IKS

Matt Walst (Three Days Grace) [Rozmowa]

Już w czerwcu cieszący się ogromną sympatią wśród polskiej publiczności Three Days Grace powrócą do naszego kraju. Grupa wystąpi w charakterze headlinera drugiego dnia Summer Punch Festivalu (organizatorem wydarzenia jest Winiary Bookings). Gratka dla fanów formacji jest tym większa, że kilkanaście miesięcy temu w szeregi zespołu wstąpił ponownie Adam Gontier – oryginalny frontman, wokalista i gitarzysta rytmiczny TDG. Jego wielki comeback nie pozbawił jednak funkcji pełniącego te obowiązki przez ostatnich 13 lat Matta Walsta. Adam i Matt dzielą się wokalami i trzeba przyznać, że ten dwugłos świetnie ze sobą harmonizuje. Który z zespołów z dwoma wokalistami jest tym ulubionym dla młodszego z braci Walst? Co łączy „Alienation” – najnowszy album grupy – z ich kultowym „One-X”? Czym jest „test ogniska”? Jak to jest dołączyć do Spotify „Billions Club” i jakie są plusy serwisów streamingowych? Dlaczego dziś jesteśmy bardziej wyobcowani niż kiedykolwiek wcześniej? I czy dla świata i ludzkości jest jeszcze jakaś nadzieja? Odpowiedzi na między innymi te pytania poszukujemy wraz z Mattem Walstem w niniejszym wywiadzie.

 

Magda Żmudzińska: „Ok, Here we fuckin’ go…!” – ten okrzyk rozpoczyna „Dominate”, pierwszy numer na trackliście waszej nowej płyty – „Alienation”. Muszę przyznać, że ostatnio dość często do niego wracam, bo naprawdę jest w nim niesamowita moc i energia. Nie dziwię się, że wrestler Bill Goldberg wybrał go na swój „entry song” –  kawałek towarzyszący mu podczas wejścia na ring. Wiedzieliście od początku, że to właśnie ten utwór i żaden inny powinien być openerem najnowszego wydawnictwa?

 

 

Matt Walst: Tak, kiedy napisaliśmy tę piosenkę, to od razu wiedzieliśmy, że to będzie prawdopodobnie pierwszy utwór na płycie. Intro, to, jak to wszystko złożyliśmy – to rzeczywiście daje solidnego kopa. Dobrze jest zacząć od takiego uderzenia. No i chcieliśmy mieć na albumie tego typu hymn, bo chyba ma predyspozycje do tego, aby takim hymnem się stać?

 

 

MŻ: Zdecydowanie! W każdym względzie! Moją uwagę szczególnie przykuwają harmonie wokalne – twoje i Adama. Są tu fantastyczne. Zresztą nie tylko tu – doskonale brzmią na całym krążku, świetnie do siebie pasują. Historia muzyki zna sporo zespołów z podwójnym wokalem, ale kilka z nich zdecydowanie się wyróżniało i trwale zapisało się na jej kartach. Czy któryś z takich bandów był/jest ci szczególnie bliski?

 

 

MW: Kiedy dorastałem, słuchałem bardzo dużo Linkin Park. Wiesz, jak zresztą wielu nastolatków w tamtym czasie.

 

zdj. materiały promocyjne

 

MŻ: Wiem doskonale, też zapętlałam kasetę „Hybrid Theory” w swoim walkmanie.

 

 

MW: No właśnie. Ich pierwsze albumy były niesamowite, absolutne mistrzostwo na wielu różnych poziomach. Podnieśli mocno poprzeczkę jeśli chodzi np. o produkcję, jasne, ale też sposób pisania piosenek. I sposób ich wykonywania. To było coś zupełnie innego, wyróżniającego ich spośród całej sceny nu-metalowej. Zawsze podziwiałem Chestera oraz Mike’a i myślę, że ten ich duet to do dziś jest coś, czego ani wcześniej, ani później już nie było. Jeśli więc chodzi o te harmonie wokalne, to ich właśnie wskazałabym jako mój ulubiony podwójny głos. A ty?

