vagina”, „WYM Freestyle”, „Demons”). Oczywiście zespół dalej wtedy grał, ale gdy Doja okupowała wybieg głównie w pozycjach półleżących, wypluwając z siebie kolejne wersy, a za nią praktycznie bez przerwy strzelały armatki ogniowe, to ciężko byłoby zwracać uwagę na coś/kogoś innego. Tę najbardziej rapową część zamknęła swoim najstarszym utworem wykonywanym na żywo, czyli „Tia Tamera”.

zdj. Greg Noire

 

I tu już nastąpił powrót do teraźniejszości i wyraźne stonowanie setu – zagrany w tym momencie „AAAHH MEN!” przypomniał widzom o tym, jak rozbudowany zespół występuje w tym momencie na scenie. I to nie tylko dla tego, że Doja wróciła na platformę i dołączyły do niej jej dwie tancerki/chórzystki – te najmłodsze kompozycje miały dość bogate aranżacje instrumentalne. Oprócz trzech kolejnych utworów z nowej płyty, wprowadzających bardziej elegancki i piosenkowy klimat („Stranger”, „Happy” i „One More Time”), w tej końcowej części dostaliśmy jeszcze bardziej agresywny „Boss Bitch” (nagrany do filmu „Birds of Prey”). Samo zakończenie to jeszcze jeden powrót do przeszłości („Say So”) i najbardziej popularny singiel z ostatniej płyty, czyli „Jealous Type”, lekko rozciągnięte, by Doja – radośnie zmęczona – mogła się jeszcze dobrze pożegnać z publiką i zebrać owacje dla siebie i swojego teamu.

 

Czy czegoś tu brakowało? Nie ma rzeczy idealnych, więc i nagłośnienie wokalu takie nie było. Doskwierało to szczególnie w tych najszybszych rapowanych partiach, gdzie do mojej wysokiej trybuny chyba nie wszystko dolatywało na czas. Gdybym się miał z kolei przyczepić do wykonawczych elementów, to czasem brakowało mi samego śpiewu. O ile Doja bardzo sprawnie sobie radziła z rapem, to czasem odpuszczała te melodyjne partie wokalne, posiłkując się chórzystkami i ścieżką z taśmy. Z drugiej strony jej rozbudowana choreografia i fakt, że używa klasycznego mikrofonu, w pewien sposób to usprawiedliwiają. Na pewno nie można powiedzieć, że jest artystką, która występuje na pół gwizdka. Zresztą wspomniałem już, że po ostatniej piosence widać było na jej twarzy zmęczenie. Ale również wielką satysfakcję z udanego koncertu i – jak podejrzewam – z całej trasy, która właśnie się skończyła. I radość z tego, jak dobry feedback dostała od polskich fanów, którzy wypełnili Tauron Arenę. Ja nie jestem tu wyjątkiem i cieszę się, że zobaczyłem kolejny w naszym kraju, tak różny od poprzedniego (skupionego na bardziej hip-hopowym albumie „Scarlet”), udany koncert Dojy Cat.

Adrian Pokrzywka

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020