IKS

Paul McCartney – „The Boys of Dungeon Lane” [Recenzja], dystr. Universal Music Polska

W sieci krąży nagranie, na którym aktor Ethan Hawke tłumaczy, dlaczego wybieranie „ulubionego Beatlesa” jest w gruncie rzeczy pozbawione sensu… i robi to tak przekonująco, że trudno nie przyznać mu racji. The Beatles nie powinni być traktowani jak „jakiś tam” zespół, którego członków można od tak ustawiać w hierarchii talentu, charyzmy czy liczby napisanych przebojów. Byli czymś więcej… zjawiskiem – kulturowym trzęsieniem ziemi, które raz na zawsze zmieniło sposób myślenia o muzyce popularnej. A takie rzeczy zdarzają się niezwykle rzadko. Potrzebny jest odpowiedni moment, miejsce i przede wszystkim właściwi ludzie… Dokładnie tacy, jak tamta czwórka nieopierzonych chłopaków z Liverpoolu – miasta, które świat nauczył się romantyzować dopiero po fakcie. Siła Lennona, McCartneya, Harrisona i Starra brała się z pokory, wzajemnego zrozumienia i wiary w siebie nawzajem. Hawke w swojej wypowiedzi mocno podkreśla znaczenie ich wspólnych korzeni, wskazując, że to one stały się fundamentem późniejszej mitologii. Gdy po raz pierwszy usłyszałem najnowszy album Sir Paula McCartneya – „The Boys of Dungeon Lane” – jego słowa natychmiast nabrały dla mnie nowego znaczenia. Jak się miało okazać, jednego z najbardziej retrospektywnych dzieł w twórczości muzyka, w którym co chwilę odnosi się do przeszłości. McCartney na swoim 20 (!) solowym albumie wraca pamięcią do czasów, kiedy mało kto słyszał o nim, o Johnie, George’u i Ringo. Do momentu, w którym Beatlesi nie byli jeszcze legendą, lecz grupą chłopaków dorastającą w przytłaczającej powojennej Wielkiej Brytanii.

Ducha Liverpoolu czuć na nowej płycie McCartneya niezwykle wyraźnie. Przewija się on przez większości kompozycji, stanowiąc swoisty kręgosłup płyty. Paul dorastał w ponurej rzeczywistości lat 50. ubiegłego wieku – biednym portowym mieście, do którego marynarze przywozili z USA płyty z rock and rollem. To właśnie one w dużej mierze ukształtowały brzmienie „czwórki z Liverpoolu”. Sam tytuł albumu nawiązuje do ulicy w robotniczej dzielnicy Speke, niedaleko której dorastali McCartney i Harrison. Prowadzi ona w stronę brzegu rzeki Mersey i była związana z młodzieńczymi wędrówkami Paula. Jednak wbrew pozorom „The Boys of Dungeon Lane” nie jest koncept albumem w całości poświęconym młodzieńczym latom – a szkoda.

 

Zamiast konsekwentnie opowiadać historię dorastania w Liverpoolu, McCartney momentami przeskakuje między różnymi etapami swojego życia. Przez to „The Boys of Dungeon Lane” staje się bardziej zbiorem wspomnień niż spójną narracją. Chwilami niezwykle sentymentalnym, jak w „Days We Left Behind”, innym razem lekkim i humorystycznym – choćby w „Mountain Top”, opowiadającym o narkotycznym, niemal onirycznym doświadczeniu na festiwalu. W „Life Can Be Hard” McCartney wraca pamięcią do nie tak dawnych czasów pandemii COVID-19, z kolei „Down South” przenosi słuchacza niemal siedem dekad wstecz – do wspólnych autostopowych podróży z Johnem Lennonem i Georgem Harrisonem. Jeszcze dalej cofa się na „Salesman Saint”, przywołując realia II wojny światowej oraz historie swoich rodziców zmagających się z prozą życia.

 

Foto. Mary McCartney © 2026

 

McCartney – niezależnie od tego, o jakim etapie życia opowiada, potrafi złapać słuchacza za serce, w szczególności jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że w chwili, gdy śpiewa te piosenki, ma 83 lata (!). Ten nostalgiczny klimat bardzo często podkreśla jego wokal, naznaczony czasem, chropowaty, mogący nawet sprawiać wrażenie kruchego.

Dobrze, że na „The Boys of Dungeon Lane” nikt nie wpadł na pomysł, żeby na siłę go odmłodzić… no dobra, zdarzają się pojedyncze przypadki („As You Lie There”) ale jestem w stanie uzasadnić ich obecność przebojowo-radiowym stylem tych kilku utworów. Ale nawet mimo tego z większości kompozycji na płycie bije wzruszająca nostalgia i pewna świadomość nieuniknionego przemijania. I być może to jedna z największych zalet płyty. „(…) Nothing stays the same, no one needs to cry, nothing can reclaim, the days we left behind (…)” – śpiewa w „Days We Left Behind”.