 

 

MŻ: Chester i Mike z pewnością znaleźliby się też w topie mojego rankingu, jeśli miałabym taki przeprowadzać. Na pierwszym miejscu umieściłabym chyba jednak Alice in Chains – harmonie Layne’a i Jerry’ego.

 

 

MW: O tak, to też jest super przykład!

 

 

MŻ: Skoro jesteśmy przy wskazywaniu swoich faworytów – w którymś z wywiadów powiedziałeś, że „Don’t Wanna Go Home Tonight” to jedna z twoich ulubionych piosenek z „Alienation”…

 

 

MW: Zgadza się.

 

 

MŻ: Dla mnie ten kawałek, wraz z „Kill Me Fast” i „Never Ordinary”, tworzy piękny tryptyk i taką bardziej stonowaną, ale wciąż potężną wersję Three Days Grace. Czy historia tych utworów rzeczywiście jest ze sobą jakoś powiązana?

 

 

MW: Niekoniecznie. To znaczy, wszystkie wywodzą się z tego samego miejsca i można pewnie doszukać się tu jakichś wspólnych mianowników, ale każdy z nich traktuje o czymś innym, te wątki nie są ze sobą połączone. „Don’t Wanna Go Home Tonight” to przepełnione nostalgią spojrzenie na przeszłość, do której, niestety, nie ma już powrotu. Swoją drogą – właśnie nakręciliśmy do tego kawałka teledysk, ale jeszcze nie wiem, kiedy go wypuścimy. „Kill Me Fast” podejmuje z kolei temat związków i tego, jak czasem niepotrzebnie się przedłużają i ostatecznie wygasają, bo partnerzy przez cały ten czas tkwili w nich z niewłaściwych powodów. „Never Ordinary” jest natomiast piosenką o byciu outsiderem, ale też nie w kontekście trudów tego stanu rzeczy, a celebrowania tej swojej nieprzeciętności. Wiesz, czasem bycie innym jest naprawdę lepsze niż tzw. normalność.

 

 

MŻ: Pełna zgoda! W „Never Ordinary” gościnnie wystąpiła Lindsey Stirling, która też wniosła do tego utworu taki specyficzny pierwiastek…

 

 

MW: Prawda? Gdy pomyśleliśmy, że fajnie byłoby tu dodać instrumenty smyczkowe, nasz perkusista Neil wskazał na Lindsey, z którą znał się już z innych projektów. Zwróciliśmy się do niej, a ona od razu się zgodziła. Dobrze wyszło.

 

 

MŻ: Bardzo dobrze! Tytuł albumu – „Alienation” – jest dość wymowny. Uważasz, że dziś – kiedy świat mamy na wyciągnięcie ręki, gdy jest on właściwie z nami wszędzie, całą dobę, siedem dni w tygodniu, w naszych telefonach, z którymi się nie rozstajemy – jesteśmy paradoksalnie znacznie bardziej samotni, wyobcowani, niż w erze analogowej?

 

 

MW: Totalnie! Cieszę się, że dorastałem w świecie bez mediów społecznościowych i całej tej sztucznie kreowanej rzeczywistości. Nic z tego, co widzimy w Internecie, nie jest do końca prawdą, bo zawsze patrzymy przecież tylko na ten jeden wycinek, który ktoś zdecydował się nam pokazać. A ludzie dzielą się przede wszystkim tym, czym można się pochwalić. Nie pokazują trudów, problemów i brudnej prawdy. I później inni siedzą przyklejeni do telefonu, oglądają ten show i myślą sobie: „o rany, chciałbym, aby moje życie tak wyglądało”. Zaczynają odczuwać smutek, żal, jakieś dziwne braki. O dzieciakach spędzających czas w telefonach, nawet gdy teoretycznie siedzą razem, ale każdy wpatrzony jest w swój mały ekranik, nawet nie wspomnę. Każda epoka ma swoje plusy i minusy. Social media też mają oczywiście swoje dobre strony, ale trudno jest korzystać z nich z umiarem, nie dać się wciągać w te spirale. I tak, myślę, że to wszystko sprawia, że ludzie – choć teoretycznie cały czas w kontakcie ze sobą – są od siebie coraz dalej, to poczucie wyobcowania mocno się tu pogłębia.