 

McCartney po raz kolejny udowadnia, że po tylu latach na scenie ciągle pozostaje jednym z najwybitniejszych narratorów w historii muzyki popularnej. Operuje niedopowiedzeniem, unika oczywistych deklaracji – nazwa The Beatles nie pada tu ani razu – a mimo tego doskonale wiemy, o kim i o czym śpiewa „(…) A fine way to work it all out, It was a good way to get to know you, Before we learned to twist and shout (…)”. W tych piosenkach, mimo że bardzo osobistych, intymnych, jest coś uniwersalnego („life can be hard”). Wyjątkowości albumowi dodaje jeszcze jeden bardzo istotny detal: to pierwszy solowy materiał Sir Paula McCartneya, na którym pojawia się Ringo Starr. „Home to Us” ma wszystko to, czego tak bardzo brakowało mi na „Now and Then” z 2023 roku. Tym razem udało się w końcu wykrzesać prawdziwą, żywą iskrę przyjaźni – taką samą, jak w czasach największej świetności The Beatles. Jest ona prawdziwie autentyczna, a nie wykreowana przez sztuczną inteligencję i inne technologiczne czary-mary, jak to miało miejsce na „Now and Then”. No i „Home to Us” to przede wszystkim świetny kawałek i jeden z lepszych jakie wyszły spod pióra McCartneya od lat!

 

 

Za produkcję płyty odpowiada nie kto inny jak Andrew Watt. Trudno dziś wskazać drugiego producenta, który w wieku zaledwie 35 lat mógłby pochwalić się równie imponującym CV. Jeśli słuchaliście ostatnich albumów Ozzy’ego, The Rolling Stones, Pearl Jam czy Iggy’ego Popa, to wiedzcie, że stoi za na nimi właśnie Watt.

Problem w tym, że jego nazwisko bywa równie często gwarancją jakości, co źródłem obaw. Zarzuty o wygładzanie brzmienia, przesadną ingerencję w wokale czy powielanie oklepanych patentów nie biorą się znikąd. W moim odczuciu zarówno „Hackney Diamonds” Stonesów, jak i „Dark Matter” Pearl Jam wiele straciły przez jego podejście do materiału. Z drugiej strony na „Every Loser” Iggy’ego Popa czy „Mayhem” Lady Gagi ten specyficzny styl produkcji zadziałał znakomicie, uwydatniając wszystko, co najlepsze. (pisałem o tym tu i tu)

 

„The Boys of Dungeon Lane” zdecydowanie bliżej do tej drugiej kategorii, choć wszystkie grzeszki Watta wciąż da się tu wyczuć. To album eklektyczny, momentami wręcz programowo skonstruowany tak, jakby jego celem było przeprowadzenie słuchacza przez kolejne rozdziały kariery McCartneya – niekoniecznie według chronologii ich powstawania. Pobrzmiewa tu zarówno duch Beatlesów, przebojowa lekkość Wings, jak i bardziej refleksyjne oblicze artysty znane z jego solowych wydawnictw. Moim zdaniem najmocniej wypadają właśnie te fragmenty, w których Watt nie próbuję na siłę unowocześniać materiału ani wtłaczać go w ramy współczesnych radiowych trendów. Owszem, miejscami słychać jego charakterystyczne skłonności do takich zabiegów, ale nawet wtedy efekt bywa zaskakująco udany – jak w otwierającym album „As You Lie There” czy przebojowym „Ripples in a Pond”. W rezultacie otrzymujemy płytę, która z dużą swobodą żongluje stylistykami, nie tracąc przy tym spójności. Nie zabrakło również rozbudowanych, niemal filmowych aranżacji. Zamykające album „Momma Gets By” to przepiękny, monumentalny utwór urzekający rozmachem i emocjonalnym ciężarem. Z kolei w „Salesman Saint” znajdziemy nawet jazzującą wstawkę, będącą przemyślanym hołdem dla ojca McCartneya.

 

„The Boys of Dungeon Lane” nie jest ani najodważniejszym, ani najbardziej przełomowym albumem w imponującym dorobku Paula McCartneya. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje wydawnictwem satysfakcjonującym – pełnym ciepła, nostalgii i momentów, które potrafią autentycznie poruszyć. Co najważniejsze, McCartney nie próbuje za wszelką cenę udowadniać, że w wieku 83 lat nadal jest w stanie ścigać współczesne trendy. Zamiast tego skupia się na tym, co przez dekady wychodziło mu najlepiej: opowiadaniu historii i komponowaniu świetnych melodii. Dwudziesty solowy album Sir Paula to pełna refleksji podróż przez miejsca, ludzi i wspomnienia, które ukształtowały nie tylko jego samego, ale również (nie bójmy się tego powiedzieć na głos!) historię całej współczesnej muzyki popularnej. To płyta o pamięci, przyjaźni i przemijaniu, a także o świadomości własnego miejsca w czasie. McCartney nie opowiada tu wyłącznie swojej historii. Opowiada historię chłopaków z Liverpoolu, którzy wspólnie zmienili świat, a następnie musieli nauczyć się żyć z ciężarem własnej legendy. Choć „The Boys of Dungeon Lane” spogląda przede wszystkim wstecz, nie sprawia wrażenia pożegnania. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że nie jest to ostatnie słowo Sir Paula i że jeszcze niejednokrotnie uraczy nas, słuchaczy, nowymi wydawnictwami.

 

 

Grzegorz Bohosiewicz

 

 

Pamiętajcie, żeby wspierać swoich ulubionych artystów poprzez kupowanie fizycznych nośników, biletów na koncerty oraz gadżetów i koszulek. “The Boys of Dungeon Lane” w wielu ciekawych wariantach możecie nabyć w oficjalnym polskim sklepie Universal Music (tutaj) .

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020