 

 

MŻ: Czy „Alienation” to w pewnym sensie nawiązanie do „One-X”, które, nawiasem mówiąc, obchodzi w tym roku 20-lecie? (Nie do wiary, prawda?!) I wiesz, nie pytam tylko w kontekście alienacji, która jest z pewnością motywem przewodnim dla tych dwóch (i właściwie większości) waszych albumów, ale też patrząc przez pryzmat oprawy graficznej.

 

 

MW: Tak, dobrze kombinujesz. Projekt okładki płyty celowo nawiązuje do tego albumu, ale nie tylko – do tych pozostałych wcześniejszych też. Jak zauważyłaś, one wszystkie w mniejszym lub większym stopniu mają ten wspólny motyw i chcieliśmy spiąć to taką klamrą. „One-X” to też bardzo ważna płyta dla naszych fanów – poznaliśmy wiele osób, które noszą na swoich ciałach nawet tatuaże z symbolem tego wydawnictwa. To niesamowite. Zobaczyć coś takiego, czy usłyszeć, że nasza muzyka komuś pomogła – to wyjątkowe uczucie. To jest powód, dla którego wciąż trwamy i nagrywamy nowe rzeczy.

 

 

MŻ: Na to, że wciąż trwacie, może mieć wpływ też jeszcze jedna rzecz – mianowicie to, że wszyscy byliście przyjaciółmi, a w przypadku twoim i Brada wręcz rodziną, zanim jeszcze zespół w ogóle powstał. Myślisz, że jeżeli grupę łączą takie więzi, łatwiej jest jej utrzymać to wszystko przez tak długi czas? Pytam, bo zdania w tej kwestii bywają podzielone – to często, ale też i nie zawsze ułatwia sprawę.

 

 

MW: Wiesz, ja zanim dołączyłem do TDG grałem w różnych zespołach i było na przykład tak, że mieliśmy w składzie samych dobrych przyjaciół, ale w pewnym momencie wzięliśmy do grupy kogoś, kogo nie znaliśmy zbyt dobrze. I niby wszystko było ok, ale wraz z upływem czasu poznawaliśmy się coraz lepiej i coraz bardziej uświadamialiśmy sobie, że zupełnie do siebie nie pasujemy. Cieszę się więc, że w Three Days Grace wszyscy znamy się jak łyse konie i myślę, że to jest w jakimś sensie przepis na sukces, a na pewno na długowieczność.

 

 

MŻ: Podobno wszystkie wasze piosenki poddajecie „campfire testowi” – to prawda? Muszę powiedzieć, że ogniska i towarzyszące im gitary oraz śpiew to dla mnie taka bardzo kanadyjska rzecz i wyraźnie kanadyjskie wspomnienie z praktycznie każdej mojej wizyty w waszym kraju. Czy podczas prac nad „Alienation” te 12 numerów sprawdziliście najpierw w takich właśnie okolicznościach, zanim zdecydowaliście, że wylądują na albumie?

 

 

MW: W zasadzie tak, to część naszego procesu twórczego. W ten sposób sprawdzamy jak czujemy dany numer i jak on współgra z pojedynczymi, akustycznymi partiami instrumentalnymi. Mamy kilka piosenek, które zarejestrowaliśmy podczas sesji, ale ostatecznie nie znalazły się na tej płycie. Są jednak naprawdę dobre, więc jak jeszcze nad nimi posiedzimy i jeszcze je potestujemy, to pewnie pojawią się na kolejnym wydawnictwie. Jeśli chodzi o „Alienation”, to na przykład utwór tytułowy też powstał wcześniej, w trakcie prac nad „Explosions”.

 

 

MŻ: Pozostając jeszcze na chwilę przy Kanadzie – w zeszłym roku zostaliście drugim (po Magic!) kanadyjskim zespołem, który dołączył do „Billions Club” na Spotify. Wasz wielki hit „I Hate Everything About You” przekroczył miliard odtworzeń. Niełatwe pytanie, wiem, ale jestem ciekawa twojego zdania – serwisy streamingowe to błogosławieństwo czy przekleństwo dla branży muzycznej?

 

 

MW: Nie ma na to jednej dobrej odpowiedzi. Na pewno na plus jest to, że jest to wszystko w tej chwili bardziej monitorowane niż wtedy, gdy pojawił się Napster, Torrenty itd., gdzie odbywało się regularne piractwo. W tej chwili przynajmniej jest to jakoś usankcjonowane i jest jakakolwiek forma płatności dla artysty, nawet jeśli jej wysokość też budzi kontrowersje. W kontekście dostępności muzyki dla ostatecznego odbiorcy na pewno takie serwisy streamingowe mają więcej zalet niż wad. Ludziom łatwiej jest docierać do dyskografii swoich ulubionych kapel. O wiele prościej i szybciej mogą też docierać do nowych zespołów.

 

 

MŻ: A ty – jak słuchasz muzyki? Online czy używając tradycyjnych nośników?

 

 

MW: Robię jedno i drugie. W trasie korzystam ze streamingu, bo tak jest oczywiście po prostu łatwiej. W domu natomiast zawsze korzystam z mojego gramofonu. Jest jakaś szczególna magia w winylach.

 

 

MŻ: To prawda! Zaczęliśmy od „Alienation” i na koniec chciałabym do tej płyty jeszcze na chwilę wrócić, choć pytanie będzie też bardziej z gatunku tych, nazwijmy to, filozoficznych. Jednym z mocniejszych muzycznie i lirycznie kawałków jest tu opatrzony wymownym tytułem „Mayday”. Rozpoczyna się on słowami: „Welcome to the end, just take a number”. Uważasz, że jako ludzkość dotarliśmy do punktu, w którym powinniśmy wysłać tę wiadomość SOS, nie wiem w sumie gdzie, gdzieś w kosmos? Osiągnęliśmy już rzeczywiście ten punkt krytyczny?

 

 

MW: Wiesz, chyba tak. Świat stał się ostatnio przytłaczający, dzieje się mnóstwo szalonych rzeczy. To trochę tak, jakbyśmy byli na pokładzie samolotu, zmierzali dokądś, ale nie wiemy gdzie i kto siedzi za sterami, czy w ogóle ktokolwiek jeszcze ma jakąkolwiek kontrolę nad tą maszyną. Jeden plus, że jesteśmy w tym wszyscy razem. Pojawia się tu też więc nadzieja, że jeśli tylko się nie poddamy i zjednoczymy, wrócimy na właściwy kurs. Tej wiary w naszą sprawczość nie możemy nigdy stracić.

 

 

MŻ: I tego się trzymajmy. Nie mamy już niestety więcej czasu, zatem na zamknięcie – już w czerwcu wystąpicie ponownie w Polsce. Jeśli dobrze policzyłam, będzie to wasz 11 koncert w naszym kraju w ciągu ostatnich 11 lat! To całkiem imponujące statystyki!

 

MW: To prawda, cóż mogę powiedzieć – uwielbiamy grać u was! Mamy tu bardzo oddanych fanów. Od publiczności zawsze bije tu takie zaangażowanie, taka pasja, że realnie czujemy ją wchodząc na scenę. Jesteśmy bardzo podekscytowani powrotem i nie możemy się go już doczekać!

 

 

 

Rozmawiała Magda Żmudzińska

 

 

Przypominamy, że Summer Punch Festival odbędzie się w dniach 18 i 19 czerwca 2026 na terenie Letniej Sceny Progresji

 

 

IKS
Udostępnij i poleć znajomym!

Dodaj komentarz

IKS

SztukMix - Strona poświęcona szeroko pojętej sztuce

© SztukMix 2020